środa, 30 lipca 2014

255. Mrożony jogurt z brzoskwiniami i malinami...i propozycja na wieczór

Sorry taki mamy klimat zbliżony nieco do tego na Madagaskarze. Wkurzam się , że ktoś wyłącza klimatyzację w pracy, w pociągach i ogólnie w komunikacji ciężko wytrzymać, a w kuchni to już w ogóle panują piekielne temperatury. Jeść mi się za bardzo nie chce w takich okolicznościach, ale rozsądek podpowiada, że jednak jak nie zjem i będę głodna to mogę być lekko nerwowa. Pomysłem na śniadanie w taki upalny dzień jest więc mrożony jogurt z brzoskwiniami (lub nektarynkami) i malinami. Robi się go prosto bardzo, jedynie trzeba wieczorem pamiętać o wrzuceniu owoców do zamrażalnika i w zasadzie śniadanie mamy gotowe.

MROŻONY JOGURT Z BRZOSKWINIAMI I MALINAMI:
-2-3 bardzo dojrzałe brzoskiwnie (lub nektarynki)
-garść malin
-szklanka jogurtu naturalnego (przepis na domowy jogurt naturalny)
-ewentualnie szczypta cynamonu i odrobina esensji waniliowej

Brzoskiwnie umyć, pokroić na ćwiartki i pozbawić pestek. Włożyć do jakiegoś woreczka foliowego lub pudełka razem z malinami i całość umieścić w zamrażalniku na kilka godzin, a najlepiej na całą noc.
Następnie owoce zmiskować razem z jogurtem, cynamonem i wanilią (słodzić w zasadzie nie trzeba, bo owoce są według mnie dostatecznie słodkie). Podawać od razu :)

SMACZNEGO!

Moi drodzy parafianie, jak już zjecie coś sycącego to proponuję udać się biegusiem to najbliższego kina na film "Szef" Jon'a Favreau (główny bohater, scenarzysta i reżyser w jednym). Nie tylko schłodzicie się w miłej, klimatyzowanej sali, ale też przez prawie 2 godziny będziecie mogli posłuchać świetnej muzyki, pośmiać się z zabawnych dialogów, ale również mocno zaślinić się na widok gór absolutnie fantastycznego, apetycznego jedzenia. Co prawda oglądanie tego filmu grozi nagłą chęcią wyjazdu na Kubę lub do Nowego Orleanu, oraz wszechogarniającą potrzebą zjedzenia grillowanej kanapki z wołowiną, ale zaręczam że warto. Mi się przez pół filmu japa cieszyła.
Streszczać filmu nie będę, bo i po co, grunt że jest o jedzeniu i wątek romantyczny też jest. A na dokładkę występuje w nim też Dustin Hoffman, którego uwielbiam od czasu jego roli kapitana piratów w "Gwiezdnym Pyle" :)

żródło: http://www.filmweb.pl/film/Szef-2014-600964

poniedziałek, 28 lipca 2014

Ruda dziewica z wielkim biustem, czyli tort dla rowerzysty i jego przyszłej teściowej

Ruda dziewica z dużym biustem, rower, dwa koty, masa chabrów (i innych bliżej nie zidentyfikowanych kwiatów) przypadły mi ostatnio do ulepienia z cukru. Wszystko to znalazło się na torcie dla pewnego miłośnika rowerów i ekstramalnej jazdy na nich, oraz jego przyszłej teściowej. Ruda dziewica miała być łącznikiem pomiędzy tymi dwoma postaciami, a chabry nawiązują do nazwiska młodego sportowca.Koty, a właściwie kotki są ulubieńcami Pani Teściowej, dlatego również musiały znaleźć się na torcie. 
Talentu rzeźbiarskiego niestety nie posiadam dużo, więc przy rzeźbieniu rudej postaci zwijałam się ze śmiechu...ale z kwiatów jest dumna bardzo :)

Na tej imprezie oprócz tortu niewątpliwą atrakcją był Busio i Bundz, którzy silnie okazywali sobie sympatię :)

sobota, 26 lipca 2014

254. Grillowany bakłażan i pomidor z serem kozim specjalnie dla Miśkosława

Od czasu do czasu (raczej częściej niż rzadziej) dostaję zamówienie specjalnie na coś do jedzenia. W sensie przychodzi do mnie ktoś z krewnych i znajomych wzdychając głośno, że zjadłby coś dobrego i tu zazwyczaj pada opis co to jest to coś dobrego. Wzdychania te mają na celu wzbudzenie we mnie ludzkich odruchów, żebym zlitowała się nad nieszczęśnikiem i udała się do kuchni. No bo skoro ja i tak lubię w tej kuchni przesiadywać i robić jedzenie, to przecież można mnie jakoś ukierunkować. 
Miś mój też często stosuję technikę "na biednego, zagłodzonego Misiaczka". Kto zna ten, wie że raczej dbam, żeby misiowy brzuszek nie był pusty (wszystko przez babcię, która ile razy Miś pojawi się u nas w domu mówi mi "nakarm chłopa!"). 
Tym razem chłop mój zadzwonił z dalekiego świata, że jest głodny, ale że mnie nie ma pod ręką to sam sobie coś zrobi, tylko mu trzeba powiedzieć co ma robić. Opowiedział też, że obok hotelu ma cudowny targ warzywny, przy którym nawet moja ulubiona Hala Mirowska się może schować. Grill na jego tarasie wpłynął znacząco na technikę przygotowania potrawy. 
Misiaczku, spesial for ju grillowany bakłażan, pomidor i ser kozi. Na pewno ogarniesz :)

GRILLOWANY BAKŁAŻAN I POMIDOR Z SEREM KOZIM:
-bakłżan
-kilka pomidorów
-kremowy serek kozi (w wersji dla ubogich np. serek Almette)
-oliwa
-sól, pieprz, świeży rozmaryn i tymianek

Bakłażana umyć i pokroić w plastry o grubość ok. 2 cm. Każdy plaster mocno posolić, a jak zacznie puszczać sok, to opłukać z soli. Pomidory również umyć i pokroić w grube plastry. Warzywa skropić oliwą, oprószyć świeżo zmielonym pieprzem i posiekanymi ziołami. Piec na mocno rozgrzanym grillu, po kilka minut z każdej strony. Plastry grillowanego bakłażana przekładać plastrami grillowanego pomidora, na wierzch ułożyć odrobinę koziego serka i świeże zioła do przybrania....i to wszystko i gotowe :)

SMACZNEGO!



środa, 23 lipca 2014

253. Muffiny z malinami, borówkami i kruszonką jako posiłek dodający sił na Runmageddonie

Jako człowiek wybitnie zorganizowany i poważny, miałam na dziś zaplanowany pewien przepis...z planów jak zwykle nic nie wyszło, bo dziś będą muffiny z malinami i borówkami, które robiłam na niedzielę. Wszystko dlatego, że w niedzielę był bieg. Aktualnie cała Polska biega, to dlaczego i moi krewni i znajomi mieliby nie biegać. Jednak, żeby nie wyjść na leszcza to oni nie biegają ot tak sobie dla fantazji, tylko biegają po błocie, przeskakując przez ściany, czołgając się pod drutem kolczastym i robiąc masę innych dziwnych rzeczy (i jeszcze za to płacą!!!)...słowem brali udział w takiej akcji co się zwie Runmageddon. Już po raz kolejny braliśmy w czymś takim udział (braliśmy bo zaszczytna rola kibica i fotografa to jakby nie patrzeć też jest aktywny udział). Tym razem niestety pogoda stanowiła kolejną przeszkodę, bo chłopaki mieli pecha i w jedyny dzień w ciągu ostatnich kilku dni kiedy lało jak z cebra przypadał ich bieg. Z tego powodu na trasie było 5 razy więcej błota i przeszkody były bardziej śliskie. Ale ponoć co nas nie zabije to nas wzmocni. Wszyscy, którym kibicowaliśmy bieg ukończyli z lepszym bądź gorszym czasem, ofiar w ludziach większych nie było oprócz tego, że jedna persona musiała później jechać na ostry dyżur. Tylko za wolno się ogarniali po biegu, bo muffiny które miały ich zregenerować zostały pochłonięte przez wiernych kibiców....no sorry chłopaki, trzeba było szybciej do nas przybiec, bo muffiny wyszły pyszne :)

 MUFFINY Z MALINAMI, BORÓWKAMI I KRUSZONKĄ:
-2 jajka
-pół szklanki jogurtu naturalnego
-125 g roztopionego masła
-250g mąki pszennej przesianej
-100g cukru
-1 łyżeczka proszku do pieczenia
-opakowanie cukru waniliowego i szczypta cynamonu
-garść malin
-garść borówek
Kruszonka: 200g mąki: 100g cukru:100 g masła  
1. Przygotować kruszonkę z wszystkich podanych składników, powinna mieć konsystencję mokrego piasku. Ewentualnie dodać do niej trochę więcej masła, lub cukru jeśli konsystencja nie jest odpowiednia. Gotową kruszonkę wstawić do lodówki i zająć się robieniem muffinów.

2.W osobnej misce wymieszać dokładnie składninki mokre, w osobnej składniki suche. Następnie połączyć ze sobą zawartość obu misek i kilkoma ruchami wszystko wymieszać (mogą być grudki, grunt żeby za długo nie międlić tego po ciasto będzie twarde). Na koniec delikatnie wmieszać w ciasto owoce. Ciasto nakładać do przygotowanych foremek do 3/4 ich wysokości, wierzch obficie posypać kruszonką. Tak przygotowane muffiny wstwawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 15 minut, po tym czasie sprawdzić czy już w środku są upieczone (w sensie wetknąć wykałaczkę do środka) i zostawić jeszcze w uchylonym piekarniku na kilkanaście minut.

SMACZNEGO!

Początek biegu i fala największego deszczu tego dnia...ta cała zielona grupa jest nasza, a ten wariat machający rękami to nawet mój osobisty brat :)

Ostatnia ściana na trasie :)

poniedziałek, 21 lipca 2014

252. Pizza na chlebku pita w wersji prawie dietetycznej

Co zrobić, żeby zjeść ciastko i mieć ciastko. A innymi słowy jak to zrobić, żeby zjeść pizzę (na którą miałam wielką ochotę) i jednocześnie nie paść z przejedzenia. Do tej pory gdy miałam ochotę na coś w tym rodzaju, to po prostu robiłam dużą pizzę naładowaną dodatkami, ja zjadałam jeden kawałek, a resztę pochłaniał Miś. Miśkosław jednak wyjechał, a mi się po pierwsze nie chce zagniatać ciasta, a po drugie gdybym zjadła naszą zwyczajową porcję to chyba bym potem zaległa na tydzień nieruchomo, jak wąż, żeby wszystko strawić. Więc po raz kolejny z mojego lenistwa i chęci zachowania jako-takiej sylwetki powstało coś dobrego. Tym razem była to pizza na chlebku pita, z szynką parmeńską i rukolą. Chlebek zakupiłam w wersji rozmarowej małej, a po dodaniu własnej roboty sos pomidorowego i pozostałych aromatycznych dodatków powstała pizza, która była idealna na sycące śniadanie....ewentulnie kolację (bo chlebków kupiłam kilka sztuk :) ).

PIZZA NA CHLEBKU PITA:
-chlebek pita
-kilka łyżek sosu pomidorowego
-2-3 plasterki szynki parmeńskiej
-garść zielonych oliwek
-kilka-kilkanaście liści rukoli
-ewentualnie jakieś inne ulubione dodatki

Chlebek posmarować obficie i równomiernie sosem pomidorowym*. Ułożyć na nim porwaną na mniejsze kawałki szynki parmeńską oraz pokrojone w plasterki oliwki. Tak przygotowaną pizzę włożyć do piekarnika rozgrzanego do 170st na około 10 minut. Po tym czasie wyjąć pizzę z piekarnika i posypać listkami rukoli...i już :)

*mój sos pomidorowy powstał z 3 średniej wielkości pomidorów, obranych ze skórki i podsmażonych razem z małą posiekaną cebulką, ząbkiem czosnku, odrobiną oliwy, dużą ilośćią oregano i szczyptą cynamonu.

SMACZNEGO!

piątek, 18 lipca 2014

251. Kawa mrożona z malinami

Kawę uwielbiam. Piję ją w dużych ilościach i w różnych konfiguracjach. Co prawda niedawno doszłam już prawie do stanu, kiedy w moich żyłach płynęła czysta, żywa kofeina, więc zrobiłam sobie odwyk, ale nadal co jakiś czas rozkoszuję się tym napojem bogów. W takie upały jak mamy ostatnio (aaaa...czuję że się rozpływam i nie chcę oddalać się od wiatraka) idealnym napojem o poranku jest jakaś kawa mrożona. W ramach szybkiego śniadanie często jest to po prostu zamrożone espresso z zimnym mlekiem, a jak mam więcej czasu to trochę kombinuję. Ostatnio z tych kombinacji wyszła kawa z lodami waniliowymi i sokiem malinowym....dobre było bardzo i bardzo orzeźwiające i pobudzające też było. 

KAWA MROŻONA Z MALINAMI:
-filiżanka espresso
-duża gałka lodów waniliowych
-trochę kruszonego lodu
-garść malin
-szczypta cynamonu
-łyżeczka miodu

1. Miód, cynamon i maliny włożyć do rondelka i postawić na małym ogniu. Gdy maliny zaczną się rozpadać zamieszać wszystko i poczekać, aż zrobi się z nich papka. Taką malinową pulpę przecedzić przez sitko, żeby uzyskać gładki sok. 

2. Na dno szklanki do kawy wlać sok malinowy, na niego położyć gałkę lodów waniliowych, na lody wsypać kruszony lód, a na niego wlać espresso.....i już  :)

SMACZNEGO! 


środa, 16 lipca 2014

250. Botwinka z mleczkiem kokosowym, dziwne to ale bardzo pyszne

Pradawnym bogom dziękuję, że duża część z moich krewnych i znajomych to ludzie, którzy nie tylko lubią jeść i doceniają jak jedzą smacznie, to jeszcze umieją gotować i znają fantastyczne przepisy. Dzięki temu, w sytuacji gdy jestem niespodziewanie w posiadaniu dużego pęczka botwinki (pyszna, najwspanialsza, prosto z mojego osobistego kawałka ziemi), mam się do kogo zwrócić z prośbą o przepis. Nawet w mojej paskudnej korporacji (czyli miejscu gdzie główne hasło to"głód motywuje") zaświeciło światełko w tunelu i znalazła się Ania. Ania robi takie rzeczy, o których nie śniło się filozofom. Według jej przepisu robiłam już zapiekankę z bakłażana i kaszy jaglanej, teraz sprzedała mi przepis na botwinkę z mleczkiem kokosowym, a w kolejce do zrobienia jest jeszcze zupa z sałaty i chipsy z liści rzodkiewki. Cuda wianki po prostu, chociaż na początku zawsze się zastanawiam jak takie coś może smakować, bo połączenia są co najmniej dziwne. Ale z każdym wypróbowanym przepisem nabieram więcej ufności do nietypowych smaków, oraz mam apetyt na więcej dziwności. 

BOTWINKA Z MLECZKIEM KOKOSOWYM:
-2 mniejsze lub jeden duży pęczek botwinki
-1 szklanka czerwonej soczewicy (+2,5 szklanki wody)
-1 średniej wielkości cebula
- szklanka mleczka kokosowego (w oryginalnym przepisie były 2 szklanki)
-2 łyżeczki mielonego kuminu
-odrobina płatków suszonego chilli
-sól, pieprz
-olej rzepakowy do smażenia
-według uznania natka kolendry lub natka pietruszki (według oryginalnego przepisu)

1. Botwinkę dokładnie umyć i posiekać na w miarę drobne kawałki. Wrzucić ją do garnka, gdzie wcześniej został wlany i rozgrzany olej. Do smażącej się botwinki dodać posiekaną cebulę, przyprawy oraz soczewicę. Podsmażyć całość przez 2-3 minuty, a następnie dolać wodę. Całość przykryć, zmniejszyć do minimum ogień i gotować tak przez 15-20 minut, aż soczewica zmięknie. 

2. Gdy soczewica będzie się już miękka, wlać mleczko kokosowe i gotować całość jeszcze przez 5 minut. Po tym czasie zdjąć garnek z ognia i w zależności od upodobań dodać posiekaną natkę pietruszki lub kolendry (według mnie kolendra lepsza). 

To "dziwne coś" można potraktować jako samodzielne danie wegetariańskie lub dodatek do głównego dania. Świetnie smakuje z ryżem lub z kuskus lub z chlebkami pita. Jedyna moja uwaga jest taka, że o ile na ciepło smakuje obłędnie i mogłabym od razu cały gar takiej botwinki zjeść, o tyle na zimno jakoś szału nie ma. Więc proponuję zjeść wszystko od razu po przygotowaniu albo sobie odgrzewać.

SMACZNEGO!


poniedziałek, 14 lipca 2014

249. Sernik z wiśniami i czekoladą

W ten weekend nie miałam żadnych chrzcin, wesel, wyjazdów dramatycznych, ani generalnie nic co mogłoby mi zakłócić odespanie wreszcie wszystkich nieprzespanych nocy. Tylko ja, błogie lenistwo, książka i coś dobrego do jedzenia. Tak też było. Przez sobotę. W niedzielę wstałam o 8:00 (czyli o godzinie jak dla mnie barbarzyńsko wczesnej) i jak weszłam do kuchni tak do wieczora prawie nie wychodziłam. Kilka zaskoczeń kulinarnych przeżyłam, na wszystkie przepisy przyjdzie czas, a dziś pierwsze z nich....sernik z wiśniami i czekoladą...z sera własnoręcznie wyprodukowanego :)
Opinie, że taki własny ser jest najlepszy słyszałam już dawniej, ale mój wewnętrzny leń zawsze zwyciężał. Tym razem leń przegrał z moimi rodzicami. Obdarowali mnie oni mlekiem od krowy najprawdziwszej żywej, a nie takiej kartonowej. Miałam z tego mleka zrobić jogurt, wyszedł ser. Poczekałam, aż rodzice wyjadą, bo jednak sera nie wyszło dużo i z moich kalkulacji wychodziła najmniejsza tortownica z sernikiem...więc nie chciałam, żeby im przykro było jak tylko jeden kawałek dostaną czy coś. Miałam zamiar zemleć twaróg w maszynce do mięsa, ale tutaj znowu dała o sobie znać moja leniwa natura i tylko zmiksowałam wszystko dokładnie, trzykrotnie. Lekkie grudki zostały, ale według mnie absolutnie nie przeszkadzały w niczym. Do masy serowej dorzuciłam jeszcze wiśnie (oczywiście z własnej działki) i polałam wszystko czekoladą (niestety nie z własnej działki). Wyszło cudnie.
Aaaa...mój leń przecknął się jeszcze w jednym momencie. Chociaż kruche ciasto mam opanowane to jednak jak mama Krysia jest pod ręką to ona mi je zagniata. Tym razem Krystynki nie było, ja jakoś chęcią nie pałałam do takich czynności, więc spód powstał z pokruszonych herbatników owsianych i roztopionego masła. Nie powiem, ale całkiem ciekawa alternatywa dla klasycznego kruchego spodu.

SERNIK WIŚNIOWY Z CZEKOLADĄ:
(proporcje są przewidziane na małą tortownicę o średnicy 16cm)
CIASTO:
-kilka ciasteczek owsianych (ja użyłam chyba 8)
-łyżka masła

MASA SEROWA:
-ok. 500g twarogu (najlepiej domowej roboty :) )
-2 jajka
-50g masła
-1 tabliczka białej czekolady
-duża szczypta cynamonu
-budyń waniliowy
-2 garści wydrylowanych wiśni

-tabliczka gorzkiej czekolady
-łyżka masła

1. Przygotować kruchy spód. Ciasteczka rozdrobnić za pomocą blendera...lub tłuczka do ziemniaków. Masło roztopić i gdy będzie już płynne przelać do ciasteczek i dokładnie wymieszać. Całość powinna mieć konsystencję mokrego piasku. Tak przygotowanego ciastka przełożyć do blaszki i rozłożyć na spodzie równomiernie, lekko ugniatając. Blaszkę wstawić do lodówki.

2. Twaróg zemleć w maszynce do mięsa lub dokładnie zmiksować.

3.Białą czekoladę roztopić w kąpieli wodnej, a następnie odstawić ją do przestygnięcia. Masło utrzeć na gładko z czekoladą i cynamonem. Następnie dodawać stopniowo twaróg i budyń waniliowy (proszek). Gotową masę przelać na przygotowany spód. Na wierzch masy serowej rozsypać równomiernie wiśnie. Sernik wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 40-50 minut. Po tym czasie wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i zostawić w nim sernik do wystygnięcia. 

4. Gdy sernik już wystygnie rozpuścić w kąpieli wodnej gorzką czekoladę z masłem. Gotową polewą czekoladową oblać dokładnie wierzch sernika. Kiedy tylko czekolada zastygnie można już jeść. 

SMACZNEGO!


piątek, 11 lipca 2014

248. Grillowane brzoskwinie z lodami i idealna lektura na leniwe popołudnie

Może to lekko egoistyczne, ale lubię dostawać prezenty. Dlatego maj jest moim ulubionym miesiącem w roku, bo nie dość że wiosna w pełni to jeszcze przez prawie cały miesiąc dostaję jakieś podarki (bo nie zawsze się wszyscy wyrobią w terminie właściwym). W tym roku jedną niespodziewajkę dostałam jednak dopiero w czerwcu. Się ucieszyłam ogromnie po rozpakowaniu prezentu, bo w środku była książka na którą już ostrzyłam pazurki, tylko jeszcze nie zdążyłam do księgarni dojść. "Apetyt" Philipa Kazana, bo o niej mowa, to książka pełna jedzenia i miłości. Czyli jednym słowem coś co tygryski lubią najbardziej. Chociaż znalazłam jakieś recenzje jakoby nie wciągała ona od pierwszych stron, zaprzeczam temu z całą stanowczością. Barwne opisy, których pełno w książce, wbrew pozorom nie dotyczą tylko i wyłącznie potraw (opis pierdów kardynała Gonzagi zdecydowanie mnie nie zraził do czytania :) ). Wątek miłosny, ma mnóstwo zaskakujących zwrotów akcji i podkręca całą fabułę. Wszystko się dzieję w XV-wiecznej Italii, a dokładniej we Florencji, Rzymie i Asyżu. Główny bohater Nino obraca się w zacnym towarzystwie Medyceuszy, Borgiów, Leonarda da Vinci, Sandra Botticelli i wielu innych znakomistości.
 Chociaż przeczytanie całej książki zajęło mi trochę czasu (czerwiec naprawdę obfitował w atrakcje i wydarzenia czasochłonne) to przez prawie cały ten czas chodziły mi po głowie dwie rzeczy, które powinnam zaraz natychmiast zjeść. Brzoskwinie i flaczki. Za flaczkami nie przepadam, więc nawet pod wpływem książki po nie nie sięgnęłam. Natomiast brzoskwinie użyłam do najprostszego na świecie deseru. Tylko trzy składniki, ale za to jaki efekt. Na jednym talerzu łączą się różne smaki, różne faktury i temperatury. A jako dodatek tylko książka i filiżaneczka espresso...i nic więcej do szczęścia mi nie trzeba.

GRILLOWANE BRZOSKIWNIE Z LODAMI:
-kilka dojrzałych brzoskwiń
-dobre lody waniliowe 
-kilka kropli kremu balsamicznego

Przepis jest banalnie prosty. Brzoskwinie trzeba umyć, przekroić na pół i pozbawić pestek. Położyć każdą połówkę na rozgrzany grill lub patelnię grillową. Gdy tylko owoce mocno zmiękną i zrobią się gorące zdjąć je z rusztu, przełożyć na talerz. Do każdej brzoskiwni dodać po dużej kulce lodów waniliowych, a całość skropić kremem balsamicznym. 

BON APPETIT!


środa, 9 lipca 2014

247. Babcine naleśniki z białym serem, miętą i sosem truskawkowym

Sezon truskawkowy już prawie skończony. Krajowe truskawki, które jeszcze można gdzieniegdzie trafić nie są już takie piękne i jędrne jak jeszcze parenaście dni temu, wobec czego znowu stanęłam przed dylematem co tu zrobić z brei truskawkowej, którą przywiozłam po pracy. Padło na danie, które chyba wszyscy znają i znam tylko jednego człowieka, który go nie uwielbia. Moja osobista babcia zawsze się zajada naleśnikami z białym serem, co prawda w wersji mega klasycznej, czyli bez mięty i bez sosu z truskawek, ale ja uważam że lekkie innowacje tylko na dobre im wyszły.  Mięta dodaje cudownego aromatu serowemu farszowi, a zimny sos truskawkowy idealnie się komponuje z gorącymi naleśnikami...PYSZNOŚCI
 
NALEŚNIKI Z BIAŁYM SEREM, MIĘTĄ I SOSEM TRUSKAWKOWYM:
CIASTO:
-1 jajko
-ok. 1l mleka
-szklanka mąki
-trochę piwa lub wody gazowanej
-trochę oleju i masła do smażenia
FARSZ:
-kostka (ok. 200g ) białego sera tłustego
-łyżka miodu
-kilka listków świeżej mięty
-żółtko z jaja
SOS TRUSKAKOWY:
-garść truskawek
-szczypta cynamonu i odrobina esencji waniliowej

1.Truskawki umyć i odszypułkować, a następnie dokładnie zmiksować z cynamonem i wanilią. Gotowy sos wstawić do lodówki, żeby się dobrze schłodził 

2. Wszystkie składniki ciasta wymieszać ze sobą, powinny mieć konsystencję niezbyt gęstego jogurtu. Gęstość można modyfikować dodając albo trochę mleka, albo trochę mąki, zależnie od potrzeb. Na rozgrzanej patelni (niezbyt duża powinna być ta patelnia) rozpuścić odrobinę margaryny i wylać ciasto, tak żeby pokryło cienką warstwą całą patelnię. Smażyć z obu stron na rumiany kolor i tak zużyć całe ciasto :) Pierwszy naleśnik praktycznie zawsze idzie na straty więc nie należy się przejmować. 
3. Biały ser dokładnie rozgnieść widelcem, dodać do niego miód, żółtko i drobno posiekaną miętę. Gdy wszystko będzie już dobrze wymieszane nakładać trochę farszu na każdego naleśnika (niezbyt dużo bo to wychodzi bardzo sycące) i złożyć go w zgrabny pakiecik. Każdego nadzianego naleśnika podgrzać na patelni z odrobiną masła. Na jeszcze cieplutki naleśniki nalać trochę zimnego sosu truskawkowego i pałaszować.

SMACZNEGO!


wtorek, 8 lipca 2014

Biały miś na torcie z okazji chrzcin małego Kacperka

Czerwiec minął jakoś bez tortów (zresztą i tak było dostatecznie dużo innych emocji). Za to z początkiem lipca miałam kolejne wyzwanie. W maju robiłam tort dla młodego komunisty Oskara i już wtedy usłyszałam, że za chwilę mam zrobić tort na chrzciny. Problem polegał na tym, że o ile komunista jest na tyle komunikatywny, że ogłosił z czym chce mieć tort, o tyle mały Kacperek jeszcze nie werbalizuje swoich innych potrzeb oprócz jeść i kupa. Dostałam wolną rękę, miało być coś ładnego i dobrego. Nadmiar swobody nie zawsze jest dobry, ale jakoś wybrnęłam. Biały miś-Ryś powstał dlatego, że Kacper ma swoje ulubione misiowe wdzianko, które musi być obok albo na nim gdy zasypia. Pikowania nigdy wcześniej nie robiłam, więc chciałam wypróbować jak mi będzie szło, więc stąd jest niebieska kołderka otulająca cały tort. Kokarda to już mój ulubiony element więc zawsze musi być. Klocuszki z imieniem zostały wprowadzone w ramach urozmaicenia napisów, natomiast śnieżynki zostały zrobione bo trafiłam na promocję foremki i chciałam ją wypróbować i uważam że wyszło uroczo :)
Generalnie rzecz ujmując dumna jestem z mojego białego misia-Rysia...chociaż powiedziałam o nim parę krótkich, żołnierskich słów jak tworzyłam mu poduszeczki na łapkach :)


poniedziałek, 7 lipca 2014

246. Malinowa tarta na cieście francuskim z migdałami

Gotować i piec lubię przeogromnie i często robię pewne rzeczy od podstaw, ale mimo wszystko jestem zwolennikiem ułatwiania sobie życia. Nie lubię gotowych dań, ani kupnych ciast tym bardziej nie lubię, ale jest coś czego sama nigdy nie robiłam...gotowe ciasto francuskie. Jestem jego wielką fanką i praktycznie zawsze jest w lodówce co najmniej jedno opakowanie. Przepis na ciasto francuskie jest jak dla mnie jakąś czarną magią i generalnie przedstawia jakąś straszną ilość czasu, którą trzeba poświęcić na zrobienie niewielkiego kawałka ciasta. W tym konkretnym przypadku się poddaję i wolę wydać kilka złotych na gotowca. A ciasto francuskie jak wiadomo pasuje i do słodkich i do wytrawnych wypieków. Dlatego też po telefonie brata....przyjeżdżaj na planszówki, tylko weź ze sobą coś słodkiego i jakąś popitkę"...wybór padł na tartę z ciasta francuskiego z jakimiś słodkimi dodatkami. Słodkie dodatki to były świeże maliny, płatki  migdałów i jeszcze ser ricotta doprawiony wanilią i cynamonem. Pyszne, a można zrobić praktycznie w kilka minut :)

MALINOWA TARTA NA CIEŚCIE FRANCUSKIM I MIGDAŁAMI:
-opakowanie ciasta francuskiego
-garść lub dwie świeżych  malin
-250g sera ricotta
-garść płatków migdałów
-szczypta cynamonu
-chlust esencji waniliowej
-łyżka cukru trzcinowego

1. Ciasto francuskie rozwinąć, odciąć od niego "ramkę" o szerokości 1cm z każdego boku. Ramkę przykleić dokładnie do ciasta. Jajko rozdzielić na białko i żółtko. Białkiem dokładnie posmarować całe ciasto i wstawić je do piekarnika rozgrzanego do 220st na około 10 minut. 

2. Ricottę wymieszać dokładnie z żółkiem, cynamonem, wanilią i cukrem. Rozsmarować ją równomiernie na podpieczonym cieście. Na serek wysypać maliny, a na maliny płatki migdałowe. Całość z powrotem wsadzić do piekarnika na kolejne 5-10 minut, aż boki się zarumienią....i już gotowe :)

SMACZNEGO!