piątek, 29 sierpnia 2014

262. Zapiekanka z grillowanej cukinii, mięsa mielonego i sera feta

Koniec bujania w obłokach, braku konstruktywnych działań i ogólnie myśleniu tylko o podróżowaniu. Czas zejść w końcu na ziemię. A na ziemi, wiadomo, trzeba coś zjeść. Chociaż to ponoć kartofle z mięsem niejeden naród wyżywiły, tym razem proponuję cukinię z mięsem. Cukinia grillowana, mięsko mielone wymieszane z sosem pomidorowym, a na to wszystko posypany jest ser feta. Ot, taki mój pomysł na obiad inspirowany kuchnią śródziemnomorską. Niektórzy nawet stwierdzili, że to lepsza wersja lazanii :)
Wnioskując z prędkości z jaką ta zapiekanka rozpłynęła się w nicości i z mlaskania jakie rozlegało się przy spożywaniu, sądzę iż smakowała.

 ZAPIEKANKA Z GRILLOWANEJ CUKINII, MIĘSA MIELONEGO I SERA FETA:
-2-3 średniej wielkości cukinie
-500g mięsa mielonego (u mnie to była łopatka wieprzowa)
-1 duża cebula
-2-3 ząbki czosnku
-1 puszka pomidorów (lub 4-5 dojrzałych pomidorów obranych ze skórki)
-200g serat typu feta
-rozmaryn, oregano, sól, pieprz, oliwa, sok z połówki cytryny, szczypta suszone papryki (dla miłośników również płatki chilli)

SOS BESZAMELOWY:
-2 łyżki masła
-2 płaskie łyżki mąki
-szklanka mleka
-gałka muszkatołowa, sól, pieprz

1. Cukinie umyć dokładnie i pokroić wzdłuż na plastry grubości ok.1cm. W szklance rozmieszać odrobinę oliwy, sok z cytryny, paprykę, posiekane igiełki rozmarynu oraz sól i pieprz. Polać tym sosem wszystkie plastry tak żeby w miarę równomiernie wszystkie były przyprawione. Po kolei każdy z plastrów piec na grillu (lub patelni grillowej), po kilka minut z każdej strony.

2. Cebulę posiekać na drobno. Zeszklić ją na odrobinie oliwy, a następnie dodać do niej posiekany czosnek, na koniec mięso mielone i smażyć wszystko razem przez kilka minut. Po tym czasie dodać puszkę pomidorów wraz z zalewą, dodać dużą szczyptę soli, pieprzu i oregano do smaku. Przykryć całość i na małym ogniu dusić, aż pomidory się dokładnie rozpadną i stworzą sos.

3. Przygotować sos beszamelowy. Rozpuścić w rondelku masło. Cały czas mieszając dodać do niego mąkę, a gdy ta będzie już dokładnie rozmieszana dodać mleko oraz przyprawy. Gdy sos zacznie lekko gęstnieć zdjąć go z ognia.

4. Na dno naczynia żaroodpornego wylać kilka kropel oliwy. Na spód ułożyć warstwę plastrów cukini, następnie na to warstwę sosu mięsno-pomidorowego, a na koniec równomiernie posypać całość pokruszonym serem feta. Następnie przykryć kolejną warstwą cukini i powtórzać cały proces póki starczy nam składników. Całość powinna zakończyć się warstwą cukinii, którą należy polać dokładnie sosem beszamelowym. Tak przygotowaną zapiekankę włożyć do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 20 minut. Po wyjęciu odczekać chwilę i już można jeść :)

SMACZNEGO!

środa, 27 sierpnia 2014

W alpejskiej krainie pełnej serów śmierdziuchów i czekolady

Ostatnie kilka dni chyba dostaną nagrodę za bycie jak "cud-miód i orzeszki". Wszystko dzięki temu, że w końcu, po długich oczekiwaniach wsiadłam w samolot i poleciałam do Misia, do Genewy (do tej pory dziękuję wszystkim pradawnym bogom za promocję LOT-u). 
Ten wyjazd z założenia nie miał być jakiś bardzo turystyczny. Wiadomo było, że raczej nie pobijemy rekordu w ilości odwiedzanych kościołów, czy przebytych tras po wysokich górach. W zasadzie głównie chodziło o to, żeby wreszcie się sobą nacieszyć, a jakieś atrakcje to tak całkiem przy okazji mogły się trafić. Chociaż jak zwykle byłam przygotowana jak Hitler do wojny, czyli przeczytałam tonę przewodników i masę relacji, żeby wiedzieć co w razie czego warto odwiedzić.
Z misiowych ramion udało mi co nieco zobaczyć. Głównie urokliwe Divonne-Les-Bains (ok. 20km od Genewy-tuż przy granicy), czyli francuskie miasteczko, w którym mój luby od jakiegoś czasu mieszka. W miasteczku tym czas płynie jakby wolniej trochę i niebo jakby bardziej niebieskie jest. Gdzie się człowiek nie obróci tam góry widać. Jak się robi za gorąco to można pójść na plażę miejską nad jeziorem, albo na basen. Jak ma się za dużo energii to można wypożyczyć rower (8 EUR/24h), pojeździć konno, albo pograć w bule z miejscowymi staruszkami. Centrum pełne jest małych kawiarni, knajpek i cukierni, nawet swoje food-trucki mają. Divonne nie jest duże, ale nawet tutaj można się zgubić pośród małych uliczek (tak ja jestem zdolna i gubię się wszędzie). Każde takie zagubienie skutkuje odnalezieniem kolejnej szemrzącej fontanny (są tutaj chyba na każdym rogu i każda inna) lub mostka przechodzącego ponad rzeką (La Divonne Ou Versoix), która się tu wije zygzakiem przez całe miasto.
Kraina szczęśliwości, czyli sklep gdzie można kupić wszystko...absolutnie WSZYSTKO co sobie wymarzymy ze sprzętów kuchennych.

Genewa jest zdecydowanie mniej urokliwa niż francuskie Divonne, ale też ma pewne fragmenty, które bardzo polubiłam. Przede wszystkim fontanna na jeziorze....o mamo moja! Jaka ona wielgachna. Z wielu punktów w mieście ją widać, bo wyrzuca z siebie wodę na wysokość ok. 140m. Całkiem konkretna fontanna z niej. 
Genewa nie jet bardzo dużym miastem (przynajmniej tak mi się wydaje). Większość głównych atrakcji turystycznych można zwiedzić na piechotę, bo mieszczą się w obrębie centrum. Z lotniska do centrum jest łatwy dojazd autobusami (bilet kosztuje 3,5CHF) lub kolejką (bilet jest podobno za 5CHF-ale nie jechałam i nie sprawdziłam, jakby co to stacja się nazywa Palexpo). Bilety na autobus można kupić na każdym przystanku w automacie, ale trzeba mieć monety ze sobą. 
Z innych przydatnych informacji to w centrum jest miejskie wi-fi za darmo (szczególnie silny zasięg jest nad rzeką Rodan). Na lotnisku jest przechowalnia bagażów gdzie w zależności od wielkości zostawianego bagażu zapłacimy od 6 do 12 CHF-to jest wersja z automatycznymi szafkami. Jest też przechowalnia z żywym panem, gdzie chyba można płacić w euro, ale jest droższa. Jednak tuż obok przechowalni jest informacja turystyczna (wyglądda trochę jak barak z dykty), gdzie można również kupić wszelkie bilety komunikacyjne, przewodniki, oraz można wymienić pieniądze. Informacja jest czynna od 7:30.
Nie zapałałam wielką miłością do Genewy, ale może to dlatego, że czasie jej zwiedzania padał cały czas deszcz (jedyna zła pogoda podczas tego wyjazdu) i źle mi się kojarzy bo po zwiedzaniu, musiałam się zapakować w samolot i zostawić mojego mężczyznę. 
Mój ulubiony element genewskiego krajobrazu, czyli fontanna na jeziorze.
Zegar kwiatowy-jedne z punktów obowiązkowych zwiedzania.
Super! Tutaj też widać moją ulubioną fontannę.




Centrum Genewy pełne jest "trochę baśniowych budynków z wieżyczkami i zdobieniami...poza centrum to trochę inaczej wygląda.


Szachy (były też warcaby) w parku na tyłach Uniwersytetu
Uroczy jegomość
W zasadzie po dość długiej chwili uświadomiłam sobie, że te "dymy" to chmury są.
Z jednej strony Genewa jest piękna, a z drugiej przerażająca jak się patrzy na ich arsenał do walki ze szkodnikami...i ten biedny ptaszor pośród krwiożerczych szczurów.



Jedną z rzeczy, która mi zajmowała najwięcej czasu na tym wyjeździe było oczywiście jedzenie. Kupowanie jedzenia (to zajmuje całkiem sporo czasu jak się nie zna francuskiego ani trochę), robienie jedzenia, myślenie o jedzeniu. We Francji oprócz tego, że spróbowałam całej gamy różnych serów (śmierdziuchów pleśniowych najprzeróżniejszych oraz kozich pysznościowych), pochłonęłam hektolitry kawy i masę croissantów, to jeszcze spróbowałam choco-mentosów, chipsów z musztardą (wyrób francuski), pomidorów suszonych moczonych w alkoholu (to akurat średnio mi smakowało, ale Miś był zachwycony), kiełbaski-ahmedki (przysmak Miśkosława) i inne dobre wędliny, oraz przede wszystkim góra warzyw we wszystkich kolorach tęczy. 
W Divonne w każdą niedzielę zamykana jest główna ulica, wystawiane są stragany i organizowany jest targ warzywny. Oprócz warzyw można na nim kupić przyprawy, milion rodzajów czosnku, sery, wędliny, słodycze (uroczy był pan tasakiem rąbiący nugaty), oliwki, suszone pomidory, nadziewane papryczki, pieczywo i największe na świecie brioszki (jedna miała średnicę ok.50cm). Z rzeczy niespożywczych na targu tym można dostać tzw. szwarc mydło i powidło, czyli wszystko, jak na naszych odpustach :)
W tle, za oliwkami, widać suszone pomidory, tylko nikt nie mówił że były moczone w alkoholu....paskudztwo :)
Mój mężczyzna na polowaniu....tutaj zdobył dla mnie papryczki nadziewane jakimś ostrym serem (bardzo ostrym).

Dużo różnych różności można było nabyć.

Moje zakupy w Genewie zdecydowanie były mniej ekscytujące. Wiedziałam przede wszystkim, że chcę kupić słynną szwajcarską czekoladę. W centrum sklepy z czekoladą można spotkać praktycznie na każdej ulicy. Poza centrum na pewno duży wybór czekolad jest w centrum handlowym niedaleko lotniska (przy Reute de Meyrin), w sklepie Globus. Czekolada to dość spory wydatek rzędu co najmniej 10-15 CHF za mały kawałek. Z drugiej strony kupno magnesu na lodówkę to koszt co najmniej 6 CHF, a magnesu przecież zjeść nie można :)
Cen zegarków i złota ze szwajcarskich banków tym razem nie sprawdziłam...może uda się przy następnym pobycie.




W naszym pokoju hotelowym mieliśmy do dyspozycji kuchnię z pełnym wyposażeniem. Dlatego też udało nam się zrobić dużo pysznych dań. Ponieważ Miś tęsknił do polskiej kuchni, a ja chciałam jak najwięcej z kuchni francuskiej/szwajcarskiej popróbować wychodziły nam różne ciekawe hybrydy...np. jajecznica ze szczypiorkiem i serem roquefort. Nie przepadam za jajecznicą, ale ta była naprawdę dobra. Polecam!


Na poniższym zdjęciu widać moją "pełnię szczęścia" dlatego też już za chwilę siadam znowu do wyszukiwarek lotów i może uda mi się znów upolować jakąś miłą promocję. Całkiem przyjemny rodzaj hazardu odkryłam i ten dreszczyk emocji, czy uda się utrafić najniższą możliwą cenę.

piątek, 22 sierpnia 2014

261. Pieczone pomidorki koktajlowe z serem owczym

W pięknych okolicznościach przyrody, w których się aktualnie znajduję, jeść mi się nie chce prawie w ogóle. W zasadzie wystarczy mi rano kawa i croissant i reszty mogłoby nie być. Jakby powiedział mój ojciec...no tak miłością żyjesz. Prawda to, ale w ramach tej mojej miłości to gotuję obiadki dla Misia, żeby chociaż przez kilka dni zjadł coś innego, a nie tylko samo mięcho z grilla. Samo gotowanie nie byłoby problemem, gorzej z zakupami. Bo tubylcy mówią tu tylko po francusku, a ja w tym języku to umiem tylko "bon żur" i "krem brule". Nie wiele się te sformułowania przydają jak trzeba kupić mięso. Trzeba za to włączyć uśmiech nr. 5, zrobić z siebie lekką kretynkę i daje radę kupić w miarę to co się zamierzało (to że kupiłam kiełbaskę zamiast mięsa mielonego nic nie znaczy...Misiowi smakowało). 
Nie samym mięsem człowiek żyje, tym bardziej że mają tu ogromny wybór warzyw i owoców. Ja się zakochałam w różnokolorowych bakłażanach, ale innych warzyw też jest pod dostatkiem. 
Dziś na obiad będą m.in. pieczone pomidorki koktajlowe z serem owczym. Robiłam już takie w domu, przed wyjazdem, więc wiem, że na pewno smakują wyśmienicie, są bardzo aromatyczne i przypadną do gustu się mojemu ulubionemu smakoszowi. 

PIECZONE POMIDORKI KOKTAJLOWE Z SEREM OWCZYM:
 -garść pomidorków (albo może od razu 2 lub 3 bo to naprawdę dobre jest)
-ząbek czosnku
-100g sera owczego wędzonego (ewentualnie mozarelli)
-oliwa i ocet balsamiczny
-sól, pieprz, garść liści świeżej bazylii

Pomidorki myjemy i wrzucamy do naczynia do zapiekania. Do szklanki wlewamy odrobinę oliwy, kapkę octu balsamicznego i ścieramy do niej jeszcze ząbek czosnku. Wszystko razem mieszamy i tą miksturą polewamy pomidorki w miarę równomiernie. Wierzch pomidorów oprószamy solą i świeżo zmielonym pieprzem, oraz pokruszonym serem. Całość wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180st, na 15 minut. Po tym czasie wyjmujemy pomidory i na wierzch sypiemy posiekaną bazylię. 
*jak ktoś nie ma dostępu do piekarnika można to samo zrobić na patelni pod przykryciem...też się znakomicie udaje :)

SMACZNEGO


środa, 20 sierpnia 2014

Co zabrać ze sobą w podróż na koniec świata (albo ciut bliżej)

Misie-Pysie kochane. Jestem aktualnie w ferworze walki z zapakowaniem się na wyjazd do Miśkosława. W trakcie kolejnych przemyśleń czy aby na pewno mam wszystko co mi będzie potrzebne przez te kilka dni w dalekim świecie, naskrobałam swoją bardzo subiektywną listę rzeczy, które w podróż warto zabrać. O takich oczywistych oczywistościach jak bilet i paszport wspominać nie będę (chociaż akurat ja się zawsze boję że którejś z takich podstawowych rzeczy zapomnę). Wygodne buty, tona kosmetyków, sanglasy itp. to podstawa, ale co by tu zabrać jeszcze.


SPRZĘT FOTOGRAFICZNY:
Generalnie to podstawa każdego wyjazdu. Nawet nie wyjazdu, tylko wyjścia z domu. Praktycznie zawsze mam przy sobie coś co robi zdjęcia i nie mówię tu tylko o telefonie. Jak da radę to oprócz dużej lustrzanki jest też mała małpeczka, ewentualnie druga osoba do robienia zdjęć małpeczką, bo wiadomo że zawsze może ta druga osoba zrobi trochę inne ujęcie. 
Oprócz samego aparatu zawsze podróżują ze mną zapasowe karty pamięci (bo może się za bardzo rozpędzę w robieniu zdjęć), ładowarka do baterii (bo nie ma nic gorszego niż rozładowana bateria jak się akurat zobaczyło coś arcyciekawego), czytnik kart (bo może będzie dostęp do komputera i kilka zdjęć będzie można wysłać stęsknionej rodzinie), statyw (bo może w nocy będziemy robić jakieś zdjęcia a rękę to ja mam bardzo trzesącą się).


KOSTIUM KĄPIELOWY:
Zawsze i wszędzie. Naprawdę zawsze go zabieram, nawet w zimę jak jadę na deskę. Nigdy nie wiadomo, czy przypadkiem jakieś ciepłe źródła albo odjechany park wodny nie znajdzie się gdzieś w okolicy.


PŁÓCIENNA TORBA NA RAMIĘ:
Tak samo jak kostium i aparat jest ze mną zawsze. Praktycznie w każdej podróży się przydaje. Można w nią zapakować prowiant na drogę, książki do czytania, przepakować się szybko jeśli zostawiamy cały bagaż w przechowalni, albo na pokładzie samolotu okazuje się że wasz bagaż podręczny jednak ma wylądować w luku. Poza tym jest dodatkowe miejsce, że wszelaki pamiątki z podróży przewieźć :)

APLIKACJE NA TELEFON CZY INNE USTROJSTWO:
Z telefonu w podróży korzystam od niedawna, ale już polubiłam niektóre przydatne aplikacje. Zawsze warto poszperać, co wam akurat się przyda. Ja korzystam póki co z IPolak (nigdy nie musiałam szukać żadnej placówki dyplomatycznej za granicą, ale lepiej mieć taką wiedzę), TripAdvisor i PlaceKnow (zamiast przewodnika, żeby szybko sprawdzić co można zwiedzić w okolicy), JakDojadę (w podróżach po Polsce się bardzo przydaje jeśli korzystamy z komunikacji publicznej w danym mieście).....i jeszcze Gastronauci (bo zawsze warto sprawdzić gdzie można coś dobrego zjeść).




SWOJE MAŁE PARANOJE :)
W podróży mamy wypocząć i czuć się dobrze, jeśli więc mamy jakieś nawyki, które nawet innym wydają się nieco dziwne, nie powinniśmy z nich rezygnować. Grunt, że my mamy się czuć dobrze. Dlatego więc jeśli wiem, że będę mieć dostęp do kuchenki to zabieram w podróż np. swoją kawiarkę i ulubiony kubek do kawy, bo kawę o poranku to ja wypić muszę....a sama wiem najlepiej jaka mi smakuje :)

W każą podróż jedzie też cały zestaw moich gadżetów do włosów, bo na tym punkcie to już mam lekką paranoję. Co poniektórzy (Misiu o tobie mowa) twierdzą, że grzyweczka jest moim znakiem rozpoznawczym. No cóż takie życie, grzyweczka musi być ułożona, loki ujarzmione, a w tym wszystkim zazwyczaj tkwi jakaś kokardka...ot, takie małe wariactwo :)

TOWARZYSZ PODRÓŻY:
Prawda jest taka, że bez odpowiedniego towarzystwa w podróży wszystko inne jest nieważne. Są ludzie, którzy lubią przemierzać świat samotnie, ja do nich zdecydowanie nie należę i nawet 2-godzinny samotny lot wpędza mnie w lekką panikę. Bo przecież nie będę mogła poprzeżywać wszystkiego i poopowiadać swoich wrażeń (biedny Miś jak już mnie odbierze z lotniska to chyba zaleje go słowotok). Odpowiedni towarzysz, to ktoś kto ma podobny styl zwiedzania (zobaczyć jak najwięcej ale bez wariactwa, wstawania o 6 nad ranem i biegania z wywieszonym językiem), podziela twoje dziwactwa (tak, flaki z kalmarów, albo napój ze sfermentowanej kaszy jaglanej na pewno jest pyszny musimy go spróbować), kto nie będzie na ciebie krzyczał, że znowu o poranku trzeba czekać aż wysuszysz grzyweczkę, kto zniesie wszelkie twoje pomyłki w ocenie sytuacji (ten rower na pewno jest sprawny, nie musimy zabierać swoich z domu) i kto wie że jak się zezłościsz to trzeba dać ci czekoladę...dużo czekolady :)



To  kochani ja lecę, a wy pomyślcie czy coś jeszcze dodać do listy rzeczy absolutnie niezbędnych w podróży :)

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Urodzinowy tort z odrobinę smutnym misiem

Ten tort powstał dla Julki, dla której już parę miesięcy temu robiłam tort z bardzo wyluzowanym aniołem na komunię. Tym razem miał być jakiś ładny tort na urodziny. Ponieważ ja trochę specyficzne mam poczucie piękna, to chciałam zrobić na torcie figurkę misia (przecież wiadomo że misie są najcudowniejsze na świecie). Plan był dosyć napięty i zakładał, że w piątek po południu wyjdę na tyle wcześnie z pracy, żeby zdążyć na wcześniejszy pociąg niż ten, którym zazwyczaj wracam do domu, potem rachu-ciachu zrobię tort, oddam go szybciutko, a o 6:00 rano w sobotę wsiądę w autobus na Podlasie (bo to wszystko to w zeszłym tygodniu się działo, a o wizycie w Białymstoku mogliście już poczytać). Plan zadziałał prawidłowo, czyli oczywiście nie wypalił. Koleje mazowieckie jak zwykle mnie nie zawiodły, bo miały jakąś awarię i część pociągów była odwołana. W rezultacie dotarłam do domu, nie pół godziny wcześniej, a półtorej godziny później niż zazwyczaj. 
Ponieważ ze mnie to jest niespotykanie spokojny człowiek to się musiałam delikatnie wyżyć na masie cukrowej jak myślałam o tej kolei. Miś mi w ogóle nie chciał się ulepić tak jak trzeba, oczko temu misiu odpadało nieustająco. Trzy razy zaczynałam go od początku, niestety prawda jest taka, że  widzę niedoskonałości na misiowej cerze. A najgorsze jak dla mnie jest to, że miś ma chyba jakieś smutne spojrzenie i taki trochę nieszczęśliwy jest. Ale w te jego oczki to zajrzałam dopiero nad ranem...o 5:00 nad ranem kiedy robiłam zdjęcia. Dobrze chociaż, że ten nieszczęśliwy brunatny miś ma ze sobą prezenty i kwiaty dla Julki i że z wiarygodnego źródła wiem, że się spodobał :)


czwartek, 14 sierpnia 2014

260. Drink z wódką i sokiem z mango, egzotyczny sposób na celebrowanie spotkań

To nie to, że namawiam do alkoholu, albo że bez niego nie wyobrażam sobie spotkania towarzyskiego lub uczczenia jakiejś ważnej okazji. Ale czasem po prostu warto razem usiąść popróbować coś dobrego i cieszyć się jak jest okazja. 
A ten drink polecam do wypróbowania bo prosty w zrobieniu, bo pyszny, bo efektowny, bo kolorowy i można dodać parasolkę, bo można cieszyć się spotkaniem a nie machać łapą z shakerem jak się go robi, bo posmakuje wszystkim, bo przywiozłam ten przepis z wakacji kilka lat temu, bo kojarzy się ze słońcem, bo za chwilę zaczyna się długi weekend więc będzie czas żeby słabość po szaleństwach minęła, bo mango jest smaczne bardzo....i jeszcze dużo "bo" znajdę :)

DRINK Z WÓDKĄ I SOKIEM Z MANGO:
(jak zazwyczaj w takich przypadkach ściśle określonych proporcji nie ma, ja podaje moje ulubione, ale można kombinować według własnego gustu)
-40 cl wódki
-sok z połówki limonki
-sok mango
-grenadina
 
Do szklanki wypełnionej lodem wlać wódkę i sok z limonki. Dopełnić sokiem z mango, a na koniec wlać kilka kropel grenadiny.....smacznego....i wszystkiego dobrego :)


środa, 13 sierpnia 2014

W krainie Żubra, bimbru i salonów sukien ślubnych

Dworzec PKP, z połowy XIX wieku.
Po mojej mamie Krystynce odziedziczyłam nie tylko zamiłowanie do słodkości, ale też gen szwendacza. A szwendać się lubię nie tylko po dalekim świecie, ale po tym całkiem bliskim również. Ostatni weekend upłynąl mi na jednej z podróży pod hasłem "swego nie znacie", bo trafiłam do Białystoku (dziękuję pradawnym bogom za promocje różne i bilet za 1zł na autobus relacji Warszawa-Białystok). 
Do tej pory w zasadzie, wstyd przynać, ale wiedziałam o tym mieście głównie tyle że jest. I tyle. Może jeszcze mogłabym dorzucić szkolną wiedzę o tym, że to stolica Podlasia, oraz wiedzę z wesela brata, że niedaleko mieszka wujek Jurek (który zacne rzeczy do picia robi). 


Teraz już wiedzę lekko uzupełniłam. Miasto mnie urzekło ogromną ilością zieleni, piękną architekturą, widoczną co krok obecnością wielu kultur i wyznań, oraz przede wszystkim smaczną kuchnią. Oprócz tego jeszcze jedna rzecz wprawiła mnie w zachwyt....ogromna ilość księgarni z tanią książką i salonów sukien ślubnych. O ile dzięki księgarniom wróciłam z tej wyprawy z kilkoma ciekawymi pozycjami do mojej biblioteki to sukni ślubnej nie zamierzałam nabyć, ale mogłam się do woli napawać wszelkimi wymyślnymi krojami i dodatkami. Blask bieli się rozchodził na wszystkie strony :)

Kamienica Ginzburga-podobno był w niej największy burdel w międzywojennym Białymstoku  (pierwotnie chciałam na zdjęciu głównie chmury uwiecznić, dopiero później doczytałam w przewodniku jakie ważne miejsce uwieczniłam przy okazji)

Atlas dźwigający globus-ponoć globus raz spadł...gdy naukę na Uniwersytecie Medycznym ukończyła dziewica.
Cerkiew pod wezwaniem św. Ducha-największa w Polsce
Kraina szczęśliwości, czyli kolejny sklep pełen diamencików, falbanek, tiulów i w ogóle róznych cudności

Jednym z głównych celów naszej podróży miało być zwiedzanie Białostockiego Muzeum Wsi, wraz z wystawą nt. bimbrownictwa. Wszystkie portale turystyczne i przewodniki zachwalają je jako jedną z głównych atrakcji regionu, gorzej że sami mieszkańcy miasta chyba mało o nim wiedzą, bo pytani o drogę bezradnie rozkładają ręce. Samo muzeum nie jest też dobrze oznaczone i chwilę nam zajęło zanim odnalazłyśmy wejście do obiektu. Jednak wszelkie negatywne wrażenia zatarł przemiły pan sprzedający bilety, który polecił nam zakup biletu spacerowego (3zł) a nie wystawowego (12zł) i jeszcze użyczył swojego osobistego przewodnika oraz doradził gdzie można dobrze zjeść po zakończonym zwiedzaniu. 
Samo muzeum to 27 ha obszer, gdzie oprócz "Leśnej bimbrowni" znajdują się też chaty, dworek, kapliczki, pasieki przeniesione z podlaskich wsi. Jest też hodowla kur ozdobnych, oraz woliera z sokołami i staw (w którym krnąbrnie łamiąc zakaz kąpieli chłodziłam się mocząc nogi).


Leśna bimbrownia...produkcja może tu iść na dużą skalę :)
Wszystkie sprzęty z tego zakątka to autentyki zarekwirowane przez policję.


Oczywiście ta wyprawa byłaby niepełna bez degustacji kuchni regionalnej. Nie tak łatwo znaleźć miejsce gdzie karmią regionalnymi potrawami, bo nawet jeśli według opisu restauracji takie dania są serowane to już przy zgłebianiu menu widzi się głównie tuszki z kalmara i sałatkę nicejską. No kurde, może moja wiedza kulinarna jest niepełna, ale chyba kalmarów to tradycyjnie na Podlasiu się nie jadało. Jest nawet stworzony Białostocki Szlak Kulinarny, naiwnie myślałam, że to szlak gdzie głównie miejscowe dania można skosztować. A tu wtopa...głównie sushi. 
Udało nam się znaleźć jednak miejsce całkiem przyjemne, na rynku, z zaznaczonymi w karcie daniami regionalnymi, z bardzo przystępnymi cenami-Cafe Esperanto, Rynek Kościuszki 10, Białystok.
Jadłyśmy tam dwa razy. Smakowało nam bardzo, chociaż zostało jeszcze parę dań do wypróbowania więc pewnie jeszcze do Białegostoku i do Cafe Esperanto powrócimy. 
Wśród dań, które jadłyśmy była babka ziemniaczana z sosem grzybowym (to akurat chyba  najmniej mnie zachwyciło, pewnie ja bym dała więcej przypraw), śledź z pieczonym ziemniakiem i sosem ziołowym (jak nie lubię śledzi to ten  mi bardzo smakował), kartacze z mięsem (pyyycha!) i pierogi z mięsem (bardzo dobre-jak oni to zrobili że to mięsko takie wilgolne). 
Największym naszym odkryciem kulinarnym była buza. Buza jest to napój, który samym swoim opisem lekko zniechęca do spróbowania (sfermentowana kasza jaglana-bleeeee), ale jak się człowiek przełamie i spróbuje to jest zachwycony. Orzeźwiający napój z rodzynkami, idealny na upały. Tradycyjnie podawany z chałwą, ale chyba wolimy wersję bez. Gdyby ktoś był w Białymstoku polecam gorąco spróbowanie tego cuda (3zł lub wersja z chałwą za 6zł). Pyszności.

Jedyną rzeczą, która bardzo mnie wkurzyła w tym lokalu, to możliwość palenia. Był upał, więc siadłyśmy w ogródku, chroniąc się w cieniu parasoli. Pech chciał, że jakieś dwie starsze panie usiadły zaraz przy stoliku obok i zaczęły kopcić jak smoki. Nie znoszę palenia, nie jestem w stanie jeść czując się jak w popielniczce. Pospiesznie zmieniałyśmy miejsce, niestety obsługa nie pomogła nam w przenoszeniu całego majdanu z talerzami i szklankami, a na uwagę, że przez to mogą stracić klientów kelner tylko wzruszył ramionami. No cóż kuchnia dobra, ale chyba bardziej im zależy na klientach wpadających tylko na piwo i frytki...niestety dostałam info, że lokal nie chce nic robić w kwestii palaczy. Zostaje tylko liczyć na odrobinę szczęścia, że gdy przyjdzie się na obiad nie siądą gdzieś obok dymiące smoki.
Babka ziemniaczana z sosem grzybowym, śledź z pieczonym ziemniakiem i sosem ziołowym i wyrób z lokalnego browaru oczywiście
Kartacze
Pierogi
Buza po macedońsku (z chałwą)-przyznaję jej medal za odkrycie kulirne roku :)

A na koniec tylko fotografie wynikacjące z mojego zachwytu na specami od reklamy i wymyślania chwytnych haseł...zarówno w reklamie komercyjnej jak i społecznej :)