wtorek, 30 września 2014

Tort z dzieciaczkiem dla dzieciaczków

Ostatni już tort z serii z ostatnich kilkunastu dni (za chwilę uda mi się wrzucić przepisy na bloga). Ten akurat stanowił dla mnie największe wyzwanie cukiernicze. Jednak wyzwaniem nie była tu dekoracja, o dziwo dzieciaczek jakoś łatwo mi się ulepił-chociaż chyba miał jakąś rzadką chorobę bioder, bo jakieś lekko krzywe wyszły. Najgorsze było zrobienie jakiegoś nadzienia tak, żeby wszyscy uczestnicy imprezy mogli spróbować chociaż po kawałku tortu. Naiwnie zapytałam się o uczulenia i preferencje i już mogłam wykluczyć jabłka, nabiał i czekoladę i nie wiadomo co tam jeszcze...no i teraz wiem że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Stworzyłam krem bez grama mleka i mam nadzieję, że dzieciakom smakowało :)

piątek, 26 września 2014

Zygzak McQueen, czyli tort auto

W krótkich żołnierskich słowach mówiąc ten tort był zamówiony specjalnie dla młodzieńca zakochanego w filmie "Auta".  Słuszny wybór, bajka zacna. Zabawy z tortem też trochę było, na szczęście przeszedł pomyślnie kontrolę jakości, czyli sam jubilat się zachwycił :)

Przy okazji chciałabym pozdrowić cały fanklub moich tortów ze Szpitala Dziecięcego w Dziekanowie Leśnym :)


środa, 24 września 2014

Dyplomowany misiaczkorób, czyli kurs tworzenia zwierzątek z masy cukrowej

Jak łatwo można się zorientować po wpisach na blogu, masą cukrową zaczęłam bawić się kilka miesięcy temu. Moim skromnym zdaniem idzie mi coraz lepiej, ale do poziomu Buddy Valastro to mi jeszcze dużo brakuje. Dlatego też w zeszłą środę zawitałam w progi Tortowni (cudny sklep pełen wspaniałości i jeszcze cudniejsza akademia), żeby dowiedzieć się jak profesjonalnie zrobić misiaczka z masy cukrowej. Dokładniej mówiąc było też o innych zwierzątkach, ale mnie najbardziej interesowały misie. W końcu misie są najlepsze! 
Kurs super tani nie jest, ale dla kogoś kto chce się rozwijać w dekorowaniu tortów, są to dobrze zainwestowane pieniądze. Na każdego uczestnika czeka przygotowane stanowisko pełne profesjonalnych przyborów. Prowadzący, Tadeusz Branecki, oprócz ogromnej wiedzy posiada również talent krasomówczy. Cudnie się słuchało tych wszystkich słodkich anegdot, ale oprócz nich było oczywiście dużo różnych, przydatnych informacji. Niektóre były niby takie oczywiste, ale jakoś jeszcze na nie nie wpadłam. No i w końcu dowiedziałam się do czego służą te wszystkie narzędzie cukiernicze.
Kurs absolutnie się przydał i dziś wieczorem będę robić tort po raz pierwszy z wykorzystaniem wiedzy kursowej. Mam nadzieję, że dzięki temu będzie mi łatwiej, a już niedługo znowu śmigam do tortowni, ale tym razem na kurs kwiatowy. 

wtorek, 23 września 2014

No nareszcie! Tort powitalny z misiem dla Misia

Długo to trwało, ale nareszcie się doczekałam. W końcu przyszedł ten dzień kiedy mogłam zrobić tort powitalny dla Misia...z misiem oczywiście :) Chociaż jego wyjazd w Alpy przyniósł nam mnóstwo zmian to powrót zapewnił nam istną rewolucję z fajerwerkami. Dzięki temu już niedługo będę mogła więcej czasu poświęcić na lepienie tortów i gotowanie.

piątek, 19 września 2014

Tort z boiskiem dla młodego miłośnika piłki nożnej

Coś pysznego dla młodego miłośnika sportu. Co prawda namęczyłam się trochę przy tym torcie, bo jakoś się tak złożyło, że żaden z moich najbliższych mężczyzn nie jest fanem piłki nożnej, więc absolutnie nie miałam pojęcia jakie linie powinny znaleźć się na boisku. Wujek Google musiał mi przy tym pomóc. A z bramkami z kolei pomógł mi tata Lesio...on je uczynił rzeźbiąc w masie cukrowej i lekko prychając pod wąsem, że to przecież banalnie proste jest i z czym ja tak w ogóle mam problem. Jeszcze chwila i całą rodzinę zaangażuję w lepienie tortów :)



środa, 17 września 2014

Zawijam kiecę i lecę, czyli Bieg W Sukniach Ślubnych

Cała Polska biega, a więc biegam i ja. Właściwie to raz przebiegłam, 500 metrów i prawie ducha wyzionęłam. Za to w tiulach, welonie i w ogóle prawie, że jak panna młoda wyglądałam. Biorąc pod uwagę zdanie Miśkosława na temat instytucji małżeństwa jest duża szansa, że była to jedyna okazja żeby mnie zobaczyć w takiej sytuacji. 
Całe zamieszanie spowodowane było zbiórką funduszy na leczenie i rehabilitację Julii Torli, podopiecznej Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”. Startować można było w swoich sukniach ślubnych lub jeśli ktoś, tak jak ja, jeszcze się takowej nie dorobił to w pakiecie startowym była tiulowa spódniczka i welon. U mnie była wersja na bogato, czyli dwie spódniczki tiulowe. Przegląd sukienek był ogromny i zabawy co nie miara (nie tylko dla zawodniczek ale dla wszystkich dopingujących). Za rok jakby co to też startujemy, tylko może posłuchamy się mojego brata i potrenujemy co nieco wcześniej, żeby kichy nie było :)

Czy te warstwy tiulu, aby przypadkiem mnie nie pogrubiają?
Rozgrzewka
Zawijam kiecę i lecę
Sesemes do ukochanego:"Misiu, nie wygrałam, ślubu jeszcze nie będzie"

poniedziałek, 15 września 2014

268. Piróg biłgorajski

Kuchnia z wschodnich rejonów Polski charakteryzuje się tym, że jest bardzo sycąca i składa się z prostych składników. Jednym słowem coś co tygryski lubią najbardziej. O pirogu biłgorajskim słyszałam już parę razy, jakoś wcześniej nie złożyło się żebym go spróbowała. Może to dlatego, że mój osobisty ojciec twierdził, że to takie byle co (ci co go znają mogą się domyślić jakich konkretnie słów użył w opisie :) ). 
Ja osobiście spróbowałam tego specjału na Europejskim Festiwalu Smaku (relacja i zdjęcia z tego wydarzenia). Zostałąm poinstruowana przez jakże miłą panią, że najlepiej takie cudo smakuje odsmażone na maśle, z dodatkiem kwaśnej śmietany. My akurat wtedy śmietany pod ręką nie mieliśmy, był za to twarożek...też rewelacyjnie pasował. W domu zrobiłam swoją wersję (czyt. posypałam całość czarnuszką, bo ją bardzo lubię). Miałam plan zrobić piękne, bogate zdobienie z ciasta, jakie ponoć tradycyjnie się na nim robi, ale na na planie się skończyło. Dwa torty w weekend wyeksploatowały mnie artystycznie, więc zdobień nie było, ale i tak było smacznie.

PIRÓG BIŁGORAJSKI:
CIASTO KRUCHO-DROŻDŻOWE:
-2,5 szklanki mąki
-pół kostki masła
-1 jajko
- 20 g drożdży
-szczypta proszku do pieczenia
-1 łyżeczka cukru
-duża szczypta soli
-2 łyżki kwaśnej śmietany (ja akurat miałam jogurt naturalny)

FARSZ:
-ok. 300-400g  ziemniaków
-250g kaszy gryczanej
-200g białego sera
-pół szklanki śmietany (tutaj też był użyty jogurt)
-2 jajka
-pół kostki masła (w wersji dla miłośników można użyć tyle samo smalcu ze skwarkami)
-garść świeżych liści mięty
-sól, pieprz
-czarnuszka

1. Ziemniaki ugotować w osolonej wodzie i odlać część wody. Wsypać do nich kaszę gryczaną i postawić całość na małym ogniu, aż kasza wchłonie wodę i zmięknie. Co jakiś czas zamieszać całość, żeby kasza nie przywarła do dna. Gdy kasza będzie już miekka dodać biały ser, posiekaną mietę, jajka, jogurt, sól i pieprz. Wszystko dodkładnie zamieszać i odstawić do przestygnięcia.

2. Pokruszone drożdże, proszek do pieczenia, cukier, sól i śmietanę rozmieszać w małej miseczce. Na stolnicy, lub w dużej misce wymieszać mąkę, masło i jajko. Dodać śmietanę z drożdżami i wyrabiać całość, aż powstanie elastyczne ciasto. 2/3 ciasta rozwałkować na grubość ok. 0,5cm i wyłożyć nim spód i boki blaszki (używałam takiej o wymiarach ok.25x25cm). Nałożyć farsz i równomiernie go rozłożyć i przykryć pozostawionym kawałkiem ciasta również cienko rozwałkowanym.
Wierzch posmarować lekko wodą lub rozmąconym jakiem i posypać czarnuszką. Piec w piekarniku rozgrzanym do 180st, przez około 40 minut.

3. Podawać od razu po upieczeniu lub odsmażony na maśle, w towarzystwie kwaśnej śmietany lub twarożku.

SMACZNEGO!

piątek, 12 września 2014

267. Maślane ciasteczka Bolki dla małego Bolka

Miesiąc temu w mojej, jakże szalonej i głośnej, rodzinie nastąpiła mała rewolucja. Pojawił się na świecie kolejny Bolek. Przez pierwsze 9 miesięcy swojego istnienia zwany był Groszkiem, po jakże spektakularnym pojawieniu się (pioruny biły na prawo i lewo, a Warszawę lekko podtopiło wtedy) dostał imię Kubuś. 
Jako jego ulubiona ciotka (na pewno mnie kocha najbardziej jestem o tym święcie przekonana), upiekłam ciasteczka na jego cześć. Może nie są tak super podobne do Bolka z kreskówki, ale od czego jest bujna wyobraźnia. Poza tym same ciasteczka są mocno maślane w smaku i idealne jeśli potrzeba wyciąć najbardziej fantazyjne kształty. Wykorzystywałam je już do wypiekania ciasteczkowych rekinów i lwów. Wypróbowałam je już przy różnych okazjach i zawsze się udają, a do tego są naprawdę proste do zrobienia.
Tym razem część ciasteczek była Bolkami, a część miała w sobie kakao i zamieniła się w słodkie misie, które pojechały ze mną w Alpy to mojego Misiosława. 

MAŚLANE CIASTECZKA:
-kostka masła
-2 szklanki mąki pszennej
-opakowanie waniliowego lub śmietankowego budyniu 
-pół szklanki cukru
-1 jajko

+tabliczka gorzkiej czekolady

Wszystkie składniki ciasta wymieszać ze sobą dokładnie (budyń używamy w formie proszku). Gotowe ciasto zawijamy w folię spożywczą i na co najmniej godzinę wkładamy do lodówki. Po tym czasie wyjmujemy ciasto i partiami rozwałkowujemy do grubości ok. 4-5mm i wykrawamy ulubione kształty. Gotowe ciasteczka układamy na blaszce i wkładamy do piekarnia rozgrzanego do 180st, na około 10 minut. Po tym czasie wyjmujemy ciasteczka z piekarnika, czekamy aż ostygną i po tym czasie dekorujemy je według uznania roztopioną w kąpieli wodną czekoladą.

*w wersji kakaowej podczas mieszania ciasta należy dodać 2 czubate łyżki kakao.

SMACZNEGO!

Mały cwaniak i sprawca całego zamieszania. Głos odziedziczył po Bolkach, więc w okolicy długo nie zaznają ciszy:)

środa, 10 września 2014

W Kozim Grodzie na Europejskim Festiwalu Smaku

Ostatni weekend spędziłam w Lublinie. Co prawda mam całkiem pokaźną część rodziny mieszkającą właśnie w tym mieście, ale ostatni raz w celach turystycznych to byłam chyba ze 20 lat temu. W międzyczasie Kozi Gród odwiedzałam dosyć często, ale zazwyczaj powodem moich wizyt były wesela, chrzciny czy inne imprezy silnie męczące, które nie sprzyjają wycieczkom krajoznawczym. 
Tym razem jako pretekst do wyjazdu posłużył Europejski Festiwal Kultury, który odbywał się w dniach 4-7 września 2014. W kilku punktach miasta odbywały się równolegle imprezy. Był jarmark, pokazy kulinarne, degustacje, wykłady i warsztaty i wiele innych atrakcji. W browarze Perła odbywał się również Festiwal Piwa oraz zjazd foodtrucków. Generalnie każdy mógł znaleźć tam coś co przypadnie mu do gustu. 
Jak dla mnie, wielkim plusem jarmarku było to, że prócz kulinarnych ciekawostek z całego świata, można było również popróbować dań kuchni lubelskiej, np. piroga biłgorajskiego, szczypek ("cukierki" mojego dzieciństwa), cebularzy, czy przysmaków kuchni żydowskiej. Jako, że nie samą kuchnią lubelską człowiek żyje, to były również sery, wędliny, kiełbasy, obowiązkowy na tego typu imprezach chleb ze smalcem, nalewki, wina, śliwowice, słodycze, rzeźby z czekolady, ciasta, pierogi (w odmianie naszej i sąsiadów zza wschodniej granicy), gulasze i inne dania węgierskie, i wiele innych dobrych rzeczy, których nie mogę sobie teraz przypomnieć.
Mam wrażenie, że wróciłam z Lublina o ładnych parę kilogramów bogatsza, ale uważam że było warto.
Węgierskie kiełbasy
Tureckie słodkości
Alkohole wszelakie, niektóre bardzo ciekawe, również można było nabyć.
Moim subiektywnym zdaniem, wśród stoisk najwięcej było tych z pieczywem.
Jeden ze smaków z mojego dzieciństwa, czyli szczypki. Składają się głownie z cukru i barwników.
Kolejny z lubelskich przysmaków-cebularze. Na blogu można znaleźć moją wersję przepisu na nie.
Inne lokalne przysmaki również skosztowaliśmy, bo warunki ku temu sprzyjały :)
Oprócz różnych pyszności do jedzenia, można było kupić cuda-wianki, baloniki na druciku, drewniane zabawki oraz piękne krzesełka z lekko upośledzonym Kubusiem Puchatkiem.
Żeby nie zatracić się całkowicie w jedzeniu wdrapaliśmy się na wieżę Trynitarską, czyli najwyższy punkt widokowy w Lublinie (tuż obok katedry, wstęp 7zł). Zasapałam się niesamowicie, bo żeby dojść na szczyt trzeba pokonać 207 schodków (wąsko, kręto i jeszcze stromo-nie trudno o zadyszkę). Za to z góry jest fenomenalny widok. Ponoć jest to bardzo popularne miejsce na oświadczyny.


Wszelkie imprezy trwały przez cały dzień. Nawet wieczorem Krakowskie Przedmieście tętniło życie, zaś w Browarze Perła odbywały się koncerty, degustacje i cały czas trwał Festiwal Piwa. Co prawda główna gwiazda wieczoru, węgierski zespół Omega, nie trafił jakoś wybitnie w nasz gust (znam jedną piosenkę i na tym chyba poprzestanę), ale i tak bawiłyśmy się świetnie. Szkoda, że ni w ząb nie rozumiałam o czym śpiewa wokalista (ach ten język węgierski nie podobny do niczego), może by bardziej do mnie trafił.
Krakowskie Przedmieście
Browar Perła i Festiwal Piwa
Zjazd foodtrucków w browarze

W niedzielę dużo czasu nie było, ale zdążyłam poganiać po Parku Saskim z aparatem w dłoni. Głównie ganiałam wesołego wiewióra. Miał taką zawiedzioną minę jak na mnie patrzył, że żałowałam braku orzeszków. A wiewiór kitę miał piękną.
Pogoń za wiewiórą

Następną wycieczkę turystyczną po Lublinie planuję zdecydowanie szybciej niż za kolejne 20 lat. To piękne miasto, w którym coraz więcej się dzieje. W kalendarzu pełno jest imprez kulturalnych oraz coraz więcej imprez kulinarnych. Do tego z Warszawy jest szybki dojazd, a niedługo ponoć ma być nawet połączenie lotnicze Warszawa-Lublin (szaleństwo-dłużej będzie trwała chyba odprawa niż sam lot).
Jednym słowem w Kozim Grodzie pięknie jest :)
Ulica Niecała
Udało mi się nawet dopchać do Koziołka.