czwartek, 31 grudnia 2015

387. Sałatka czosnkowa z ananasem na balety sylwestrowe

 Wiecie jaki jest największy dramat smakosza? Gdy sam uwielbia czosnek, a zakocha się w kimś kto czosnku nie trawi. Serio serio. Raz miałam absztyfikanta co na woń i aromat czosnku się krzywił i nosem swym arystokratycznym kręcił. Zniknął już na szczęście ów młodzian w odmętach niebytu i niepamięci. Koszmarnie się wtedy namęczyłam, bo ani sosu do makaronu doprawić nie mogłam tak jak chciałam, ani alioli wcinać z bagietką, ani ulubioną sałatką czosnkową rozkoszować się trudno było. No bo jak tu się rozkoszować czosnkiem, gdy w perspektywie masz romantyczne uniesienia i japę ukochanego wykrzywioną przez woń z mojej paszczy. Koszmar. Zdecydowanie odradzam. 
Za to nieco oldschoolową sałatkę czosnkową z ananasem polecam jeszcze bardziej zdecydowanie. Do podjadania podczas prywatek i przyjątek oraz podczas bardziej kameralnych spotkań. Przepis zaczerpnięty z przyjęć rodzinnych. Po raz kolejny dziękuję wszystkim pradawnym bogom, że obdarzyli mnie dużą rodziną, która lubi jeść i gotować.
Życzę wszystkim w Nowym Roku wszystkiego pysznego i sympatycznego towarzystwa przy posiłku. 

SAŁATKA CZOSNKOWA Z ANANASEM:
(proporcje są przewidziane na średniej wielkości miskę, w sam dla kilku osób. Na większe przyjęcia proponuję podwoić lub potroić liczbę składników)
-puszka ananasa
-puszka kukurydzy
-3-4 duże ząbki czosnku
-ok. 100g łagodnego żółtego sera
-łyżka majonezu
-3 łyżki jogurtu greckiego
-sól, pieprz

Ananasa wyjąć z zalewy i pokroić we w miarę drobną kostkę. Kukurydzę również odcedzić z zalewy i dodać do ananasa. Żółty ser zetrzeć na tarce o grubych oczkach, a czosnek na drobnej tarce i dodać do pozostałych składników. Jogurt wymieszać z majonezem, oraz odrobiną soli i świeżo zmielonego pieprzu i wszystko razem dokładnie wymieszać. Tak przygotowaną sałatkę czosnkową wstawić do lodówki na parę godzin, żeby się "przegryzła". Najlepiej według mnie smakuje ze świeżą bagietką lub z grzankami.

*lepiej nie używać świeżego ananasa bo w tej sałatce robi się gorzki i niezbyt smaczny
**w oryginale nie używa się w ogóle jogurtu greckiego tylko sam majonez, ale z zamiennikiem jest równie pyszna, ale chyba odrobinę mniej tłuściutka
***dla trochę mniejszych miłośników czosnku można dodać nieco natki z pietruszki dla złagodzenia aromatu.

SMACZNEGO!


wtorek, 29 grudnia 2015

386. Kawa z białą czekoladą i rumem



Co roku przychodzi do mnie bardzo miły Mikołaj i zostawia mi pod choinką jakieś akcesoria kawosza. Raz zostawił kawiarkę, w zeszłym roku spieniacz do mleka, a w tym roku dostałam młynek i zapas kawy ziarnistej. Niby mogłabym sobie to wszystko sama kupić, ale jakoś tak mi milej się robi, że ten Mikołaj taki domyślny.
Po świętach czuję lekką niechęć do bardziej spektakularnych działań kuchennych. W ogóle wszelkie działania budzą we mnie niesmak i niechęć. Na szczęście moja aktualna szefowa, czyli Luśka, jest wyrozumiała i jeśli tylko dostaje swój zapas mleczka i smakołyków, jest dostatecznie wymiziana i wyściskana oraz wybawiona, pozwala mi spokojnie napić się kawy. Przyznaję bez bicia, jestem kawoholikiem i bez kawy nie umiem żyć. I wcale nie chodzi mi o to, żeby podnosić sobie ciśnienie, ale żeby czuć smak kawy. Dlatego też jedyne czynności kuchenne na jakie mam teraz ochotę, to wypróbowywanie nowego młynka i wymyślanie nowych kawowych przepisów. Takich jak kawa z białą czekoladą i rumem. Pyszności na lepszy humor. 


KAWA Z BIAŁĄ CZEKOLADĄ I RUMEM:
(proporcje na 2 porcje)
-podwójne espresso
-ok. 30g białej czekolady (8 kostek)
-dwie niepełne szklanki mleka
-chlust rumu 

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, a mleko nieco podgrzać i następnie dobrze spienić. Na spód każdej szklanki wlać czekoladę, następnie spienione mleko, a potem espresso. Na koniec dopełnić każdą szklaneczkę odrobiną rumu, a na wierzch posypać trochę wiórków z czekolady. Podawać od razu.

*zamiast rumu można też użyć domowej esencji waniliowej, czyli alkoholu w którym są zanurzone laski wanilii

SMACZNEGO!

 

środa, 23 grudnia 2015

Magia świąt w domu wariatów

Chciałam, żeby święta były pięknie i magiczne jak w reklamie Tymbarka albo Biedronki. Chociaż nie łudzę się, że moje dziecko mi ulepi samodzielnie pierogi. Pierwsze święta w trójkę, w naszym nowym mieszkaniu. Mamy więcej miejsca niż w kawalerce Miśka, to wreszcie będzie choinka z prawdziwego zdarzenia i  ozdób pierdylion, pierniczki się będą piekły dzień i noc rozsiewając cudny zapach, a za oknem spadnie śnieg i Mikołaj wejdzie przez komin (nic to że komina u nas brak). Ma być pięknie i już. 
No to było. Miśko oznajmił, że musi wyjechać, ale będzie mnie wspierał psychicznie. I co się martwię, w końcu ma wrócić na całe 3 dni przed Wigilią, a to i tak lepiej niż rok temu (wtedy wrócił w Wigilię rano). 
Choinka ubrana już w połowie miesiąca, żeby i tata mógł obserwować reakcję Luśki na takie cudo. Takie cudo jest ulubionym placem zabaw naszej kocurzycy. Zabawy oczywiście najlepsze są o 5 nad ranem. Zołza jedna ściąga po kolei wszystkie bombki (Nobel dla tego kto wymyślił ładne plastikowe ozdoby co się nie tłuką), a potem przynosi do sypialni i gra w kociego hokeja pod łóżkiem. Jak tak nimi naparza i hałasuje to się budzi Luśka, która i tak jest ostatnio wściekła bo zęby kolejne się wyrzynają. Kilka bluzgów rzucone w przestrzeń nie pomaga niestety polubić pobudek o takiej godzinie. 
Potem robi się jeszcze zabawniej. Lucynda życzy sobie spożywać posiłki w pobliżu choinki, bo taką magię świąt odczuwa.  A jak choinka jest na wyciągnięcie łapek to uczepia się jakiejś gałązki i szarpie nią ile sił. Sił wbrew pozorom ma całkiem sporo, więc jak deszcz spadają kolejne bombki (te które ocalały z kociego pogromu) i igły. Kupiliśmy jodłę, bo ponoć miało się z niej tak nie sypać jak ze świerków. Widać nasza jest słaba psychicznie bo się z niej sypie na potęgę. Więc perfekcyjna Matka Polka po każdym posiłku łapie za odkurzacz i sprząta to pobojowisko.
A później idziemy na spacer, a raczej na zakupy. Wszystko przez to, że luby za późno ogarnął jakie prezenty możemy nabyć dla jego familii. Na zakupy internetowe jest już za późno, więc trzeba tradycyjnie, w tłumie oszalałym i słuchając "Last Christmas". Bardzo magicznie się wtedy czuję, ale przecież ja mam URLOP macierzyński, więc mam czas na zabawy sklepowe i stanie w kilometrowych kolejkach. 
Wieczorem jeszcze tylko mi zostało ponownie posprzątać igły obsypane z choinki, zawiesić na powrót bombki które kot ściągnie rano, uśpić bobasa, upiec stertę ciast dla brata, szwagra, koleżanki i innych krewnych i znajomych którzy o nie prosili i jeszcze kilka innych niezbędnych czynności. Hop-siup i już. Dziękuję, jeszcze dziś nie usiadłam a jest 3 w nocy. Szybko szybko, do łóżka spać, bo o 5 znowu się zacznie.
Może jak się święta skończą to kiedyś się wyśpię i poczuję magię. 
To mówiłem ja. Jarząbek :)

poniedziałek, 21 grudnia 2015

385. Śledzie po tatarsku według profesora Bralczyka

Ze śledziami mam taki problem, że w zasadzie je lubię, ale jak nie widzę że jej jem. Ni mniej ni więcej oznacza to, że nie dla mnie śledzie w oleju czy inne zawijasy. W zamian mogę jeść w całkiem sporych ilościach śledzie w śmietanie, musztardzie, maślance nawet, albo przykryte jakąś smakowitą pierzynką. W zeszłym roku odkryłam z radością, że profesor Jerzy Bralczyk jest smakoszem (słuszna postura nie zawsze na to wskazuje). Bardzo przyjemną książkę napisał. Smakowity tytuł "Jeść" zachęca do zjedzenia tej lektury, a w środku znajdziemy dykteryjek, anegdotek i powiedzonek związanych z przeróżnymi smakołykami jak np. bigos, czekolada, gruszka czy rzeczony śledź. Oprócz stworzenia książki, która spodoba się każdemu chyba smakoszowi, wystąpił kiedyś zacny profesor w telewizji śniadaniowej, jako pan od kuchni. Przygotował wtedy z małżonką śledzie po tatarsku. Przepis brzmiał na tyle smakowicie, że zanotowałam go w swoim kajeciku i właśnie wypróbowałam. Powiem jedno...pyszności. Na święta obowiązkowo takie śledzie zagoszczą na moim stole, a książkę profesora "Jeść" polecam na prezent gwiazdkowy dla wszystkich lubiących jeść. 
 
 ŚLEDZIE PO TATARSKU:
-4-5 filetów ze śledzia matjas
-5-6 łyżek jogurtu greckiego (ewentualnie majonezu jak ktoś się nie przejmuje dietą)
-2 łyżki ostrej musztardy
-łyżeczka koncentratu pomidorowego
-pęczek natki pietruszki
-2 jajka na ugotowane na twardo
-1 duża cebula
-garść lub dwie kaparów
-sól, pieprz

Śledzie wymoczyć w wodzie przez co najmniej godzinę. Pokroić je w małe kawałeczki. Cebulkę, natkę pietruszki i kapary posiekać na drobno. Do słoika wkładać warstwami cebulę, śledzie, kapary i natkę pietruszki. Zalać wszystko sosem z wymieszanego jogurtu, musztardy i koncentratu pomidorowego oraz sporej ilości świeżo zmielonego pieprzu. Miłośnicy soli mogą jeszcze dodać jej nieco. Całość wstawić do lodówki do przynajmniej jeden dzień żeby się całość przegryzła. Tuż przed podaniem na wierzchu ułożyć posiekane na drobno jajko. 

SMACZNEGO!


niedziela, 20 grudnia 2015

Tort pełen przyjaciół dla przyjaciół

 Oj nie oszczędzają mnie krewni i znajomi, nie pozwalają spać w nocy i nie dają czasu na długotrwałe gnicie w łóżku. Zamiast spać mam robić ludzi. I wbrew pozorom nie chodzi wcale o działania prokreacyjne. Lucy nie będzie miała póki co rodzeństwa. Zamiast tego stworzyłam 24 postacie z cukru. Cukrowe ludziki (a raczej ich twarze) rozgościły się na torcie przygotowanym na imprezę Ani (kilka przepisów na blogu dostałam właśnie od niej, np. ten na zapiekankę z bakłażanów). Gospodyni przesłała mi listę gości, wraz z krótkim rysopisem każdego. 2 zarwane noce, tona cukru pudru rozsypana na kuchennej podłodze i kilka miłych kaw wypitych o nieprzyzwoitej porze i już. Powstały cukrowe postacie, ponoć nawet całkiem udane, bo można poznać o kogo chodzi. 
Dumna jestem z tego tortu bardzo :)



piątek, 18 grudnia 2015

384. Rolada piernikowa z kremem pomarańczowym i prezent idealny dla wszystkich

Są takie momenty w życiu kiedy trzeba zabłysnąć, np. przed swoją przyszłą-ewentualną teściową. Takim momentem są niewątpliwie święta, kiedy chcemy zaprezentować coś niebanalnego i pysznego, a zarazem w miarę powiązanego z tradycją. Różnymi już wypiekami częstowałam Miśko-mamę, tym razem mam zamiar zabłysnąć przed nią roladą piernikową z kremem pomarańczowym. Maksimum efektu przy minimum pracy, bo to ciasto pyszne i jednocześnie w miarę łatwe do zrobienia. Testowałam najpierw na mojej osobistej mamie. Testy przebiegły pomyślnie.

ROLADA PIERNIKOWA Z KREMEM POMARAŃCZOWYM:
CIASTO:
-3 jajka
-3 płaskie łyżki cukru
-3 czubate łyżki mąki pszennej
-łyżka ulubionej przyprawy do piernika

KREM POMARAŃCZOWY:
 -200g białej czekolady
-250g serka mascarpone
-300ml śmietany kremówki
-sok i skórka otarta z 1 pomarańczy
-garść  posiekanej kandyzowanej skórki pomarańczowej

+ewentualnie polewa czekoladowa (50g gorzkiej czekolady i odrobina masła) i cukrowe śnieżynki

1. Upiec ciasto na roladę. Białka oddzielić od żółtek i ubić z nich pianę na sztywno. Dodawać stopniowo cukier, następnie żółtka i na koniec mąkę z przyprawą do piernika. Gotowe ciasto wylać cienką warstwą na przygotowaną blachę wyłożoną papierem do pieczenia (taką dużą blachę na cały piekarnik). Piec przez około 7-10 minut w 170st, aż się lekko zarumieni. Po upieczeniu wyjąć ciasto i zwinąć je w rulon, związać gumką recepturką i tak odstawić do przestygnięcia. 

2. Białą czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Schłodzoną śmietankę kremówkę ubić na sztywno, dodawać do niej stopniowo serek mascarpone, czekoladę i skórkę oraz sok z pomarańczy. Gotowy krem wstawić na kilka chwil do lodówki. 

3. Gdy ciasto przestygnie, rozwinąć je z rulonu. Nałożyć dosyć grubą warstwę kremu oraz skórki pomarańczowej, jeden brzeg zostawić wolny. Zwinąć roladę tak żeby ten pusty brzeg zamykał roladę. Zawinąć całość w folię i wstawić do lodówki na co najmniej godzinę. Po tym czasie ewentualnie oblać roladę polewać czekoladową i przyozdobić i znowu wstawić jeszcze na chwilę do lodówki. 

SMACZNEGO!

A do ciasta proponuję genialną lekturę dla najmłodszych. Piękne ilustracje Emilii Dziubak i przystępne opisy przybliżą maluchy (i starszaki) do świata leśnych zwierząt. Zdecydowanie zaletą są grube, twarde strony, które przetrzymają nawet najbardziej intensywne oglądanie tej książki. My jesteśmy zachwyceni, nawet Miśko któy nie jest miłośnikiem książek tutaj przepadł totalnie. W święta poznamy zdanie Luśki, ale myślę że jej też się bardzo spodoba. Na prezent będzie idealna, dziadek Lesio leśnik też nas pochwalił. 

środa, 16 grudnia 2015

383. Kotlety ziemniaczane z wędzoną sielawą

Z rybami wszelakimi mam ten problem, że nie do końca umiem je przyrządzać. Aspiruję do trochę wyższego poziomu niż przyrządzanie paluszków rybnych zawierających prawdziwą rybę. Różne próby już były, podejścia udane i te po których szukało się serwetki aby elegancko opróżnić paszczę bo przerażały smakiem. Miśko dzielnie te próby wytrzymuje, chociaż czasem coś nieśmiało napomknie, że może by już tak nie testować jego wytrzymałości. 
Tym razem na obiad były kotleciki, bardzo pożywne, bo z ziemniaków i wędzonej sielawy. Całkiem przyjemne wyszły. W zestawieniu z sosem, czy inaczej mówiąc dipem, mogą posłużyć jako przekąska podczas spotkania towarzyskiego.

KOTLETY ZIEMNIACZANE Z WĘDZONĄ SIELAWĄ:
-3-4 ugotowane ziemniaki średniej wielkości
-3-4 wędzone sielawy (ok. 300g)
-1 sporej wielkości cebula
-duży pęczek natki pietruszki
-1 jajko
-sól, pieprz, gałka muszkatołowa, płatki chilli

1. Sielawy obrać z ości i pozbawić głów oraz ogonów. Mięso ryb rozdrobnić za pomocą widelca. Tak samo postąpić z ziemniakami. Cebulkę i natkę pietruszki posiekać bardzo drobno. Wymieszać z ziemniakami, przyprawami, jajkiem i ziemniakami. Z masy formować malutkie kotleciki. Każdy z nich smażyć na mocno rozgrznaej patelni po kilka minut z obu stron. 

SMACZNEGO! 


niedziela, 13 grudnia 2015

Tort na wieczór panieński inspirowany "Alicją w krainie czarów"

Mam szczęście do ciekawych tortów na wieczory panieńskie. Tym razem niech przyszła panna młoda podąża za białym królikiem i wejdzie do krainy czarów jak Alicja :) Wieści z frontu czy się spodobał jeszcze nie mam, bo impreza chyba jeszcze trwa (ewentualnie dochodzenie do siebie po niej). Pannie młodej życzę samych bajkowych dni.

piątek, 11 grudnia 2015

Starzy na randkę raz poszli do Bistro Zorza



Gdy zaszłam w ciążę obiecywałam sobie, że za dużo to się nie zmieni. Nie zapuszczę się, nie roztyję, dalej będę czytać swoje ulubione książki, dalej chodzić do kina, kręcić się po Polsce i nie tylko. Taaa....prawie że się udało.  O tych kilku kilogramach, których nie lubię nie będę tym razem wspominać. O tym, że w kinie ostatni raz byłam na Hobbicie też nie.

 Ale przyszedł w końcu TEN dzień. Ja akurat śmigałam po mieście załatwiając pierdylion spraw. Przypadkiem zupełnym wyglądałam jak człowiek, pazury świeżo pomalowane i bez odprysków, oko maźnięte mazidłem, za uchem kropla perfumy francuskiej i jeszcze obcas na nodze. O ułożonej grzyweczce nawet nie wspominać będę. Dziecię u dziadków zostawione dobrze się bawi, a tu Miśko dzwoni z nowiną że wcześniej skończył pracę. No żesz kurcze blade. Święto lasu normalnie, będzie bal. Krótka piłka (Misiu mam vouchery do tej super-hiper-ekstraśnej-modnej-sezonowej knajpy, będzie po taniości), Miśko zmieniaj skarpety, idziem na randkę i to w wersji eksluziw.
Dziadków postawiłam przed faktem prawie dokonanym, że zostają z wnuczką trochę dłużej, a sama czekałam na swojego Księcia z Bajki. Książę odpalił Hondę i ruszyliśmy do Śródmieścia. O Bistro Zorza słyszałam głównie same superlatywy, że fajnie, że ładne wnętrze, że smacznie, sezonowo, że modnie, że zjeść można prawie o każdej porze dnia i nocy bo długo otwarte. Grzech byłoby tam nie zawitać w końcu. 
Przebiliśmy się przez centrum, dojeżdżamy pod restaurację. Już tylko znaleźć miejsce parkingowe i zaraz spróbujemy tych boskich ambrozji, o których tyle czytałam. Przejeżdżamy obok knajpy, ale akurat żadne wolne miejsce się nie trafiło. No to dawaj objeżdżamy kilka uliczek, bo w centrum to te cholerne jednokierunkowe się ciągle zdarzają, zaraz na pewno coś znajdziemy. Robimy jedno kółko, potem drugie, przy trzecim już widzę lekko zaciśnięte szczęki lubego. Na etapie czwartego okrążenia sama zaczynam się robić nerwowa, bo niedawno kawę wypiłam, a toalety po drodze nie odwiedzałam i zaraz mi wszystko uszami się wyleje. Misiek zaczyna warczeć, bo nie jadł nic przez pół dnia, ja zaczynam się łamać, bo tam już niepokojące wieści z frontu Luśko-dziadkowego płyną. Jeszcze tylko w jednej uliczce sprawdzimy i chyba zawracamy, tylko nagle się okazuje że zawrócić nie możemy bo akurat wypadek był. Kolejne 20 minut, trochę nerwów i jeszcze Hondziowego paliwa w plecy. Niezapomniana będzie ta randka na pewno. Jak nie urok to przemarsz wojsk. 

Po ponad godzinie kręcenia się bez sensu po centrum, zaczynamy warczeć oboje. Jedyna zaleta że światełka świąteczne dokładnie obejrzałam. Najwyżej zjemy kebaba, też będzie światowo. Jeszcze tylko zabierzemy dziecię i Miśko na ukojenie nerwów dostanie od taty Lesia nalewkę o mocy paliwa rakietowego i możemy jechać w stronę domu. 

A w domu wszamaliśmy po kebabsonie, z mordowni obok. W mordowni dym unosi się gęsty, atmosfera jest taka że praskie lokale by się nie powstydziły, a Gesslerowa miałaby co rewolucjonizować. Kebaby zaś opieka i kręci "Chińczyk", w międzyczasie można też obejrzeć sajgonki ukręcone chyba tydzień temu. No miodzio. I to tyle z naszych światowych zapędów. Randka w domu to też randka.

czwartek, 10 grudnia 2015

382. Likier z kukułek poleca się na prezent świąteczny

 
 Grudzień to taki miesiąc gdy każdy zapożycza się u sąsiada, sprzedaje nerkę albo napada na babcie staruszki zabierając im emerytury, byle tylko kupić prezenty. Zakupoholicy wreszcie są rozgrzeszeni i mogą bezkarnie powiększać debet na koncie. Ci zaś którzy mniej lubią zakupy, zgrzytają zębami i złorzeczą, ziejąc nienawiścią do tłumów stojących przed nimi w kolejce do kasy. 
Osobiście bardzo lubię wybierać i kupować prezenty, ale....głównie dla tych osób które dobrze znam i wiem z czego się ucieszą. Ciężko mi jest wymyślić prezent dla osoby, którą niezbyt dobrze znam. Mnie osobiście średnio cieszy znalezienie pod choinką dezodorantu albo bluzki którą z założenia wcisnę jedynie na dno szafy. Dlatego też zamiast kupować zapchajdziury wolę zrobić własnoręcznie coś małego. Moim osobistym faworytem prezentowym, który myślę spodoba się każdemu, jest likier z kukułek. Idealny zarówno dla teściowej, koleżanki, brata czy szwagra. 

LIKIER KUKUŁKOWY:
-500ml mleka zagęszczonego niesłodzonego
-ok. 400g kukułek
-300ml wódki

Mleko wlać do rondelka, wsypać do niego kukułki. Całość podgrzewać na małym ogniu, aż wszystkie cukierki się rozpuszczą. Zdjąć z ognia i wymieszać z alkoholem. Gotowy likier kukułkowy przelać do ozdobnych butelek i szczelnie zamknąć. Odstawić na co najmniej 2 dni. Po tym czasie likier z kukułek jest już gotowy.

SMACZNEGO! 



wtorek, 8 grudnia 2015

381. Sernik waniliowy z żurawiną na święta

Co roku, na początku grudnia, pada sakramentalne pytanie "no to gdzie w tym roku święta?". Ale nie nie nie...nie chodzi o to, że w święta śmigamy gdzieś na koniec świata by wylegiwać się pod palmą. Raczej o to kto w tym roku podejmie się trudnego zadania zorganizowania Wigilii dla całej (coraz liczniejszej) rodziny. Co prawda z biegiem lat skład nieco ewoluuje, tworzą się grupy i podgrupy, dzieci przybywa coraz więcej. I największe zaskoczenie jak dla mnie...ja się już do dzieci nie zaliczam, tylko jestem przedstawicielem świata dorosłych. Nie wiem czy mi się to podoba, wiąże się to z mniejszą ilością paczuszek pod choinką.
Do swego rodzaju tradycji należy też już podział obowiązków przed Wigilią. Żeby nie zamęczyć jednej osoby (w porywach do dwóch-trzech) przygotowaniem wszystkich tych skomplikowanych i pracochłonnych dań, ustalamy kto co robi. Z góry wiadomo, że mama Krycha ma uszka i barszcz do ogarnięcia, ja się zajmę pieczonymi pierogami, a i karp w galarecie jest od lat przypisany. 
Od kilku lat piekę też na święta sernik. Co roku jest inny, z innymi dodatkami. W tym roku eksperymentuję ze świeżą żurawiną. Biała masa ślicznie kontrastuje z brązowym ciastem i krwiście czerwonymi owocami. Do tego w smaku też jest silny kontrast pomiędzy słodką masą serową i bardzo kwaśną żurawiną. Dobry bardzo i orzeźwiający nieco po porcji obżarstwa. Taki sernik z żurawiną na święta będzie idealny.

SERNIK WANILIOWY Z ŻURAWINĄ:
CIASTO:
-150g mąki pszennej
-50g cukru
-1 żółtko
-2 czubate łyżki kakao
-1 łyżka jogurtu greckiego
-ok. 50g masła

MASA SEROWA:
-1kg sera trzykrotnie zmielonego na sernik
-100g masła
-5-6 łyżek cukru
-ziarenka z laski wanilii
-6 jajek
-opakowanie budyniu waniliowego
-ok. 200g świeżej żurawiny

1.Wszystkie składniki ciasta zagnieść ze sobą dosyć szybko (wszystkie składniki muszą być schłodzone). Ciasto powinno mieć konsystencję mocno wilgotnego piasku. Zagnieść je w jedną kulę i wstawić do lodówki na co najmniej pół godziny.  Po tym czasie 3/4 ciasta pokruszyć do przygotowanej blaszki i lekko ugnieść, czyli wylepić spód (ja używałam tortownicy o średnicy 25cm). Ciasto wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około10-15 minut.

2. W czasie pieczenia ciasta przygotować masę serową, w tym wypadku składniki powinny mieć temperaturę pokojową. Najpierw utrzeć masło z cukrem i ziarenkami wanilii. Następnie nie przerywając mieszania dodawać po jednym jajku. Gdy jajka będą już dobrze wymieszane dodawać stopniowo ser na zmianę z budyniem waniliowym (chodzi o proszek, a nie przygotowany budyń). Masę serową wylać na podpieczony spód (UWAGA-warto spróbować masy, bo powinna być mocno słodka).

3. Na wierzch masy serowej delikatnie rozłożyć żurawinę, a na nią pokruszyć resztę ciasta. Całość wstawić z powrotem do piekarnika na ok. 45-60 minut. Gdy sernik będzie już prawie upieczony zgasić ogień i pozwolić mu dojść w stygnącym piekarniku. Gdy ostygnie warto jeszcze na chwilę włożyć sernik do lodówki przed podaniem.

SMACZNEGO!

piątek, 4 grudnia 2015

380. Owsianka piernikowa z suszoną żurawiną

 Boże Narodzenie zawsze bardo lubiłam. I bieganie po sklepach za prezentami i przygotowywanie świątecznych pyszności i te wszystkie bombki i świecidełka też bardzo lubię. Tylko, że takiej starej babie nie wypadało kupować wszystkich świecidełek na jakie się natknęłam. Zresztą co roku choinki miały ograniczoną pojemność i więcej bombek by już zwyczajnie się nie zmieściło. 
W tym roku jest inaczej. Szał świąteczny mnie opętał. Czuję się silnie bezkarnie kupując kolejne pudełko śliczności, bo chcę żeby nasza choinka była najpiękniejsza. Skarpety na prezenty nówki-sztuki już kupione. Mama Krysia zagoniona do szydełkowania, dzierga nam dzielnie gwiazdki, które zawisną na choince i w całym domu. Sklepy z zabawkami przekopane na prawo i lewo, żeby znaleźć te najciekawsze, najwspanialsze i najbardziej zachwycające. A wszystko to dlatego, że to będą pierwsze święta Luśki. Czekam już na ten moment, kiedy małe łapki uporają się z kokardami i pięknymi papierami. Na pierwszy spacer po Krakowskim Przedmieściu pełnym światełek i pierwsze odwiedziny w szopce na Miodowej.Łoboziuuuu! Matka zwariowała. I żeby jeszcze bardziej się wprowadzić w świąteczny nastrój nawet owsiankę o poranku robię piernikową z suszoną żurawiną i czekoladą. A kawę o poranku piję z kubeczka w reniferki. Tylko przez jeden miesiąc w roku używam tego kubka....Szaleństwo pełną gębą :)


OWSIANKA PIERNIKOWA Z SUSZONĄ ŻURAWINĄ:
-pół szklanki płatków owsianych górskich
-ok. szklanka mleka
-garść suszonej żurawiny
-łyżeczka miodu
-duża szczypta cynamonu, kilka goździków, kawałek gwiazdki anyżu, kapsułka kardamonu, trochę świeżo otartej gałki muszkatołowej
-ewentualnie kostka gorzkiej czekolady

1. Płatki zalać taką ilością mleka żeby je przykryło i odstawić na co najmniej pół godziny. Wszystkie przyprawy dokładnie rozetrzeć w moździerzu.

2. Płatki przelać do rondelka i postawić na małym ogniu, dolać resztę mleka (można zwiększyć jego ilość jeśli ktoś nie lubi gęstej owsianki). Dosypać wszystkie przyprawy i dodać miód. Podgrzewać aż owsianka nieco zgęstnieje, a płatki zmiękną. Przelać do miseczki, na wierzch dodać garść suszonej żurawiny i nieco startej na tarce gorzkiej czekolady.

*żeby zaoszczędzić nieco czasu można od razu przygotować sobie więcej przyprawy piernikowej i przechowywać ją szczelnie zamkniętą w słoiku.

SMACZNEGO!

środa, 2 grudnia 2015

379. Makaron z pesto z jarmużu i kozim serem

 Nie będę po raz enty pisała o tym, że jak Miśko wyjeżdża to w ramach leczenia swojego nieszczęścia, jem makaron. Zanudzić się można straszliwie. Szczerze mówiąc mnie też już te wyjazdy nudzą. Wymyślę więc na poczekaniu inną dykteryjkę, która kogoś zaciekawi :)
Jarmuż jest mi jesienią dostarczany regularnie, gdy tylko rodzice wracają z działki. Kombinuję więc kolejne przepisy z wykorzystaniem tego wielce atrakcyjnego z wyglądu zielska. Przepis na pesto wydał mi się o tyle wart wypróbowania, że można go zrobić dzień wcześniej. Przy małym potworku, który nie śpi w ciągu dnia i ma więcej energii niż króliczki duracela, zrobienie zasadniczej części obiadu w nocy to duże ułatwienie.Tym bardziej, że czas spędzony na macerowaniu się tylko wzmacnia smak. Pesto rewelacyjnie smakuje również jako dodatek do grzanek albo omletów. 
Natomiast makaron farfalle, znany pod pseudonimem kokardki, znalazł się w moim obiedzie przez lekcje włoskiego. Moja lektorka ostatnio wspominała, że jej ulubionym słówkiem włoskim jest farfalla, czyli motyl. Tak mi te motylki w głowie fruwały, że odruchowo już ten typ makaronu powędrował to mojego koszyka. Ach ta nauka, wzbogaca życie.

MAKARON Z PESTO Z JARMUŻU I KOZIM SEREM:
-ok. 300-400g ulubionego makaronu (np. farfalle lub penne)
-ok. 300g jarmużu
-garść orzechów włoskich
-duży chlust oliwy
-1-2 ząbki czosnku
-ok. 100g twardego sera koziego +jeszcze trochę do podania
 -sól, pieprz

 1. Jarmuż umyć dokładnie i posiekać na mniejsze kawałki. Wrzucić go na chwilę (2-3 minuty) na wrzątek, a następnie przelać zimną wodą. Orzechy włoskie posiekać i podprażyć chwilę na suchej patelni.

2. Do blendera wrzucić jarmuż, orzechy, starty kozi ser, czosnek oraz dolać oliwę i nieco soli oraz pieprzu. Wszystko razem zmiksować dokładnie na sos. Gdy jest zbyt gęsty dolać nieco oliwy lub zimnej, przegotowanej wody. Tak przygotowane pesto włożyć do lodówki, żeby się przemacerowały wszystkie smaki.

3. Makaron ugotować al dente. Gdy będzie jeszcze gorący dodać pesto i dokładnie wymieszać. Na wierzch każdej porcji zetrzeć trochę sera koziego.

SMACZNEGO!


poniedziałek, 30 listopada 2015

378. Czekoladowe ciastka pieguski z ziarnami kakaowca

Osiągnęłam już szczyt szczytów w nieogarnięciu (kuchennym). Znalazłam przepis, który wyglądał mi bardzo obiecująco. Przeczytałam go nawet kilka razy. Odkryłam, że w zasadzie to większość składników mam, ale brakuje mi jeszcze prażonych ziaren kakaowca, więc pogoniłam chłopa żeby mi takowe zakupił. Biedak przedzierał się przez siedem mórz i siedem rzek, pokonał smoka i złego ogra i zdobył je dla mnie (od razu w podwójnej ilości żeby się drugi raz nie męczyć). Jak już miałam te cholerne ziarna to zapał do pracy mi nieco oklapł i się zebrać nie mogłam czas znaczny. Jak się zebrałam to przeczytałam przepis jeszcze raz iiiii....tam wcale nie było ziaren kakaowca, tylko wiórki czekoladowe albo posiekana czekolada. No cóż. Peszek. Grunt, że chociaż z tej samej kategorii były te produkty. Zresztą jak po raz kolejny wczytałam się w przepis to mi wyszło, że jakaś taka ilość wyjdzie że nawet do jednej kawy nie wystarczy słodkości  i w ogóle do luftu ten przepis jest. Wcześniej chyba jakaś pomroczność jasna mnie dopadła.
Pokombinowałam nieco i wyszedł całkiem nówka-sztuka jeszcze nie śmigany przepis. Genialne te ciasteczka, do kawy cudne, bez kawy też. Chciałam szlachetnie zostawić trochę Miśkowi za fatygę z tymi ziarnami, ale mu się wyjazd służbowy przedłużył i już na ciasteczka się nie załapał biedak. Mógł nie pracować tylko szybciej wracać. Praca jest dla leszczy.

 CZEKOLADOWE CIASTECZKA PIEGUSKI Z ZIARNAMI KAKAOWCA:
 -pół kostki miękkiego masła
-1/3 szklanki cukru
-1 szklanka mąki pszennej
-1 jajko
-duży chlust esencji waniliowej
-1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej
-1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
-spora szczypta soli
-2 czubate łyżeczka kakao
-2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
-ok. 100g prażonych ziaren kakowca
-2 tabliczki czekolady (u mnie 1 biała i 1 mleczna)

1. Ziarna kakaowca obrać z łupinek i drobno posiekać. Obie czekolady również posiekać na małe kawałeczki. 

2. Masło utrzeć na puszystą masę z wanilią i cukrem. Następnie cały czas ucierając dodać jajko, sól, kakao, kawę oraz mąkę, sodę i proszek do pieczenia. Na koniec do masy wmieszać posiekane ziarna i czekoladę. Formować niewielkie kuleczki (mniej-więcej wielkości orzecha włoskiego) i układać je na blaszce przy okazji lekko spłaszczając. Trzeba zostawić spore odległości pomiędzy ciastkami, bo spore urosną. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 10 minut. Po tym czasie wyłączyć piekarnik i przełożyć ciasteczka do studzenia na kratkę. Uwaga, będą jeszcze miękkie. Najlepiej przechowywać je w szczelnej puszcze. 

*zamiast ziaren kakaowca można użyć orzechów, migdałów, rodzynek bądź suszonej żurawiny, albo po prostu dołożyć kolejną tabliczkę czekolady

SMACZNEGO!


niedziela, 29 listopada 2015

Tort z misiami dla misiów

 Tworzyć małe, słodkie misiaczki to ja lubię bardzo. Dlatego się silnie ucieszyłam, że mam zrobić tort dla Państwa Misiów, z misiami i misiowymi życzeniami. Co prawda te misiaczki z tortu jakieś 4 razy w ciągu jednej nocy zmieniały swoje położenie, bo koncepcja twórcza mi się zmieniała jak w kalejdoskopie. Ale według mnie efekt jest więcej niż zadowalający. 
Zresztą z pewnego źródła wiem, że Misiom też się tort z misiami bardzo spodobał. Smakował też bardzo :)

piątek, 27 listopada 2015

377. Zapiekanka z dyni z kaszą pęczak

Moje dziecko jada tylko kilka rzeczy, które mlekiem nie są. Jak czegoś nie chce zjeść to bardzo dosadnie to komunikuje. W sumie jej się nie dziwię. Ci starzy to czasem bardzo niekumaci są i nie ogarniają o co dziecku chodzi. 
Jednym z warzyw, które dostąpiło zaszczytu goszczenia w Luśkowych obiadkach jest dynia. Dlatego też mamy ją na swoim wyposażeniu w lodówce prawie cały czas. Tyle tylko, że czasem kończą mi się pomysły jak ją można przyrządzić. Bo że Luśka ma dostać zupę krem z ewentualną wkładką mięsną to ja wiem, ale co dla nas. Resztę warzywa jakoś dla nas muszę zawsze zagospodarować, a już zupa mi obrzydła. Przerabialiśmy już placuszki, omlety, kopytka dyniowe, a ostatnio padło na zapiekankę z dyni. I mogłam w niej przemycić moją ukochaną kaszę pęczak. Miśko jej niestety nie lubi, ale w zapiekance nie zauważył i dopiero przy drugiej dokładce ją odkrył. W takim momencie głupio mu było marudzić. 

ZAPIEKANKA Z DYNI Z KASZĄ PĘCZAK
-ok. 700g dyni
-pół szklanki suchej kaszy pęczak
-0,5 kg mięsa mielonego z indyka
-1 duża cebula
-2-3 ząbki czosnku
-3-4 pomiodory
-1 papryka
-kawałek pora i selera
-garść sezamu
-sól, pieprz, czerwona słodka papryka, rozmaryn, gałka muszkatałowa, chilli, oliwa
-2 jajka

1. Dynię obrać i pokroić na niewielkie kawałki. Lekko skropić oliwą i wstawić w żaroodpornym naczyniu do piekarnika rozgrzanego do 170st. Po ok. 20 minutach wyjąć dynię i dokładnie zmiksować ze szczyptą soli i pieprzu, oraz gałką muszkatałową i chilli. Gdy dynia nieco przestygnie wymieszać ją dokładnie z jednym jajkiem. 

2. Ugotować kaszę pęczak na sypko. Sezam uprażyć na suchej patelni.

3. Cebulę posiekać na drobno i podsmażyć na odrobinie oliwy. Dodać do niej drobno posiekane ząbki czosnku, a potem pokrojone w niewielką kostkę pozostałe warzywa. Do wszystkich warzyw dorzucić mięso i całość mocno doprawić solą, pieprzem i papryką oraz igiełkami rozmarynu. Zestawić z ognia, wymieszać z kaszą i z drugim jajkiem. 

4. Na dno naczynia żaroodpornego wyłożyć farsz mięsno-warzywny. Na wierzchu równomiernie rozłożyć pure z dyni, na którym z kolei rozsypać uprażony sezam. Całość wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na 15 minut. 

SMACZNEGO!




środa, 25 listopada 2015

O matko! Na basen z bobasem.

Do zajęć zorganizowanych dla niemowlaków mam dość niechętne podejście, ale basen to co innego. Głównie dlatego, że ja się bardzo lubię taplać w wodzie więc niech i bobas skorzysta nieco. 

Niby to nic trudnego nie jest. Trzeba spakować siebie i dziecko, pojechać, popływać i już. Zrobione, odhaczone. Ale...tu zaczynają się schody. 

Spakować się tak łatwo nie da, bo akurat w dniu basenu Lucy przypomina sobie, że jest nieszczęśliwym dziecięciem. Cały dzień siedzi mi na rękach, a odłożenie do łóżeczka skutkuje darciem się opętańczym. Założę się, że sąsiadka już ma jakiegoś egzorcystę w pogotowiu, bo te wrzaski normalne nie są.

Jak już, jakimś cudem, spakowane jesteśmy to jeszcze muszę zadbać o dobry humor. Bo jak bobas jest niewyspany, głodny, nieszczęśliwy, niewybawiony dostatecznie albo jak są plamy na słońcu a dzieci w Afryce głodują, to na zajęciach jest ryk. Oczywiście opętańczy. Zajęcia mamy o takiej porze, że z tym wyspaniem jest problem. Muszę przełożyć standardową (jedyną w ciągu dnia) drzemkę o godzinę. Łatwe nie jest, kto ma własnego bobasa wie jaki to drmata. Najpierw trzeba dziudziula przetrzymać odpowiednio długo i wytrzymać fochy, a potem położyć spać. Zazwyczaj na etapie położyć spać uaktywniają się moi sąsiedzi. Jeden jest niespełnionym budowlańcem i często słyszę jak się skrada z wiertarką. Drugi ma psa o głosie jak dzwon, sierściucha paskudnego. Roznosiciele ulotek czy inni świadkowie Jehowi też dzwonią do drzwi w ciągu tej godziny przeznaczonej na sen. Parę razy niestety użyłam słów, które damie nie przystoją w konwersacji. Wstydzę się tego, ale przynajmniej już nikt nieproszony do nas nie dzwoni.

Ufff....dziecię śpi. To teraz mam czas, żeby zrobić siku na zapas. Potem już nie mam jak, bo do basenu przecież nie wolno, a z Luśką na rękach to nieco niewygodnie. 

Jak się mały potworek budzi to teraz go szybko trzeba nakarmić, ubrać w znienawidzony przezeń kombinezon i cholerną czapeczkę. Jeszcze przytwierdzić do fotelika, bo bestia ostatnio nie chce siedzieć spokojnie. Kolejna okazja do darcia japy zaliczona. 

Dojechaliśmy. Teraz prędko, trzeba rozebrać bobasa z tych wszystkich warstw grzewczych, bo zaraz się zagotuje i zacznie się drzeć, a ktoś znowu dorzucił do pieca i basenową szatnię można pomylić z sauną. W szatni zresztą nie jest łatwo, bo ja łapię lekką depresję. Te wszystkie bardzo perfekcyjne matki, które z nami chodzą, zawsze tak sprawnie się i bobasa swojego przebierają, bałaganu wokół nie tworzą, ubrania w kosteczkę mają poskładane i maluch przy tym grzeczny jest. Taaaa...prawie jak ja i Luśka. Chaos i destrukcja to nasze pseudonimy artystyczne, zgadnijcie dlaczego. Grunt, że już za chwilę wejdziemy do basenu, bo z tego wszystkiego jestem spocona jak gladiator po walce, a pot cieknie mi strużką wzdłuż kręgosłupa.
 Zajęcia się zaczynają. Pozostałe maluchy grzecznie przebierają łapkami i radośnie się chlapią wykonując ćwiczenia zaproponowane przez instruktorkę. To robią inne maluchy, mój maluch ma jak zawsze swój pomysł na życie. Kiedy wszyscy radośnie bawią się zabawkami na dryfującej tratwie, Luśka zgarnia jak najwięcej zabawek pod pachy i głośno krzyczy gdy ktoś jej nieopacznie chcę jakąś zabrać. Kiedy reszta pływa na pleckach my życzymy sobie zabawę w samolocik lądujący w wodzie. Inni bawią się piłeczkami...Phi, to jest zabawa dla leszczy. Luśka zgarnia sobie całą stertę rękawków, napompowanych i czekających na kolejną grupę. Mamy trenować skoki do wody? Lepiej zaczepiać jakiegoś brodatego ojca obok, bo przecież taki podobny do Miśkosława jest i na pewno się nie obrazi że jakiś glonojad gryzie go rękę. 

Nerwy są, stres co tym razem zdemolujemy też. Jednak wszystko mija gdy widzę, że Lucy po raz pierwszy macha łapkami i samodzielnie płynie, a nie zachowuje się jak ciągnięta przez matkę boja. Boziuuuuuuuu! Moje dziecko pływa. Zadanie wykonane. Już wiem, że gdy zaatakują nas korsarze na morzu ona sobie da radę :) 

Z rozpędu i emocji, aż nas zapisałam na kolejny semestr zajęć. A co mi tam, stres do ludzka rzecz, podobno od stresu się chudnie. 

*razem z dziecięciem mym chodzimy na zajęcia prowadzone przez szkołę Bąbelki Pływają. Luśka jakby mogła to by wam sama zarekomendowała.

wtorek, 24 listopada 2015

376. Pulpety z indyka w sosie koperkowym...prawie jak u mamy

 Z przepisami na tradycyjne potrawy to u mnie trochę na bakier jest. Jednym słowem, żeby wykonać schabowego na obiad to się muszę nieźle napocić i kombinować, bo nigdy nie wiem czy mi wyjdzie i czy będzie w smaku przypominam ten z obiadów u mamy. 
Teraz sama zaczynam budować kulinarne wspomnienia Lucynki. Co wnikliwsi mogli już poczytać jak super i fantastycznie idzie mi rozszerzanie diety mojego niemowlaka. Wysmarowana buraczkami kocica też coś może powiedzieć na ten temat. Moje dziecko te wszystkie mdłe paciajki wypluwa szybciej niż je wzięła do paszczy. Za to cała szczęśliwa jest i dumna z siebie jak dostanie coś z dorosłego jedzenia (dostanie albo sama sobie zabierze-te małe rączki są strasznie szybkie). Poddałam się prawie bez walki. Tłumaczyć nie będę, wolę się i naszą dietę nieco dostosować. Przecież te papki marchewkowe są paskudne jak stare kapcie. 
Z takich bardziej dietetycznych i lekkostrawnych potraw przyszły mi do głowy pulpety w sosie koperkowym. To było jedno z pierwszych dań, które mogłam zjeść po porodzie i które mi smakowało. Dieta pooperacyjna miła i smaczna nie jest. Klei ryżowy na wodzie, zaserwowany mi parę godzin po całej akcji, do tej pory powraca do mnie w koszmarach sennych. Pulpety na drugi dzień były zdecydowanie lepsze. Ponieważ mama Krysia nie robiła w domu takich rarytasów (a przynajmniej ja w ogóle sobie tego nie przypominam) to nie musiałam się trzymać żadnego tradycyjnego przepisu i sama coś sobie wykombinowałam. I bardzo dobrze. Pulpeciki pierwsza klasa wyszły. Luśce też smakowały (aż pół jednego zjadła-żarta bestia), Miśko zadowolony z takiego obiadu, znaczy wchodzą do naszego obiadowego repertuaru na stałe. 

PULPETY Z INDYKA W SOSIE KOPERKOWYM:
-ok.500g mięsa mielonego z indyka
-duży pęczek koperku
-1 średniej wielkości cebula
-1 jajko
-ew. trochę bułki tartej
-sól, pieprz, suszona słodka papryka
-duży kubek jogurtu greckiego (400g)
-ok. 2l wody (ewentualnie bulionu) -może trochę mniej, musi przykrywać pulpety

1. Cebulkę i 1/3 pęczka koperku bardzo drobno posiekać. Dodać je do mięsa. Wbić jeszcze jajko, dosypać nieco soli i pieprzu oraz papryki. Całość dokładnie wymieszać. Jeśli mięso jest zbyt kleiste dosypać nieco bułki tartej. Zwilżonymi zimną wodą dłońmi formować pulpeciki wielkości orzecha włoskiego lub ciut większe. 

2. W średniej wielkości garnku zagotować wodę. Do wrzątku wrzucać delikatnie pulpeciki. Gdy mięso zmieni kolor zmniejszyć ogień i dolać jogurt grecki oraz dosypać resztę posiekanego koperku. Wymieszać całość i ewentualnie doprawić sos solą i pieprzem. Pogotować wszystko razem ok. 10 minut, a następnie zdjąć z ognia i podawać. Według mnie pulpety najlepiej smakują z kaszą gryczaną i ogórkami kiszonymi. 

SMACZNEGO!

środa, 18 listopada 2015

375. Gryczana tarta z gruszkami i serem ricotta

Tym razem nie będzie błyskotliwej i zabawnej dykteryjki na początek wpisu. Tym razem po prostu tarta gryczana z gruszkami ma mówić sama za siebie. Ja jedynie dodam, że biedna ta tarta czekała na swoją kolej bardzo długo, bo konkubent mój obiecał kupić mi ser ricotta...zajęło mu to tylko 1,5 miesiąca. Po drodze dostałam serek mascarpone i parę innych cudów, zanim udało się trafić na ten właściwy. Zaczynam się powoli przyzwyczajać, że dostaję nie do końca to o co prosiłam i muszę później kombinować. Jeśli tarta wam się spodoba to zerknijcie również na przepis na kruche ciasto z delikatnym kremem z mascarpone i gruszkami. Też było dobre :) 

TARTA GRYCZANA Z GRUSZKAMI I SEREM RICOTTA:
CIASTO:
-150g zimnego masła
-300g mąki gryczanej
-1 jajko
-50g cukru
-szczypta soli
-ew. łyżka jogurtu greckiego

NADZIENIE:
-250g sera ricotta
-4-5 dojrzałych gruszek
-2-3 łyżki miodu
-trochę cynamonu (ja używałam gotowej mieszanki Kamis-jest tam m.in. cynamon, kardamon, skórka cytrynowa) 

1. Z podanych składników zagnieść szybko ciasto. Powinno być elastyczne i nie kleić się do rąk. Jeśli jest za suche dodać jogurt grecki, jeśli za mokre ciut więcej mąki. Gdy będzie gotowe zawinąć je w folię spożywczą i wsadzić do lodówki na co najmniej godzinę. 

2. Schłodzone ciasto rozwałkować i wyłożyć nim przygotowaną foremkę (u mnie to była forma do tarty o średnicy 26cm i jeszcze 3 foremki do małych tarteletek).  Na ciasto położyć kawałek papieru do pieczenia i obciążyć np. suchym grochem, żeby nie wyrosło i wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na 15 minut. 

3. Gdy ciasto się piecze obrać gruszki i pokroić je w plasterki. Na podpieczony spód wyłożyć ser ricotta, na niego rozłożyć równomiernie gruszki. Wierzch oprószyć cynamonem i oblać miodem. Tak przygotowaną tartę wstawić do piekarnika na 20 minut. Gdy po upieczeniu ostygnie można już jeść. 

SMACZNEGO!