środa, 23 września 2015

Food truck....dziękuję, postoję!

 Bardzo lubię gotować w domu, ale lubię też czasem zjeść coś na mieście. Nie szwendamy się wybitnie regularnie po knajpach, ale mimo wszystko myślę, że podwyższamy statystyki odwiedzin w restauracjach. I uwaga...to nie jest tylko kebab w pobliskiej budce (chociaż z Miśkosławem dobrym kebabsonem nie pogardzimy). Jednak pewna moda kulinarna do tej pory mnie omijała, o food trucki chodzi. Jakoś nam było do tej pory wybitnie nie po drodze. Może to kwestia tego, że te samochody w tygodniu parkują zazwyczaj w okolicach gdzie jest sporo biurowców, czyli np. w warszawskim Mordorze. Nawet w trakcie mojej większej aktywności zawodowej to była okolica bardzo rzadko odwiedzana przeze mnie, a teraz z wózkiem też się raczej tam nie zapuszczamy na spacery. 
W sezonie wiosenno-letnim były organizowane jeszcze zjazdy food trucków, ale też jakoś na nie trafić nie mogliśmy, aż do ostatniego weekendu. Nie powiem, w motywacji do ruszenia się na warszawski Plac Defilad, pomogły vouchery od KUKBUKa. Po tym pierwszym spotkaniu z food truckami mam bardzo mieszane uczucia. 

LA CHICA SANDWICHERIA-oglądaliście film "Szef"? Kojarzycie te kanapki, które robił główny bohater z synem w swoim food trucku. Do tej pory jak o tym myślę, to ślina mi cieknie po brodzie. Jak tylko znalazłam informacje, że po Warszawie jeździ samochód sprzedający kubańskie kanapki wiedziałam, że muszę go kiedyś dopaść. Niestety to nie takie proste. Od dłuższego czasu śledziłam ich trasę, ale do Mordoru jak wspominałam jest mi nie po drodze. Gdy się okazało, że mają parkować na zlocie była to kolejna zachęta do odwiedzin tego wydarzenia. 
Przemiła pani poleciła mi kanapkę z grillowanym kurczakiem i mango. Może na początku nie do końca byłam przekonana do tego mango, ale po 2 kęsach stwierdziłam, że zaskakująco dobrze pasuje. Kanapka była duża, warta swojej ceny. Przede wszystkim była przepyszna na tyle, że Miśko który nie bardzo lubi połączenie owoców z mięsem, też zamruczał z aprobatą. Bez problemu dostaliśmy nasze zamówienie zapakowane na wynos (czyt. kanapka w pudełko, pudełko w torebkę), bo niestety rozsiadanie się na dłużej tego nie dnia nie było nam dane przez Luśkę. 
Jeśli tylko zaparkują kiedyś bliżej centrum chętnie spróbuję pozostałych kanapek. Ewentualnie zbierzemy się na tyle wcześnie w któryś weekend, żeby dotrzeć na targ śniadaniowy. Jak dla mnie 5 +.



JACK'S TRUCK-to jest niestety food truck, który będę omijać szerokim łukiem. Ale od początku. Kanapka kubańska miała być dla mnie, burger miał być dla Miśka. Fakt, że akurat go obok mnie nie było jak zamawiałam nic nie zmienia. Wiedziałam, że ma być dobre mięso, pikantna papryczka i najlepiej, żeby porcja była spora co by mi się chłop najadł. No i cóż....spora porcja była, to fakt. Mięso było, ale czy dobre to ciężko ocenić, ponieważ ktoś zrobił sobie z nas kiepski dowcip. Może ja jestem niedoświadczona w kwestii zamawiania jedzenia w takich miejscach. Wydawało mi się że gdy mówię, że chcę burgera z czymś pikantnym to chyba nie muszę dodawać, że ma być jadalny. Miśko uwielbia wszystko co ostre i pikantne, ma naprawdę dużą odporność na tego typu przysmaki. Tyle tylko, że oboje nie przewidzieliśmy ponurego żartu obsługi. Jak dla mnie ekipa, która zaśmiewa się przy robieniu zamówienia, a następnie oddaje mi zamówienie z sarkastycznym "pani sobie śmietanę jeszcze kupi", robi sobie po prostu żarty z klienta. Kiedy go spróbowaliśmy okazało się, że jest niejadalny. Nie tylko dla mnie, ale i dla Miśka. Cały zapas papryczek i chyba z połowa opakowania sosu to nie jest coś co sprawia, że ktokolwiek może mieć przyjemność z jedzenia. Ilość papryki przekraczała ilość mięsa...tak więc nawet po wywaleniu ich nie dało się stwierdzić, czy to było doprawione i samo w sobie jadalne. 
Bardzo nie przyjemne podejście do klienta. 

SOUVLAK TRUCK-I jeszcze jeden food truck...tym razem z niego nic nie próbowałam, bo już miałam nadmiar jedzenia. Zaciekawili mnie jednak całkiem odmiennym stylem kuchni niż większość parkujących tego dnia w Warszawie wozów. Jednocześnie przypomniałam sobie wakacje w Albanii, gdzie wcinałam takie mięsko aż mi się uszy trzęsły. Popatrzyłam na ich trasę i na szczęście parkują często na ul. Przyokopowej. Może uda mi się do nich niedługo dotrzeć :)

Drukuj to!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz