piątek, 11 grudnia 2015

Starzy na randkę raz poszli do Bistro Zorza



Gdy zaszłam w ciążę obiecywałam sobie, że za dużo to się nie zmieni. Nie zapuszczę się, nie roztyję, dalej będę czytać swoje ulubione książki, dalej chodzić do kina, kręcić się po Polsce i nie tylko. Taaa....prawie że się udało.  O tych kilku kilogramach, których nie lubię nie będę tym razem wspominać. O tym, że w kinie ostatni raz byłam na Hobbicie też nie.

 Ale przyszedł w końcu TEN dzień. Ja akurat śmigałam po mieście załatwiając pierdylion spraw. Przypadkiem zupełnym wyglądałam jak człowiek, pazury świeżo pomalowane i bez odprysków, oko maźnięte mazidłem, za uchem kropla perfumy francuskiej i jeszcze obcas na nodze. O ułożonej grzyweczce nawet nie wspominać będę. Dziecię u dziadków zostawione dobrze się bawi, a tu Miśko dzwoni z nowiną że wcześniej skończył pracę. No żesz kurcze blade. Święto lasu normalnie, będzie bal. Krótka piłka (Misiu mam vouchery do tej super-hiper-ekstraśnej-modnej-sezonowej knajpy, będzie po taniości), Miśko zmieniaj skarpety, idziem na randkę i to w wersji eksluziw.
Dziadków postawiłam przed faktem prawie dokonanym, że zostają z wnuczką trochę dłużej, a sama czekałam na swojego Księcia z Bajki. Książę odpalił Hondę i ruszyliśmy do Śródmieścia. O Bistro Zorza słyszałam głównie same superlatywy, że fajnie, że ładne wnętrze, że smacznie, sezonowo, że modnie, że zjeść można prawie o każdej porze dnia i nocy bo długo otwarte. Grzech byłoby tam nie zawitać w końcu. 
Przebiliśmy się przez centrum, dojeżdżamy pod restaurację. Już tylko znaleźć miejsce parkingowe i zaraz spróbujemy tych boskich ambrozji, o których tyle czytałam. Przejeżdżamy obok knajpy, ale akurat żadne wolne miejsce się nie trafiło. No to dawaj objeżdżamy kilka uliczek, bo w centrum to te cholerne jednokierunkowe się ciągle zdarzają, zaraz na pewno coś znajdziemy. Robimy jedno kółko, potem drugie, przy trzecim już widzę lekko zaciśnięte szczęki lubego. Na etapie czwartego okrążenia sama zaczynam się robić nerwowa, bo niedawno kawę wypiłam, a toalety po drodze nie odwiedzałam i zaraz mi wszystko uszami się wyleje. Misiek zaczyna warczeć, bo nie jadł nic przez pół dnia, ja zaczynam się łamać, bo tam już niepokojące wieści z frontu Luśko-dziadkowego płyną. Jeszcze tylko w jednej uliczce sprawdzimy i chyba zawracamy, tylko nagle się okazuje że zawrócić nie możemy bo akurat wypadek był. Kolejne 20 minut, trochę nerwów i jeszcze Hondziowego paliwa w plecy. Niezapomniana będzie ta randka na pewno. Jak nie urok to przemarsz wojsk. 

Po ponad godzinie kręcenia się bez sensu po centrum, zaczynamy warczeć oboje. Jedyna zaleta że światełka świąteczne dokładnie obejrzałam. Najwyżej zjemy kebaba, też będzie światowo. Jeszcze tylko zabierzemy dziecię i Miśko na ukojenie nerwów dostanie od taty Lesia nalewkę o mocy paliwa rakietowego i możemy jechać w stronę domu. 

A w domu wszamaliśmy po kebabsonie, z mordowni obok. W mordowni dym unosi się gęsty, atmosfera jest taka że praskie lokale by się nie powstydziły, a Gesslerowa miałaby co rewolucjonizować. Kebaby zaś opieka i kręci "Chińczyk", w międzyczasie można też obejrzeć sajgonki ukręcone chyba tydzień temu. No miodzio. I to tyle z naszych światowych zapędów. Randka w domu to też randka.
Drukuj to!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz