piątek, 30 stycznia 2015

299. Tort czekoladowy z kawą i wiśniami

Można ostatnio zaobserwować, że jako matka polka ciężarna mam lekki nadmiar wolnego czasu. Dzięki temu wolnemu czasowi i silnym chęciom do codziennych spacerów mam w domu nową, piękną, porcelanową paterę na ciasto. Dlatego, że jak już spaceruję po moim mieście to lubię zaglądać do sklepów z artykułami domowymi...zawsze coś znajdę co akurat jest mi niezbędne do szczęścia i muszę kupić. 
Patera jest piękna, tylko miałam problem co zrobić żeby na niej równie pięknie wyglądało. W ramach szukania natchnienia przejrzałam kilka książek kulinarnych. W mojej ulubionej ostatnio "What Katie ate" znalazłam piękny tort, sfotografowany na białej paterze. Pretekst tortowy też się zaraz znalazł, bo akurat tata Lesio miał urodziny. W tym roku nie dostałam od niego zamówienia na tort z jeleniem na rykowisku to mogłam trochę poszaleć. Stąd pomysł na tort czekoladowy z kawą i wiśniami.
Trochę zmieniłam oryginalny przepis Katie. Ale wyszedł tort co się zowie. Nie żadna tam dietetyczna popierdułka bez masła, jajek, mąki albo smaku. 5 tabliczek czekolady dało efekt taki, że klękajcie narody. Po zjedzeniu jednego kawałka czujesz, że jesteś w czekoladowym raju. Jednak nie jest zbyt mdło, bo dodatek wiśni lekko łagodzi nadmiar słodyczy, natomiast dodatek kawy podkręca jeszcze smak. Miodzio!

TORT CZEKOLADOWY Z WIŚNIAMI I KAWĄ:
BISZKOPT CZEKOLADOWY:
-6 jajek
-200g czekolady gorzkiej
-2/3 szklanki cukru pudru
-1 szklanka mąki pszennej
-1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
-3 czubate łyżeczki kakao
-szczypta soli


KREM CZEKOLADOWY:
-pół kostki masła
-200g gorzkiej czekolady
-350g serka śmietankowego (np. President lub Philadelphia)
-3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
-chlust esencji waniliowej

-konfitura z wiśni
-filiżanka mocnego espresso
-100g czekolady gorzkiej do dekoracji

1. Najpierw przygotować czekoladowy biszkopt. Czekoladę połamać na małe kawałeczki i roztopić w kąpieli wodnej. Białka oddzielić od żółtek i ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli. Nie przerywając ubijania dodawać stopniowo cukier puder, następnie żółtka, potem przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia i kakao. Na koniec dodać roztopioną czekoladę i już ręcznie i delikatnie wymieszać całość. Ciasto przelać do przygotowanej foremki (używałam tortownicy o średnicy 24cm) i wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 20 minut. Po tym czasie uchylić drzwiczki piekarnika i pozwolić biszkoptowi ostygnąć.

2. Przygotowanie kremu rozpocząć od rozpuszczenia czekolady w kąpieli wodnej. Masło utrzeć na gładko z serkiem i esencją waniliową. Cały czas mieszając dodać kawę oraz rozpuszczoną czekoladą. Gotowy krem wstawić do lodówki, żeby stężał.

3. Ostudzonego biszkopta trzeba przeciąć na dwa krążki. Dolną część dobrze nasączyć przygotowanym espresso (albo po prostu mocną kawą). Wyłożyć połowę kremu na ciasto i w miarę równo rozsmarować. Na krem nałożyć całkiem sporą ilość konfitury wiśniowej i przykryć całość drugim krążkiem ciasta. Wierzchnią warstwę ciasta również nasączyć kawą. Górę tortu oraz boki dokładnie posmarować pozostałym kremem. Gdy już cały tort czekoladowy będzie gotowy wstawić go do lodówki.

4. Mocno schłodzoną czekoladę pokroić ostrym nożem w wiórki. Tak przygotowanymi wiórkami obsypać wierzch i jak się da również boki tortu. Całość operacji trzeba przeprowadzić w miarę szybko, żeby czekolada nie zaczęła się rozpuszczać w dłoni :)
I już można się zajadać tortem czekoladowym z kawą i wiśniami (choć najlepszy jest następnego dnia, ale ciężko powstrzymać się od jedzenia)

SMACZNEGO!



środa, 28 stycznia 2015

Z pamiętnika ciężarnej subiektywnie o kilku rzeczach, które przydadzą się w ciąży

Źródło: http://www.papilot.pl/meskim-okiem/28028/MESKIM-OKIEM-Co-faceci-mysla-o-zdeformowanych-przez-ciaze-cialach.html#galleryimage

 Kochani, pomimo tego, że jest to moja pierwsza ciąża to już jednak całe 5 miesięcy tego wesolutkiego, ponoć błogosławionego, stanu mam za sobą. Coś tam już wiem. I swoje przemyślenia też mam. Poza tym ciąża u mnie rozwija się książkowo, co oznacza ni mniej ni więcej tylko występowanie u mnie prawie wszystkich objawów opisanych w książkach :) 
Pierwszego trymestru i przemyśleń z nim związanych nie mam co tu opisywać, bo krótko mówiąc fajnie nie było, a do opisu najtrafniej nadają się krótkie żołnierskie słowa. W zasadzie w tym okresie  potrzebowałam dwóch rzeczy: czegoś bardzo energetycznego zawsze przy sobie (np. baton z czekoladą, karmelem i orzechami), bo każdy niespodziewany napad głodu groził omdleniem i ogólną słabością. Drugą niezbędną rzeczą zaś był  nieograniczony dostęp do toalety...bo baton czekoladowy czasem gwałtownie opuszczał mój organizm :) Ale za to nareszcie schudłam kilka kilogramów, z którymi walczyłam już od wiosny. Idealna metoda odchudzająca.

Drugi trymestr przyniósł zdecydowaną poprawę mojego samopoczucia, a co za tym idzie więcej czasu na przemyślenia. Z tego wszystkiego powstała moja subiektywna lista rzeczy, które przydadzą się kobiecie w ciąży:

KREWNI I ZNAJOMI Z DZIEĆMI:
zdecydowanie korzystną sprawą (aczkolwiek całkowicie od nas niezależną) jest posiadanie w swoim otoczeniu osób z małymi dziećmi. Dzięki nim nabędziemy wiedzę tajemną, o której nie śniło się filozofom. Szczytem marzeń jest gdy ci młodzi rodzice w naszym kręgu są osobami w miarę rozsądnymi, które nie będą nas straszyć, ani nie będą napadać na nas z dzikim okrzykiem za każdym razem gdy sięgniesz po kubek z kawą (czy ty wiesz ile w takiej caffe latte jest zgubnej dla maluszka kofeiny-jesteś wyrodną matką i dbasz tylko o siebie, zła matka!zła!). 
Jeśli jakoś nam się udało trafić na normalnych ludziów, to dowiemy się od nich pożytecznych rzeczy. Bo niestety ale w przychodni często nikt nie powie kobiecie w ciąży, że jak robi test obciążenia glukozą to można poprawić smak glukozy sokiem z cytryny. Dzięki temu całość jest zjadliwa i jest szansa, że nie poleci z nas z siłą wodospadu, a badanie trzeba będzie powtórzyć. Samodzielnie też trudno wydedukować, który szpital jest miejscem przyjaznym dla pierworódki i jej kosmity z brzucha.
Przydają się też takie znajomości przy kompletowaniu wyprawki dla malucha. Ilość rzeczy do kupienia jest ogromna, a ich wybór w sklepie jest przerażający jak dla mnie. Kto by pomyślał, że butelkę dla dziecka trzeba wybierać pod kątem podobieństwa do własnej piersi, żeby się przyjemnie kojarzyła. Jak znam życie to ja bym sięgnęła po pierwszą z brzegu z misiami, ewentualnie z różową kokardką jeśli Niedźwiadek okaże się dziewczynką.
Kolejną kwestią, na której moja wyobraźnia samodzielnie by się zacięła jest wózek...a dokładniej jego rączka. Wiedzieliście drogie dziatki, że powinna być skórzana a nie piankowa? Ha! Ja też nie wiedziałam. Za to kołatało mi się po umyśle, że kółeczka do wózka mają być pompowane. Jeden spacer z bratankiem i odkryłam o co chodzi z tymi peanami na ich cześć. 
To tylko drobny wycinek tego co wam mogą przekazać młodzi rodzice, korzystajcie ile wlezie z ich doświadczeń. Bo w zasadzie kto powiedział, że trzeba się uczyć na własnych błędach skoro można na cudzych. 
A w ramach korzystania z wiedzy znajomych często zaglądam też na stronę Ciąża z klasą, którą prowadzi Ola. To jest jej druga ciąża, a żeby było zabawniej mamy terminy wyznaczone prawie w tym samym dniu. Więc jej porady są dla mnie bardzo pomocne.
Chwała i cześć pompowanym kółeczkom :)
 

MIĘTA:
w dużych ilościach, pita hektolitrami. Ponoć łagodzi mdłości, ale ja w sumie tego nie zaobserwowałam. U mnie bardziej liczy się to, że po wypiciu chociaż jednego kubka naparu z mięty w ciągu dnia, mija mi zgaga. Paskudna ta przypadłość odbiera całą radość z jedzenia, albo leżenia do góry brzuchem. W pewnym momencie rozważałam nawet opcję spania na siedząco byleby tylko przestało mnie piec w przełyku. Mięta na szczęście pomogła i teraz jest względnie dobrze (chyba że znowu opiję się kupnym sokiem pomarańczowym). 
Z innych przydatnych ziół, które są bezpieczne dla kobiet w ciąży, warto jeszcze zaopatrzyć się w melisę i rumianek. Na lepszy sen i na uspokojenie...na pewno się przyda.

TANIA APTEKA:
 Nie ma to tamto. Nawet jeśli ciąża przebiega prawidłowo, jest spora szansa, że zostawicie pokaźną część zarobków w aptece. Zaczyna się od niewinnego testu ciążowego (a nawet kilku, bo przecież skoro ja czuję że jestem w ciąży i test wyszedł pozytywnie to muszę się upewnić na 100% i zużyć kilka sztuk). Potem dochodzą witaminy jakieś, ewentualnie super-hiper-odlotowe balsamy na rozstępy i inne fujstwa. Gorzej jak po drodze wyskoczy jakaś infekcja, czy większa choroba i potrzebne będą medykamenty w większych ilościach. 
Rozbieżność cen na witaminy, które ja codziennie łykam, sięga 10zł. Z jednej strony to niby dużo nie jest, ale biorąc pod uwagę, że łykać je muszę kilka miesięcy to zdecydowanie wolę przeznaczyć te pieniądze na jakiś ciekawszy cel. Poza tym namiary na tanią aptekę przydadzą się wam już po narodzinach małego kosmity (to również jest jedna z mądrości życiowych przekazanych mi przez krewnych i znajomych).

DOBRY CIUCHOLAND:
Może nie każdy jest do nich przekonany, ewentualnie nie każdy umie się poruszać w tego typu sklepach, ale zaręczam wam, że jak trzeba nagle prawie całą garderobę wymienić to są nieocenione. Kiedyś naiwnie myślałam, że mam garderobę, która spokojnie posłuży mi w czasie ciąży przez większość tego czasu, bo lubiłam bluzki odcięte pod biustem itp. Drugi miesiąc tego jakże radosnego (błogosławionego?!?) stanu boleśnie mnie z tej naiwności wyleczył. Nawet nie chodzi o to, że mi się brzuch nie mieścił, bo na to przyszła pora później. Mi się biust w nic nie mieścił. Praktycznie 90% moich ubrań na nadawała się już do założenia, więc trzeba było skompletować na nowo całą szafę, łącznie z kurtką na zimę. 
Do zalet szmateksów należy również duża różnorodność ubrań. Nie natkniemy się tu raczej na infantylne koszulki z bobasem, albo worki pokutne w kolorze białym lub czarnym, bo głównie na takie ciuchy natykałam się w dziale przeznaczonym dla ciężarówek. Jeszcze mi hormony mózgu nie przeżarły do reszty i nadal lubię się ubierać ładnie i kobieco. 
Ostatnie łupy, we wszystkich kolorach tęczy :)

 DOBRY SKLEP Z BIELIZNĄ I DOŚWIADCZONA BRAFITTERKA:
To już jest pewnie (a nawet na pewno) moja osobista fanaberia, ale lubię mieć ładną bieliznę. Jak już wyżej wspomniałam biust w ciąży urósł mi do jakiś niebotycznych rozmiarów (oooo pradawni bogowie! już nigdy więcej nie powiem że chciałabym mieć większy biust). Ciąży całość masakrycznie, a ploty chodzą, że może być jeszcze gorzej. Dlatego też przyda się ktoś kto umiejętnie dobierze biustonosz to naszej figury. Może się okazać, że wcale nie powinnyśmy nosić nieśmiertelnego 75B (u mnie aż tak źle nie było ale i tak przeskok z miseczki D do F był szokiem). 
Dla osób z Warszawy i okolic polecam sklep Biustokracja przy ul. Żelaznej w Warszawie i Akademię Pięknego Biustu w Pruszkowie.
Ja już zrobiłam w nich rekonesans i wiem, że w okresie karmienie młodego Niedźwiadka własną piersią, również będę się tam zaopatrywać w specjalistyczną bieliznę do karmienia. Bo o dziwo takowa może być ładna i koronkowa i nie musi być barchanowa i bezkształtna.

BLOKADA NA INTERNET:
To naprawdę się przydaje. Odradzam wchodzenie na wszelkiego rodzaju fora ciążowe, artykuły o porodach, albo portale ciążowe. Odwiedzanie takich stron może grozić kalectwem lub ciężką nerwicą. 
Przyznaję się bez bicia, że na forum ciążowe weszłam 2 razy w ciągu tych kilku miesięcy. Za pierwszym razem się popłakałam (ach te szalejące hormony), za drugim delikatnie załamałam (czy wy wiecie że nie wolno brać dziecka nieochrzczonego na cmentarz bo diabeł/zmarli/wszyscy święci mogą je porwać/zjeść/pomalować na zielono). Po przeczytaniu jednego artykułu o wyższości cesarskiego cięcia nad porodem naturalnym (i co gorsza komentarzy pod nim) byłam bliska wycofania się z całego przedsięwzięcia. No bo ludzie kochani, to się chyba nie da tak urodzić i jakoś przeżyć. 
W zasadzie oprócz wspomnianej wcześniej strony Ciąża z klasą, omijam wszelkie portale ciążowe. A i tak jak zaczęłam się raz wczytywać w wiadomości o bólach wszelakich to po pół minuty zdiagnozowałam u siebie cukrzycę i odklejanie się łożyska. Strach pomyśleć jaką diagnozę bym postawiła po dłuższej lekturze. 
Lepiej znaleźć rozsądnego lekarza i jego się pytać w razie wątpliwości, a nie szukać za dużo odpowiedzi u wujka Google :)

To tyle, albo aż tyle z moich kilku miesięcznych przemyśleń. Zapewne będzie ich jeszcze więcej, bo wchodzimy w decydującą fazę, zaraz zaczynamy szkołę rodzenia i zaczynamy kompletować wyprawkę. I przy tym wszystkim oboje z Miśkosławem staramy się nie zwariować :)

poniedziałek, 26 stycznia 2015

298. Ryba po bałkańsku, czyli kojeny posiłek wymyślony dla kobiet w ciąży

O tym, że ryby są zdrowe każdy wie. O tym, że ogólnie jemy ich zdecydowanie za mało też wie każdy. O tym, że są zalecane dla kobiet w ciąży i ich nienarodzonych maluchów, też chyba większość zdaje sobie sprawę. No i co z tą wiedzą zrobić, jak się nie ma pojęcia jak przyrządzić rybę. Ja swoją rybę po bałkańsku upiekłam, pod grubą warstwą pasty z papryki i bakłażana, którą zna chyba każdy kto choć raz był na Bałkanach. Ajwar, bo o nim mowa jest pełen smaku i aromatu i zdecydowanie poprawia humor w środku zimy, przypominając wakacje. Można już spokojnie znaleźć go w sklepach, albo można zrobić samodzielnie. U mnie na blogu jeszcze nie ma na niego przepisu (zapewne można się go spodziewać w najbliższe lato lub jesienią), a póki co polecam wam przepis z bloga Bałkany Rudej, czyli ajwar według mamy Rudej
Jako dodatek do mojej bałkańskiej ryby zrobiłam pieczone ziemniaki w rozmarynie, bo ziemniaki moi mili wcale nie są tuczące. Tuczące są zazwyczaj dodatki do nich, a taki ziemniak to w sumie zdrowy jest :)

RYBA PO BAŁKAŃSKU:
-1kg filetów z dorsza lub soli
-4-5 łyżek pasty ajwar
-sok z cytryny
-sól, pieprz, suszona wędzona papryka
-mąka, oliwa
-pęczek szczypiorku

+ewentualnie kilka ziemniaków, cebula, świeży rozmaryn, sok z połówki cytryny, oliwa, sól

1. Filety rybne delikatnie opłukać i pokroić na całkiem spore kawałki (mniej-więcej wielkości połowy dłoni). Skrapiamy je dokładnie sokiem z cytryny i oprószamy dokładnie odrobiną soli, pieprzu i wędzoną papryką, a następnie obtaczamy dokładnie w mące. Każdy filet obsmażamy z obu strony, na kilku kroplach oliwy, a następnie układamy w żaroodpornym naczyniu.

2. Wierzch obsmażonych rybnych filetów dokładnie pokrywamy pastą ajwar. Całość wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200st, na około 15 minut. Po wyjęciu z piekarnika posypujemy całość posiekanym szczypiorkiem.

*w wersji z pieczonymi ziemniaczkami, proponuję obrać je i pokroić w ćwiartki (lub jeszcze drobniej jeśli są duże), a cebulę pokroić w piórka. Warzywa skropić sokiem z cytryny i oliwą, a następnie dodać trochę igiełek rozmaryny i soli. Wszystko dokładnie wymieszać, żeby każdy ziemniaczek był otoczony przyprawami. Tak przygotowane ziemniaki wsypać do naczynia żaroodpornego i piec w piekarniku rozgrzanym do 180st, przez około 25-30 minut, aż zmiękną. Na ostatnie minuty pieczenia, można dołożyć do ziemniaczków rybę :)

SMACZNEGO!


niedziela, 25 stycznia 2015

Tort ślubny z matrioszką

Dawno tortów nie lepiłam, no to dostałam zadanie specjalne. Tort ślubny/przedślubny, który musi dojechać na Ukrainę. Biała matrioszka, która rumieńce ma jak burakiem malowana wywołała zachwyt i okrzyki radości w moim domu. Mam nadzieję, że u nowożeńców też tak będzie :)
W końcu "ruska baba" wygląda jak najpiękniejsza w całej wsi, a do tego ma bardzo pyszne wnętrze z białej czekolady i wiśni. 
(Żałuję tylko, że nie udało mi się zrobić lepszych zdjęć, ale już zaraz trzeba ją było pakować na wyjazd).

piątek, 23 stycznia 2015

297. Bounty, ciasto czekoladowo kokosowe


Ktoś mógłby pomyśleć, że jak zaszłam w ciążę to taka strasznie rozsądna i zdrowo odżywiająca się zrobiłam. Więc na zakończenie tygodnia z samymi słodkimi przepisami, coś co również będzie jest słodkie i pyszne, ale już nie tryska tak zdrowiem jak ciasto marchewkowe albo zapiekana owsianka. No bo jednak 2 kostki masła i góra innych dodatków to nie jest kwintesencja racjonalnego odżywiania. Ale i na takie drobne szczegóły znalazłam metodę. Trzeba zgonić głodną rodzinę i znajomych i oni zjadają sporą część tego ciasta, a nam zostaje 2-3 kawałki pełne czekolady i kokosa i już jest ciut rozsądniej jeśli idzie o ilość pochłoniętych kalorii. 
Ile by tam strasznych rzeczy w środku nie było to przede wszystkim jest czekolada i kokos. Kokosek to spryciarz malutki, tak się ładnie przytula do tej czekoladowej części ciasta, że faktycznie wszystko razem smakuje jak popularny batonik bounty. Najlepiej jednak pozwolić im poromansować sobie i poprzytulać się do siebie co najmniej przez jedną noc, bo im dłużej ze sobą spędzą tym ciasto jest pyszniejsze.

BOUNTY, CIASTO CZEKOLADOWO KOKOSOWE:
(proporcje przewidziane są na blaszkę o wymiarach ok. 30x40cm)
CIASTO CZEKOLADOWE:
-kostka masła
-3/4 szklanki cukru trzcinowego
-2 szklanki mąki pszennej
-4 jajka
-4 czubate łyżeczki kakao
-2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
-spora szczypta soli
-trochę rumu ewentualnie esencji waniliowej (szczytem doskonałości byłaby tu esencja waniliowa zrobiona na rumie :) )

MASA KOKOSOWA:
-200g wiórków kokosowych
-pół litra mleka
-6 łyżek kaszy manny
-kostka masła
-2 łyżki cukru trzcinowego
-trochę rumu

POLEWA CZEKOLADOWA:
-3/4 szklanki śmietanki 30%
-tabliczka gorzkiej czekolady


1. Najpierw trzeba przygotować ciasto czekoladowe. Masło utrzeć z cukrem na gładką masę. Cały czas mieszając dodawać kolejno po jednym jajku, następnie rum (lub wanilię), a na końcu mąkę z proszkiem do pieczenia, solą i kakao. Ciasto przelać do przygotowanej blaszki i wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 20 minut. Po upieczeniu odstawić ciasto do ostygnięcia.

2. Kiedy ciasto ostygnie przygotować masę kokosową. Z mleka i kaszy manny przygotować gęstą kaszkę (w sensie podgrzewać większość mleka,  w pozostawionej resztce rozmieszać kaszę, a jak mleko w garnku zacznie się gotować to wlać kaszę i jeszcze chwilę całość potrzymać na gazie aż zgęstnieje). Gotową, gęstą i gorącą kaszę rozmieszać dokładnie z cukrem, rumem, masłem i wiórkami kokosowymi. Tak przygotowaną masę, gdy jeszcze jest gorąca, wylać na kakaowy spód ciasta. Całość znów odstawić do ostygnięcia. 

3. Polewę czekoladową zacząć przygotowywać od rozpuszczenia czekolady w kąpieli wodnej. Gdy już będzie dokładnie roztopiona i gładka, śmietankę ubić na sztywno. Do bitej śmietany dolać czekoladę i taką mieszanką dokładnie posmarować wierzch bounty. Całość wstawić do lodówki na kilka godzin. 

SMACZNEGO!

środa, 21 stycznia 2015

296. Śniadanie dla ciężarnej, pieczona owsianka z malinami i migdałami

Fanatykiem owsianki nigdy nie byłam, ale czasem lubiłam sobie od czasu do czasu na śniadanie ją zrobić. Zazwyczaj z dodatkiem owoców jakiś, albo miodu, orzechów, a najczęściej to kostkę lub dwie gorzkiej czekolady w nią wrzucałam. Z początkiem ciąży jednak trochę musiałam zmienić zwyczaje śniadaniowe, bo niestety ale od owsianki odrzucało mnie straszliwie (o dziwo kasza manna tak nie działała). 
Drugi trymestr jednak przyniósł szereg zmian, zdecydowanie wpływających pozytywnie na moje zwyczaje żywieniowe (już nie żywię się głównie lodami waniliowymi zmieszanymi z ogórkami kiszonymi). Mogę znowu jeść owsiankę i dużo innych pysznych rzeczy. Postanowiłam jednak trochę ją urozmaicić, bo zamiast po prostu ugotować to ją upiekłam w piekarniku. Dodatek kwaskowatych malin przełamuje słodycz całości, a migdały na wierzchu przyjemnie chrupią. W sumie taka miła pieczona owsianka może występować nie tylko jako śniadanie, ale również jako zdrowy, dietetyczny deser. 
Dodatkowo to śniadanie idealne nie tylko dla leniwej ciężarnej, która ma dużo czasu o poranku (i w ogóle w ciągu całego dnia), ale też dla zabieganych pracusiów. To dlatego, że płatki owsiane można nastawić do nasiąkania w mleku na całą noc, a w trakcie pieczenia o poranku jest czas na mycie czy inne poranne czynności.

PIECZONA OWSIANKA Z MALINAMI I MIGDAŁAMI:
(proporcje poniżej przewidziane są mniej-więcej na 2 kokilki średniej wielkości) 
-około pół szklanki płatków owsianych górskich
-szklanka mleka (albo nawet ciut więcej)
-1 jajko
-2-3 łyżeczki miodu (zależnie od upodobań)
-duża szczypta cynamonu
-garść malin albo innych ulubionych owoców
-garść płatków migdałowych

1. Wieczorem wsypać płatki owsiane do miski i zalać je mlekiem. Wstawić na całą noc do lodówki.
*można ominąć ten etap i po prostu wsypać płatki do mleka i reszty dodatków i tak piec, tylko najlepiej byłoby zamieszać kilka razy w trakcie pieczenia

2. Namoczone płatki owsiane rozmieszać dokładnie z miodem, jajkiem i cynamonem. Przełożyć do kokilek i do każdej włożyć po trochę malin. Kokilki wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 25 minut. Na ostatnie 5-10 minut w piekarniku dokładnie posypać wierzch owsianki płatkami migdałowymi. Jeść gdy jeszcze wszystko jest gorące, bo wtedy jest najlepsze :)

SMACZNEGO!


poniedziałek, 19 stycznia 2015

295. Razowe ciasto marchewkowe z pigwą i orzechami

Oprócz tego, że uwielbiam zbierać i kupować nowe kubki i filiżanki, kolekcjonuję też książki kucharskie i o jedzeniu. Często używam je nawet nie po to, żeby dokładnie odwzorowywać przepisy z nich, tylko żeby pooglądać sobie zdjęcia, poczytać przepisy i może dzięki temu wpaść na jakiś własny pomysł na danie.W okresie świątecznym i około świątecznym przybyło na mojej półce kilka ciekawych pozycji (najlepsze to według mnie "Moja francuska kuchnia"-Rachel Khoo i "What Katie ate"- Katie Quinn Davies). Za te książki więc złapałam jak znowu usłyszałam hasło...no weź coś upiecz bo nie ma w domu nic słodkiego. 
Padło na coś dobrego i przy okazji chyba w miarę zdrowego. U Rachel Khoo znalazłam ładne ciasto marchewkowe, które troszkę zmodyfikowałam. Zamiast wiórków kokosowych dodałam orzechy i pestki słonecznika, żeby Niedźwiadek w moim brzuchu dostał całe mnóstwo dobrych składników odżywczych, po których będzie się cudnie koncentrował, poprawi mu się pamięć i w ogóle będzie się rozwijał tak zdrowo, że hej. Dodatkowo jeszcze dodałam kwaskowatą konfiturę z pigwy, bo po cichu liczę że ocalało w niej chociaż trochę witaminy C i innych wspaniałości. Poza tym zwiększyłam ilość użytych marchewek, a niech sobie maluch powcina marcheweczkę, zdrowszy będzie.
A jak ktoś silnie dba o kalorie czy coś to niech zrobi ciasto w wersji podstawowej, chociaż ja wolę wersję na bogato. Nawet mój własny ojciec rzucił mi od niechcenia "no różne dobre ciasta robisz, ale to jest najlepsze". W sumie tatunio ma rację, dodać jeszcze kubek kakao i nic więcej do szczęścia nie trzeba :)

RAZOWE CIASTO MARCHEWKOWE Z PIGWĄ I ORZECHAMI:
-4-5 sporych marchewek
-2/3 szklanki brązowego cukru
-2 szklanki pszennej mąki razowej
-3/4 kostki masła
-2 łyżeczki cynamonu, trochę mielonego imbiru, kilka goździków, kilka owoców kardamonu, szczypta soli
-skórka otarta z 1 pomarańczy
-4 jajka
-kubeczek (150ml) jogurtu naturalnego
-2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia

W wersji na bogato:
-szklanka śmietanki 30%
-szczypta cynamonu i chlust esencji waniliowej
-garść ulubionych orzechów i pestek np. słonecznika 
-słoik konfitury z pigwy (ewentualnie z jabłek lub wiśni)

1. Wszystkie przyprawy ucieramy w moździerzu. Marchewki obrać (ewentualnie dokładnie wyszorować jeśli mamy je z dobrego źródła) i zetrzeć na tarce o grubych oczkach.

2. Masło utrzeć na gładko z cukrem, przyprawami i skórką pomarańczową. Cały czas ucierając dodawać po jednym jajku. Następnie dodać jogurt, potem marchewkę, a na koniec mąkę z proszkiem do pieczenia. Tak przygotowane ciasto marchewkowe przelać do blaszki (używałam takiej o rozmiarach ok. 25x35cm) i wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 45-50 minut. Najlepiej sprawdzić wykałaczką czy ciasto w środku już jest suche. 

W wersji na bogato:
3. Najlepiej jeszcze ciepłe ciasto wyjąć ostrożnie z blaszki i przekroić na pół. Posmarować połówkę ciasta równomiernie konfiturą z pigwy i przykryć drugą połówką. Odstawić ciasto do wystygnięcia.

4. Gdy ciasto stygnie orzechy i pestki słonecznika posiekać w miarę drobno i uprażyć je na suchej patelni. Zimną śmietankę ubić na sztywno i wymieszać z cynamonem i wanilią. Gdy nasze ciasto marchewkowe już całkiem wystygnie posmarować jego wierzch cynamonowo-waniliową śmietanką, a jego wierzch obsypać orzechami i pestkami.

SMACZNEGO!

Niskokaloryczny styczeń

piątek, 16 stycznia 2015

294. Krem waniliowy z gorącym sosem śliwkowym i kolejna smakowita lektura

Ciąża, na tym etapie na którym aktualnie jestem, to dla mnie głównie czas relaksu i rozpieszczania siebie Niedźwiadka. Nie powiem, I trymestr dał mi się na tyle we znaki, że już miałam dość, tylko cholera wycofać się z całego przedsięwzięcia nie było jak. Na całe szczęście teraz, póki brzuchol jeszcze nie ciąży jakoś wybitnie, mogę swobodnie wejść do kuchni i porobić jakieś przyjemne pyszności. Tworzyć różne cuda-wianki to ja lubiłam zawsze, ale zazwyczaj miałam na to czas tylko w weekendy albo wieczorami. Często jak zachciało mi się czegoś słodkiego to po prostu atakowałam półki sklepowe, bo już mi się nie chciało nic robić tylko jeść. Teraz zwolniłam wybitnie, jak to twierdzi Miśkosław "ciężarna czasu nie liczy", mogę więc sobie spokojnie postać przy garach i pomieszać jak trzeba. Zamiast więc wcinać kolejną paczkę ciastek, podczas lektury mojej nowiutkiej smakowitej książki, zajadam się kremem waniliowym z dodatkiem gorącego sosu śliwkowego i lodów. Pyszności i czysta rozpusta. Ale ja nie miałam żadnych noworocznych postanowień, że koniec ze słodyczami czy coś więc czuję się rozgrzeszona, że zajadam aż miło :)

KREM WANILIOWY Z SOSEM ŚLIWKOWYM:
KREM WANILIOWY (Crème patissière):
-2 laski wanilii
-3 żółtka
-2 szklanki mleka
-pół szklanki śmietanki 30%
-2 łyżki cukru trzcinowego

SOS ŚLIWKOWY:
-2 garści mrożonych śliwek
-pół szklanki wiśniówki
-pół szklanki soku wiśniowego
-1 łyżka miodu (albo cukru trzcinowego)
-szczypta cynamonu, kilka goździków, gwiazdka anyżu, 2-3 owoce kardamonu
+ewentualnie lody waniliowe (lub takie jakie lubicie) i trochę czekolady do dekoracji
 
1. Wszystkie składniki sosu śliwkowego wrzucić razem do rondelka i postawić na małym ogniu. Trochę czasu to zajmie, ale sos powinien zrobić się gęsty gdy płyny trochę odparują, a śliwki się rozpadną. Od czasu do czasu zamieszać, żeby każdy owoc dokładnie był pokryty sosem. 

2. Gdy śliwki się grzeją zacząć robić krem waniliowy. Laski wanilii naciąć wzdłuż i wydrążyć z nich ziarenka. Do małego garnuszka/rondelka wlać mleko, śmietankę i włożyć wanilię, zarówno strąki jak i ziarenka. Całość podgrzewać na małym ogniu, aż się zrobi się ciepłe. Żółtka utrzeć z częścią cukru. Nie przerywając ucierania dolać do nich stopniowo część z zagrzanego mleka (dosłownie kilka łyżek), a następnie wlać do całości mleczno-waniliowej mieszanki. Całość cały czas mieszać, aż do momentu gdy krem zgęstnieje. Trzeba bardzo uważać, żeby nasz krem waniliowy nie zaczął się gotować bo zrobią się w nim grudki (ja go raz albo dwa zdjęłam po prostu a palnika gdy długo nie chciał się zgęstnąć). 

3. Gotowy krem waniliowy (Crème patissière) nakładamy do pucharków, lub miseczek na zmianę z sosem śliwkowym. Na wierzchu można dodać kulkę ulubionych lodów i trochę startej czekolady

SMACZNEGO!

Uwielbiam czytać, przy jedzeniu i nie tylko. Ostatnio zdobyłam nową smakowitą lekturę "Piąty smak-rozmowy przy jedzeniu" Łukasza Modelskiego. Autor rozmawia w niej ze smakoszami z różnych stron świata. Nie są oni szefami kuchni, ale ich życie kręci się wokół (dobrego) jedzenia. Rozmowy są takie jak być powinny przy jedzeniu, spokojne, rzeczowe i mądre. A dodatkowo czytelnik dostaje też garść przepisów. Warto znaleźć czas na przeczytanie tej książki...i na spokojne zjedzenie czegoś pysznego też.

środa, 14 stycznia 2015

293. Sałatka ze szpinakiem i żurawiną specjalnie dla ciężarnych

Przepis na tą sałatkę podpatrzyłam i bezczelnie ściągnęłam od swojej bratowej. Dobra ta zielenina jest bardzo, a do tego sycąca. Nie ukrywam, że fragment z "sycąca" jest dla mnie najbardziej przekonywujący ostatnio. Wszystko dlatego, że Niedźwiadek powoduje u mnie stan głodu absolutnego. 
Składniki sałatki są tak dobrane, że same z siebie tryskają zdrowiem i zbawienny wpływ mają nie tylko na mamę, ale też na malucha w brzuchu. Szpinak źródłem żelaza jest, kwasu foliowego, magnezu i w ogóle tylu różnych wspaniałości, że nic tylko go jeść garściami. Żurawina ma zbawienny wpływ na układ moczowy (oj w ciąży to trzeba dbać silnie o ten fragment). Ser pełen wapnia, którego jak za mało jest w organizmie kobiety to taki cwany maluch zabiera sobie z kości albo zęboli mamusi. No i jeszcze pestki słonecznika, żeby trochę tłuszczyku zdrowego było i żeby witaminy się miały w czym rozpuszczać. 
Bez sensu się rozpisywać co tam zdrowego jest, bo w zasadzie to zawodowo się tym nie zajmuje i są mądrzejsi w tej kwestii ode mnie. Grunt, że zieleniny w tym stanie jeść trzeba jak najwięcej i jak najbardziej różnorodnej. Możecie się więc spodziewać coraz więcej różnych pysznych różności, które ciężarnej są wskazane. 

SAŁATKA ZE SZPINAKIEM I ŻURAWINĄ:
(proporcje absolutnie dowolne i według uznania)
-świeże liście szpinaku
-garść suszonej żurawiny
-garść pestek słonecznika
-mała czerwona cebulka
-ser typu feta
-sól, pieprz, zioła prowansalskie, oliwa, odrobina miodu i soku z cytryny

Szpinak umyć i osuszyć. Cebulę pokroić w cienkie piórka, natomiast pestki słonecznika uprażyć na suchej patelni. Ser pokruszyć na drobne kawałki. Wszystkie składniki sałatki dokładnie wymieszać w dużej misce, natomiast w szklance rozmieszać wszystkie składniki sosu i polać nim sałatkę.

SMACZNEGO!

poniedziałek, 12 stycznia 2015

292. Tortilla española, czyli bardzo sycące śniadanie

 Jak się ma mężczyznę, który uważa za najwspanialszy duet świata "jajo i majo", to się cały czas kombinuje co jeszcze ciekawego jajecznego można zrobić. Do tego nauczyłam się już, że trzeba mężczyznę z samego rana nakarmić solidnie, bo potem przynajmniej mniej marudzi i najedzony łatwiej zgodzi się na moje pomysły.
Co prawda dzisiejsze śniadanie przygotowywałam dla siebie i dla mamy Krysi, ale dzięki temu wiem, że jak (znacząco) zwiększę proporcję i dodam jeszcze ostre papryczki to Miśkosław będzie zadowolony. Oryginalny przepis przerobiłam też trochę według własnych potrzeb. Do tortilla española teoretycznie powinno się użyć ziemniaków surowych, pokrojonych w plasterki, które dopiero na patelni podsmażamy. Ja użyłam ziemniaków, które zostały mi z obiadu z poprzedniego dnia. Przynajmniej się nic nie zmarnowało i zagospodarowałam resztki. 

TORTILLA ESPAÑOLA:
(tutaj podaję proporcję na śniadanie dla dwóch skromnych niewiast, dla dorodnego mężczyzny proponuję zwiększyć proporcję co najmniej dwu krotnie)
-2 jajka
-2 łyżki ugotowanych i potłuczonych ziemniaków (ewentualnie 1 spory ziemniak pokrojony w plastry)
-1 mała cebulka
-natka pietruszki
-sól, pieprz, wędzona papryka w proszku, oliwa

Na patelni o dosyć głębokich brzegach rozgrzać trochę oliwy. Zeszklić na niej posiekaną na drobno cebulkę. Dodać do niej ziemniaki (w wersji ostrzejszej dodać też posiekane chilli) i oprószyć je dosyć obficie solą, pieprzem i papryką. W czasie kiedy ziemniaki będą się podsmażać roztrzepać jajka dokładnie i dodać do nich drobno posiekaną natkę pietruszki. Zmniejszyć ogień do minimum i wylać masę jajeczną na podsmażone warzywa. Kiedy jajka będą już lekko ścięte przewrócić omlet na drugą stronę (osobiście użyłam talerza większego od patelni na który najpierw przełożyłam omlet a potem z powrotem z talerza na patelnię przerzuciłam tylko już drugą stroną). Podsmażać omlet jeszcze chwilę z drugiej strony i zdjąć patelnię z ognia. Nawet jeśli jest nie do końca dopieczony to zdąży jeszcze "dojść" w ciągu kilku minut kiedy np. będziemy nakrywać do stołu.

*można też wybrać bardziej ściętą wersję omletu, następnie pokroić na małe kawałki i w każdy wbić wykałaczkę i mamy już małą przekąskę na spotkanie towarzyskie

SMACZNEGO!


piątek, 9 stycznia 2015

291. Wiedeńska tarta wiśniowa

Nie będę zanudzać was jakąś łzawą historyjką tym razem. Wszystko dlatego, że historia tego przepisu jest prosta jak drut. Ot, interesujący przepis wpadł w me chciwe łapki, przerobiłam go lekko według uznania i sprawdziłam czy faktycznie będzie pysznie. Sprawdziłam dwa razy, tak żeby mieć 100% pewności. Teraz pewność już mam, że ta tarta wiśniowa jest pyszna. Do tego ponoć jest wiedeńska, znaczy się światowa czyli lepsza :)

WIEDEŃSKA TARTA WIŚNIOWA:
CIASTO:
-1 szklanka mąki pszennej
-1/4 szklanki cukru
-szczypta soli
-1 żółtko
-70g zimnego masła
-łyżeczka śmietany 18%

NADZIENIE WIŚNIOWE:
-3 jajka
-50g masła
-pół szklanki cukru
-pół szklanki mąki pszennej
-pół szklanki mąki ziemniaczanej
-łyżeczka proszku do pieczenia
-szczypta soli
-skórka i sok z jednej cytryny
-2 garści mrożonych wiśni

+trochę cukru pudru do posypania ciasta 

1.Zagnieść w miarę szybko ciasto ze wszystkich podanych składników-nie powinno się kleić do rąk. Zawinąć je w kawałek folii spożywczej i wsadzić na pół godziny do lodówki. Po tym czasie wyjąć je i rozwałkować na grubość około 5 mm, a następnie przełożyć do formy do tarty o średnicy około 30cm i obciążyć ciasto np. suchym grochem. Piec w piekarniku rozgrzanym do 170st. przez około 15 minut. 

2. Oddzielamy żółtka od białek. Z białek i soli ubić sztywną pianę. Żółtka utrzeć z masłem i cukrem na puszystą masę. Cały czas ucierając dodać sok i skórkę z cytryny, oba rodzaje mąki i proszek do pieczenia. Na koniec delikatnie wmieszać białka do całości. Masę jajeczną przelać na podpieczony kruchy spód, na wierzchu równomiernie rozsypać wiśnie. Piec w ciut wyższej (ok.190st) temperaturze, przez około 25-30 minut. Wierzch powinien być podpieczony natomiast środek jeszcze lekko płynny.

3. Po ostudzenia ciasta można je posypać cukrem pudrem lub jeść tak po prostu.

SMACZNEGO!

środa, 7 stycznia 2015

290. Pomidory faszerowane po sycylijsku

Sezon imprez karnawałowych i wszelakich spotkań towarzyskich w pełni. Co prawda w tym roku to ja robię głównie za kierowcę dla różnych alkoholizujących się ludzi. Na samej imprezie zostaje mi wypijanie hektolitrów kawy, wody i herbaty i oczywiście pochłanianie hurtowych ilości jedzenia. Niedźwiadek ma chyba zdrowy apetyt po rodzicach, więc głód jest u mnie stanem permanentnym. Dlatego też na niektóre spotkania zabieram ze sobą jakąś dobrą, sycącą przekąskę...w przeciwnym wypadku wyczyściłabym szafki gospodarzy i istnieje obawa, że więcej by mnie nie zaprosili :) Ostatnio testowaliśmy faszerowane pomidory, z sardynkami, serem i przyprawami. Jak dla mnie wyszło super, bo w zasadzie po jednym już poczułam się lekko najedzona, a po dwóch to nawet pełna.

POMIDORY FASZEROWANE PO SYCYLIJSKU:
(proporcje w zasadzie są dowolne i każdy może sobie je modyfikować według gustu, dlatego podam orientacyjnie to co ja tam wrzuciłam)
-8 średniej wielkości pomidorów
-ok. 100g sardynek
-pęczek natki pietruszki
-średniej wielkości cebulka
-2-3 ząbki czosnku
-garść czarnych oliwek
-łyżka kaparów
-2 łyżki bułki tartej
-kulka sera mozzarella
-sól, pieprz, oliwa

 1. Pomidory umyć i delikatnie odkroić z góry cienką "czapeczkę". Za pomocą łyżeczki wydrążyć środek każdego pomidora. Miąższ i ścinki z pomidora posiekać na drobno i odłożyć na bok.

2. Posiekać w bardzo drobną kosteczkę cebulkę i zeszklić ją na odrobinie oliwy. Następnie dodać do niej posiekany czosnek oraz miąższ pomidorowy. Całość smażyć na małym ogniu, aż pomidory zamienią się w gęsty sos. W międzyczasie posiekać kapary, oliwki i natkę pietruszki. Dorzucić je razem z sardynkami i bułką tartą jak sos trochę odparuje i zgęstnieje. Doprawić całość do smaku solą i dosyć dużą ilością pieprzu. Tak przygotowanym farszem nafaszerować każdego pomidora (nadmiar farszu można wrzucić do kokilki i zapiec z serem). 

3. Mozzarellę zetrzeć na tarce. Posypać serem obficie na wierzchu każdego pomidora. Wstawić pomidory do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 20-30 minut. Według mnie najlepiej smakują na ciepło (bo najbardziej sycą), ale na zimno też są pyszne.

SMACZNEGO!

piątek, 2 stycznia 2015

Kilka powodów dla których moje dziecko mnie nie polubi

Źródło:https://500px.com/photo/5806571/sweet-dreams-by-nikolai-zinoviev?from=user
W tym roku czekają mnie dosyć rewolucyjne zmiany, dlatego też pierwszy wpis w tym roku jest początkiem moich ciążowych (i z czasem rodzicielskich) przemyśleń. Źli ludzie wspominają mi coś na temat tego, że zaraz skończy się rumakowanie, wysypianie się i ogólnie pojęty luz. Zaraz się zaczną kupki, pupki, papki i przeciery, a wszystko okraszone sporą dawką płaczu i paniką rodziców. Pożyjemy, zobaczymy.
Póki co jeszcze jest mi dość dobrze w stanie jakim jestem, a kiedy mdłości minęły to w ogóle już mi świetnie. Moją ulubioną rozrywką jest aktualnie oglądanie programów typu "Ciąża z zaskoczenia" i słuchanie przesądów ciążowych. Miśkosław się tylko wkurza, a ja z każdym kolejnym nowym przesądem mam powód do śmiechu. Jestem zafascynowana pomysłowością ludzi, którzy coś takiego wymyślają. Przesądów jest więcej niż ktokolwiek mógłby policzyć, a poniżej jest kilka wybranych przeze mnie perełek. Wychodzi mi, że już jestem złą matką, bo przez mnie dziecko będzie rude, chore, z miejmy nadzieję kręconymi włosami i krzywymi nóżkami, ale że będzie nadużywało alkoholu to może zapomni że to wszystko przez mamusię :)

-jeśli chcesz zajść w ciążę usiądź na miejscu po ciężarnej-teoria że ciąża może być zaraźliwa chyba jest prawdziwa. W rodzinie baby boom trwa w najlepsze i nasz Niedźwiadek wcale nie będzie jedynym maluchem z rocznika 2015.

-w trakcie jazdy autobusem lub samochodem musisz siedzieć przodem do kierunku jazdy bo inaczej czeka cię poród pośladkowy-kurcze pieczone, ja często jeżdżę metrem a tam się siedzi bokiem do kierunku jazdy, czyli....czeka mnie poród boczny chyba-na porodówce się ucieszą na pewno

-jeśli pijesz wodę albo skaczesz przez kałuże w ciąży to dziecko będzie miało wodogłowie-biorąc pod uwagę, że od samego początku suszy mnie niesamowicie i piję hektolitry wody i innych napojów w ciągu dnia, to niestety ale Niedźwiadek nie będzie miał łatwo....ale za to nad kałużami nie skaczę, bo jak tylko się pojawiają to zakładam kaloszki i nic mi jest straszne

-nie można farbować włosów w ciąży bo dziecko urodzi się rude- mój mały Niedźwiadek to ma tym bardziej przechlapane, bo nie dość że ja co kilka tygodni farbuję swoje odrosty, to jeszcze cały czas na kolor miedziano rudy....ale jeśli będzie dziewczynką i będzie mieć piękne rude włosy to przynajmniej zaoszczędzi w przyszłości na farbie do włosów :)

-jeśli ciężarna przytuli się do barana to maluch będzie miał kręcone włosy-cholera szukam jakiegoś barana i szukam i nigdzie znaleźć żadnego nie mogę do przytulenia, bo kręcone włosy bardzo mi się podobają

-jeśli ciężarna cierpi na zgagę to znaczy że dziecku rosną włosy-kolejny przesąd dotyczący włosów (ich jest chyba najwięcej), a biorąc pod uwagę moje samopoczucie i zgagę od samego początku, to Niedźwiadek ma już chyba futerko sięgające do samego pasa

-ciężarna nie może dzielić się jedzeniem bo zabraknie jej pokarmu dla dziecka-no cóż, w tym punkcie też Niedźwiadek będzie miał pod górkę, bo ja się ciągle z kimś dzielę jedzeniem i kogoś karmię. Całe szczęście, że aktualnie sklepy są dobrze zaopatrzone w sztuczne mleko

-ciężarna nie może siadać po turecku bo dziecko będzie miało krzywe nóżki-i znowu wtopa, bo mi jest najwygodniej teraz siedzieć po turecku, przynajmniej nic mnie nie ciągnie i nie przeszkadza

-ciężarna nie powinna zmywać naczyń, bo jak ochlapie sobie brzuch wodą to z dziecka wyrośnie alkoholik-a tutaj to rodzina się nie popisała, bo się jakoś nie wzrusza takim niebezpieczeństwem i co jakiś czas ustawia mnie na zmywaku

-ciężarna nie może patrzeć na zwierzęta bo dziecko będzie pozbawione mądrości/w gorszej wersji ciężarna nie może przebywać w towarzystwie kotów bo zarazi się toksoplazmozą-Niedźwiadek cały czas otoczony jest zwierzakami, a niektóre kocie księżniczki już teraz mruczą mu kołysanki do snu przytulając się zawzięcie do brzucha. O pozbyciu się kotów absolutnie nie ma mowy, bo toksoplazmozą nie można zarazić się po prostu przez przebywanie z nimi, czy głaskanie ich. Trzeba by zaprzestać mycia rąk po zmienianiu kuwety i w ogóle zmieniać je raz na kilka dni. Ale przy takich nawykach to zarażenie się czymkolwiek nie jest niczym dziwnym. Toksoplazmozą zaś tak naprawdę "łatwiej" się zarazić przez kontakt z surowym mięsem lub prace w ziemi, po których nie umyjemy dokładnie rąk.

A teraz bonus, mój ulubiony przesąd przez który prawie popłakałam się ze śmiechu:
nie wolno uprawiać seksu podczas ciąży bo dziecku mogą ropieć oczy....komentarz jest zbędny, dla dobra zdrowia i oczu czas na 9-cio miesięczny celibat :)

Źródło:https://500px.com/photo/64281475/mother%27s-love-by-anton-belovodchenko