sobota, 28 lutego 2015

Tort z logo dla agencji nieruchomości


Krótka piłka, tort miał być pyszny, miał być być w miarę spory (żeby wszyscy głodni się nasycili) i miał mieć logo firmy, którą prowadzi jubilat. Wszystkie warunki udało się spełnić i z relacji wiem, że smakował bardzo :)

piątek, 27 lutego 2015

307. Zupa pomidorowa z soczewicą po indyjsku


Moja osobista babcia na wszelkie nowinki kulinarne jest tak jakby otwarta inaczej. Dlatego też jedyne dwie słuszne zupy na niedzielny obiad to dla niej rosół albo pomidorowa. Innych opcji babcia nie przewiduje. Dobrze jak ktoś inny przygotowuje ten posiłek, bo wtedy można spodziewać się klasyki gatunku. Babcia ma jednak lekko przerąbane jeśli to ja mam stanąć przy garach. Ostatnio dostała co prawda zupę pomidorową, ale inspirowaną kuchnią indyjską, z dużą ilością rozgrzewających przypraw, z warzywami wszelakimi (w tym z soczewicą) i z dużą ilością posiekanej natki pietruszki. Stąd też moja robocza nazwa, czyli pomidorowa po indyjsku. 

ZUPA POMIDOROWA Z SOCZEWICĄ PO INDYJSKU:
(proporcje przewidziane na duży gar dla dużej głodnej rodziny)
-2 puszki pomidorów krojonych
-500ml przecieru pomidorowego
-szklanka czerwonej soczewicy
-2 średniej wielkości marchewki
-1 duża cebula
-2 ząbki czosnku
-pół pora
-pęczek natki pietruszki
-garam masala, cynamon,gwiazdka anyżu, imbir, chilli, sól, pieprz, liść laurowy, ziele angielskie
-sok z połówki pomarańczy
-trochę masła klarowanego do smażenia

1. Cebulę posiekać w drobną kostkę i zeszklić na odrobinie masła. Dodać pokrojoną w słupki marchewkę i posiekany czosnek. Na koniec wlać pomidory z puszki, całość przykryć i zmniejszyć ogień do minimum. Trzymać pod przykryciem, aż pomidory się prawie całkowicie rozpadną. 

2.W międzyczasie nastawić w dużym garnku ok. 3 l wody (ewentualnie bulionu jeśli posiadamy ale i bez niego też da radę). Kiedy woda zacznie wrzeć dodać liść laurowy i ziele angielskie oraz całą mieszankę warzywną z patelni i przecier pomidorowy. Dolać sok z pomarańczy oraz hojnie przyprawić wszystkimi wymienionymi przyprawami. Wsypać soczewicę, całość przykryć i gotować na małym ogniu, aż soczewica zmięknie a przyprawy się ze sobą zmieszają. 

3. Pod koniec gotowania dodać pokrojonego w półplasterki pora. Każdą porcję posypać obficie posiekaną natką pietruszki. 
Według mnie zupa jest i tak bardzo sycąca ale nie zawadzi dodać do niej jeszcze trochę ryżu. 

SMACZNEGO!


środa, 25 lutego 2015

Niepoprawnie politycznie o smalczyku roślinnym

Źródło: http://www.life4fit.pl/tag/jakie-mieso-jesc/

Doczekaliśmy się takich pięknych czasów kiedy gotowanie i mówienie o jedzeniu jest modne, a nie wstydliwe. Dziś wypada się znać na kuchni, wypada eksperymentować i wypada....wyeliminować coś ze swojej diety. Wiecie o co mi chodzi? Pomijam ludzi, którzy mają celiakię, ostre alergie pokarmowe, albo jakieś inne schorzenia o których (na moje szczęście) nie mam bladego pojęcia. W takim przypadku wyeliminowanie szkodliwych artykułów z diety jest czymś naturalnym i wskazanym. Ci ludzie i tak mają przerąbane więc się ich czepiać nie będę. 

Delikatnie natomiast poczepiam się ludzi, którzy eliminują ze swojego jadłospisu pewne grupy produktów bo: myślą że schudną, że będą wiecznie młodzi, że to coś im szkodzi, że środowisko mniej będzie cierpiało, że to modne, że skoro amerykańscy naukowcy mówią że coś jest blee i szkodliwe to to święta prawda jest, albo nagle usłyszeli głos z niebios który im kazał coś odstawić. Diet eliminacyjnych jest skolko ugodno, każdy sobie coś może wybrać jeśli czuje taką wewnętrzną potrzebę.

Jak ktoś jest dorosły (albo chociaż w miarę kumaty w wieku nastu lat) to niech sobie je to co mu sumienie i rozsądek podpowiada. W talerze nikomu nie zaglądam. Jeśli już to czasem z ciekawości podpytam co tam kto je ciekawego, bo może jakiś ciekawy przepis się trafi. Na blogi tematyczne (wegetariańskie, bezglutenowe czy nawet wegańskie) czasem zaglądam, bo można się natknąć na perełki z warzyw i kasz. 

Gorzej jak ktoś usiłuje mnie nawrócić na jedyną właściwą (według niego) wiarę...znaczy dietę. Wtedy zaczynam się robić lekko agresywna, bo cierpliwości to mi jednak Bozia nie dała. 

I TUTAJ DOCHODZIMY DO MERITUM SPRAWY.

 Na tym blogu znajdziecie tłuszcze, gluten, biały cukier, mąkę pszenną, mięso, mleko prosto od krowy i jego przetwory i wiele innych rzeczy, które innych mogą oburzyć a mi po prostu smakują. 
Być może miałam przeogromne szczęście w życiu, ale nie dorobiłam się żadnej alergii czy choroby przewodu pokarmowego. W dzieciństwie najlepszym rarytasem był chleb (biały i puchaty) ze śmietaną (tłuszcz, laktoza) posypany cukrem (białym oczywiście bo innych wtedy nie było w sklepach). Żarliśmy takie cudo na potęgę i się cieszyliśmy jak głupki.
Jak byłam dziecięciem niewinnym to często lądowałam u babci na wsi gdzie kurki i inne kaczuchy biegały sobie radośnie po podwórku skubiąc jakieś trawki czy inne robaczki, a potem ktoś z dorosłych je pozbawiał głowy i pierza i na niedzielny obiad był rosół i mięso. Tak samo co jakiś czas odbywało się świniobicie. Przychodził masarz czy tam inny rzeźnik i w towarzystwie mężczyzn z rodziny przeprowadzał całą operację uśmiercania, a potem rozbierania wieprzka. Damska część rodziny miała za zadanie ogarnąć otrzymanie mięsa, czyli przerobić wszystko co było, tak żeby nic się nie zmarnowało. Dzieci teoretycznie w tym czasie miały zakaz zbliżania się miejsca całej akcji, ale nie powiem gdzie my te zakazy mieliśmy. Psychiki mi to nie skrzywiło, a raczej nauczyło szacunku do jedzenia i nie marnowania go. Ot po prostu, mięso na stole bierze się ze zwierząt a nie pojawia się nagle w sklepie. Nauczyłam się też, że wędlina robiona w domu to w życiu nie będzie taka różowiutka jak tak sklepowa, a za to o niebo lepsza i smaczniejsza. 
Zakupy całe życie robiłam na bazarku pod Halą Mirowską, bo mieszkam 5 kroków od niej i było to coś w pełni naturalnego. Od babci i mamy przejęłam tajemną wiedzę, w której budzie mam kupować mięso, w której jajka, a w której warzywa lub mleko i ser. A wszystko to zanim na lud Warszawy spłynęło natchnienie, że to miejsce jest takie cudowne i hipsterskie (gorzej że z tym natchnieniem sprzedawcy podnieśli swoje ceny). 
Kolejnym cudem natury jest to, że w moim domu dużo rzeczy wytwarza się samodzielnie. Nie mówię, że zawsze i jak zjemy coś sklepowego to ktoś dostaje spazmów. Zasadniczo po prostu każdy z nas rozumuje, że wyroby domowe mają sprawdzony skład i lepszy smak. Więc posiadam tatunia piekącego chleb, mamę produkującą prawie wszystko, sama też coś tam zrobię, a nawet mój Miśko nauczył się wędzić kiełbasy i inne wędliny. 
Jemy wszystko i żyjemy w dobrym zdrowiu. I tak niech pozostanie i proszę mnie nie przekonywać, że jak kocham swojego mężczyznę to powinnam go karmić tylko warzywami. Bo po pierwsze mój mężczyzna twierdzi, że jak dostanie ode mnie kotleta mielonego na obiad to jego miłość do mnie jest jakby bardziej treściwa, a po drugie prababcia mnie uczyła że chłopa to trzeba konkretnie karmić...najlepiej salcesonem domowej roboty. A po trzecie pewien klasyk mawiał "kartofle z mięsem niejeden naród wyżywiły a owocami się jeszcze nikt nie najadł". 

Myślenie ma przyszłość. Myślenie przy wyborze jedzenia też. Bo we wszystkim warto zachować umiar i rozsądek i nie wariować. Jak się najem kapusty z mięsem i mam wzdęcia kosmiczne to to nie jest alergia tylko po prostu kapusta tak działa. Jak zjem całą blachę ciasta drożdżowego ze śliwkami i kruszonką i mi tyłek urośnie i mnie zemdli to to nie będzie nie tolerancja na gluten tylko zwykłe obżarstwo, moi mili. Ale za to jak się nie obżeram tylko jem rozsądnie produkty z różnych grup to mam dużą szansę uniknąć konieczności spożywania suplementów diety.

Na tych wszystkich modach żywieniowych ogromną kasę trzepie rynek spożywczy, a blogerzy kulinarni mają pożywkę i natchnienie do tworzenia nowych przepisów. Pączki bez cukru, tłuszczu, glutenu, smalcu i marmolady....no pięknie, że ktoś kreatywny coś takiego wymyślił tylko czy to nadal jest pączkiem? W jednym z marketów widziałam wielki afisz przy sezamkach "TERAZ LEPSZY SMAK, BEZ GLUTENU". Przypominam, że sezamki składają się teoretycznie z sezamu i miodu....to skąd tam gluten? Pszczoły przyniosły, czy może spec od marketingu doszedł do wniosku, że to może podnieść sprzedaż? Tak samo płatki kukurydziane (według składu woda i mąka kukurydziana) nagle są lepsze, bo bezglutenowe.Ba, nawet sok znanego producenta można znaleźć z pięknie wypisanymi, złotymi zgłoskami, hasłami "Gluten-free".
Że nie wspomnę o wszelkich knajpach tematycznych, które kombinują jak koń pod górę co by tu dziwnego wymyślić, żeby z bezglutenowym duchem czasu szło. Z jednej strony to dobrze, dla tych którzy faktycznie muszą trzymać się jakiejś restrykcyjnej diety bo mają większy wybór, a z drugiej to przemysł spożywczy i gastronomiczny ma pożywkę i samo-napędzającą się klientelę, która bez żadnych głębszych refleksji leci tam gdzie modnie jest.

A w ramach przemyśleń taki krótki opis dwóch sytuacji o jakże zaślepionych i przekonanych o własnej wyższości głupkach (według mnie) żywieniowych.

1. Robię zakupy pod moją ulubioną Halą Mirowską. Torbę miałam już pełną różności, jeszcze tylko jajek brakowało. Stoją więc grzecznie w ogonku do właściwej budy i słyszę z tyłu rozmowę dwóch chłopców (bo na określenie mężczyzna trzeba sobie zasłużyć). Cienkim głosikiem jeden do drugiego wzdycha:
-ojej ojej! jakie to straszne! zobacz ci ludzie to padlinożercy i stoją tak w kolejce żeby sobie kupić czyjeś płody i potem bestialsko je zjeść.
-noooo! ojej! jakie to okropne.
I tu mi agresor się włączył i wzrok miałam morderczy i chęć jedynie żeby te "płody" wetknąć komuś w gardło i wyjąć drugim końcem. Bo chłopcze drogi, nie masz monopolu na prawdę objawioną. Jak ty jesteś na diecie wegańskiej to nie znaczy, że reszta ludzkości też ma być. Jedz i pozwól jeść innym. 

2. Wracam ja tym razem z zakupów w markecie. Mijam po drodze kolejne, warszawskie, modne miejsce zakupowe, czyli BioBazar. Wychodzi z niego para, która z jawną pogardą patrzy na jedną z siatek dzierżonych w mej dłoni, gdzie wielkimi wołami jest logo marketu wymalowane (pozostałe 2 siatki posiadałam płócienne). Jak oni na mnie z pogardą to ja na nich też. Bo jak widzę też foliowej torebki się dorobili. A w niej posiadali oni bio-pomarańcze. Widać ekologiczni tacy byli. Tylko tak sobie myślę, że jak chcieli by być bardziej ekologiczni to mogli by też sobie sprawić takie płócienne torebki wielokrotnego użytku. Mogliby też np. nie przyjeżdżać wielkim samochodem palącym jak smok, tylko np. rowerem albo od biedy autobusem. Już o takich fanaberiach jak spacer nie wspomnę, bo może z drugiego końca miasta są, to by się jeszcze zasapali. A ostatnią moją myślą było, że przecież te pomarańcze to chyba pół świata opłynęły zanim na ten BioBazar trafiły, bo przecież pora akurat była taka, że w Europie to się ich raczej nie spotka. A statków ekologicznych to chyba jeszcze nie wymyślili. No ale ja się mogę mylić, ja nie jem żywności z certyfikatem Eko, więc na ekologii się pewnie nie znam.

A na koniec tylko powiem, że człowiek dorosły, który sam za siebie odpowiada niech sobie stosuje jakieś dziwne diety ile mu się podoba. Jak dla mnie problem jest nie tylko jak kogoś na siłę poucza, ale jak bez uzgodnienia z lekarzem próbuje diety restrykcyjne stosować u małych dzieci. Albo jak zwierzę swoje usiłuje nawrócić na wegetarianizm. Bo jakiś kretyn wymyślił nawet wegańskie karmy dla kotów....W takich wypadkach to już naprawdę chyba zostaje walnąć w łeb i sprawdzić czy efekt jakiś jest, albo wezwać służby odpowiednie.


PS. Wreszcie fragment o smalczyku....ile razy zadaję to pytanie wegetarianom to się na mnie ktoś obraża. Czy ja bym mogła wreszcie się dowiedzieć, dlaczego jak ktoś świadomie rezygnuje z mięsa to tworzy później takie twory jak smalczyk roślinny, flaczki sojowe, rosół wegetariański albo wegańskie salami? Jak żyję nie widziałam w roślinie żadnej słoniny (a to z niej wszak wytapia się smalec) czy flaków (czyt. wnętrzności). Nosz do cholery jasnej. Jak z czegoś się rezygnuje to nie po to żeby potem wzdychać do tego smaku chyba? Więc jaki jest sens aromatyzowania sobie sera tofu zapachem wędzonego boczku?
Cytując kolejnego klasyka:"...co to za wegetarianin co wpi...la schabowe..."

Źródło: http://www.ztkruszwica.pl/pl/aktualnosci/smakowita-pajda

poniedziałek, 23 lutego 2015

306. Sernik bananowy z czekoladą

Jako że od początku mojej ciąży banany stanowią produkt pierwszej potrzeby (w I trymestrze nie wstawałam w ogóle z łóżka zanim nie skonsumowałam jednego), to zawsze w domu mamy ich spory zapas. Delikatnie zaczynam już czuć przesyt i mam wrażenie, że banany mnie otaczają, dlatego też zostały zużyte w trochę inny sposób niż zazwyczaj. Wyszedł z tego sernik bananowy. Sernik jest cudny bardzo, rzekłabym nawet że pysznościowy. Do zalet jego zaliczyć można to, że banany w nim użyte powinny być już mocno dojrzałe...więc jak zdarzy nam się zapomnieć o kilku sztukach, leżących i czerniejących od tygodnia to właśnie takie przeleżałe będą najlepsze. Same zalety, można zagospodarować banany, które już nieapetycznie wyglądają i jeszcze zyskać świetny, wilgotny, bardzo bananowy sernik. A jak będzie jeszcze na górze skorupka z gorzkiej czekolady to już w ogóle bajka. 

SERNIK BANANOWY Z CZEKOLADĄ:
(proporcje przewidziane są na tortownicę o średnicy 24cm, ale spokojnie można użyć ciut większej, byle nie mniejszej bo masa serowa się nie zmieści)
CIASTO:
(Podane proporcje starczą tak naprawdę na dwa spody do sernika, ale nadmiar można zamrozić na następny raz)
-1 szklanka maki
-1/4 szklanki cukru
-szczypta soli
-1 żółtko
-70g zimnego masła
-łyżeczka śmietany 18%

MASA SEROWA:
-6-7 dojrzałych bananów
-1kg twarogu trzykrotnie zmielonego na sernik
-6 jajek
-pół kostki masła
-3-4 łyżki cukru (w zależności od stopnia dojrzałości bananów-im są dojrzalsze tym są słodsze)
-opakowanie budyniu waniliowego
-skórka z połowy cytryny
-duża szczypta cynamonu i chlust esencji waniliowej

POLEWA CZEKOLADOWA:
-100g gorzkiej czekolady
-łyżka masła

1. 1.Zagnieść w miarę szybko ciasto ze wszystkich podanych składników-nie powinno się kleić do rąk. Zawinąć je w kawałek folii spożywczej i wsadzić na pół godziny do lodówki. Połowę ciasta rozwałkować na grubość ok. 5mm i przełożyć do przygotowanej foremki. Piec w piekarniku rozgrzanym do 170st, przez 15-20 minut, aż zacznie się rumienić.

2. W czasie pieczenia spodu z ciasta przygotować masę serową z bananami. Banany obrać i dokładnie rozgnieść widelcem albo zmiksować blenderem. Masło utrzeć na gładką masę z cukrem, esencją waniliową, cynamonem i skórką z cytryny. Dodać do masła rozgniecione banany. Następnie, nie przerywając mieszania/ucierania, dodawać po jednym jajku. Na koniec wmieszać twaróg oraz budyń waniliowy (proszek). Gdy cała masa serowa będzie już dokładnie wymieszana przelać ją na podpieczony, kruchy spód i wstawić do piekarnika na około 50-60 minut (w zależności od waszego piekarnika). Po tym czasie lekko uchylić drzwiczki piekarnika i pozwolić sernikowy spokojnie w nim wystygnąć, to wtedy nie powinien opaść. 

3. Gdy nasz sernik bananowy już całkiem ostygnie przygotować polewę czekoladową. Czekoladę połamać na małe kosteczki i rozpuścić go razem z masłem w kąpieli wodnej. Wymieszać delikatnie całą masę, żeby była jednolicie brązowa i błyszcząca. Rozprowadzić ją równomiernie po wierzchu sernika. Gdy polewa nieco zastygnie sernik będzie gotowy do jedzenia.

SMACZNEGO!


A widzieliście jaką mam piękną filiżankę i talerzyk. Dostałam takie (i jeszcze inne ładne) cuda z okazji Walentynek od Miśkosława. No i kto ma najlepszego mężczyznę na świecie? :) 

niedziela, 22 lutego 2015

Tort pełen misiów i koloru zielonego dla dziewczynki

 Łatwo nie było :) Zamówienie dostałam takie, że mają być maliny, ma być kolor zielony, misie też mają być i jeszcze ewentualnie coś z serduszkiem. Tak więc w środku malin cały malinowy chruśniak, na wierzchu zielony w dwóch odcieniach, serduszek dla małej jubilatki całe zatrzęsienie i do tego misie rozkoszne nawet dwa. 
Chociaż przyznaję bez bicia że jeden to ma minę jak niezły cwaniak. Ale jak kwiatka dostał to jakby złagodniał jego wygląd.
Mam nadzieję, że małej Gabrysi się spodobał taki tort.  

Ten misiek to chyba niezły cwaniak jest, przynajmniej tak sądzę patrząc na jego wyraz pyska :)

piątek, 20 lutego 2015

305. Sałatka z kaszy bulgur, jajek i innych pyszności dla ciężarnej


Kasze wszelakie opanowały ostatnio moją kuchnię. Mam wrażenie, że jem je teraz częściej niż moje ukochane makarony (nawet pomimo tego że mam super wypasioną maszynkę do makaronu). A do tych kasz dokładam zieleninę różnego rodzaju. Zdrowie tryska z talerza i może zniweluje trochę negatywne skutki moich wyskoków żywieniowych. W końcu powinnam być odpowiedzialną matką polką.
Jak by nie patrzeć dobrze, że ta sałatka jest smaczna. Jakby coś z nią było nie tak, to tak chętnie bym się zdrowo nie żywiła. Podobną wypatrzyłam w "What Katie ate". Coś tam pozmieniałam, coś dodałam od siebie i ot wyszła taka ciekawa sałatka z kaszy bulgur i jajek...idealna dla mnie i Niedźwiadka.

SAŁATKA Z KASZY BULGUR, JAJEK I INNYCH PYSZNOŚCI:
-2/3 szklanki kaszy bulgur (ewentualnie kuskus)
-1/2 szklanki soczewicy
-kilka/kilkanaście pomidorków koktajlowych
-garść czarnych oliwek
-2-3 jajka
-1-2 cebule dymki
-pęczek szczypiorku
-sól, pieprz, trochę suszonych płatków chilli, łyżeczka masła, oliwa

1. Ugotować jajka na twardo oraz soczewicę ugotować tak żeby była lekko twardawa. Przygotować również kaszę bulgur. Ja do swojej kaszy, dla poprawy jej smaku, dodałam łyżeczkę masła i doprawiłam płatkami chilli.

2. Pokroić na w miarę drobne kawałki oliwki i pomidorki. Posiekać na bardzo drobno cebulkę i szczypiorek. Wszystko razem wymieszać ze sobą, doprawić do smaku solą i sporą ilością pieprzu, skropić oliwą. Na wierzchu sałatki ułożyć jajka pokrojone na ćwiartki.

*ja do doprawiania używałam jeszcze oleju Kujawskiego z papryczkami chilli

SMACZNEGO!


środa, 18 lutego 2015

304. Koktajl z kefiru i jagód dla ciężarnej lub osoby na diecie

Powiem wam szczerze, że od kilku miesięcy jestem wiecznie głodna. Dodatkowo jak Niedźwiadek jest głodny to często daje mi znać kopniakami w żebra (albo co gorsza w pęcherz) co sądzi o własnej wyrodnej matce. Nie powiem, żebym moja aktualna dieta składała się tylko i wyłącznie ze zdrowych potraw. Zachcianki ciążowe co prawda bardziej mnie nawiedzały na samym początku tego uroczego stanu, ale nadal czasem mnie złapie ochota na "chinczyka", burgera albo kebaba (jakbym miała wróżyć z zachciankowych potraw to bym orzekła że będzie chłopak). Biorąc jednak pod uwagę, że w ciąży niektóre funkcje organizmu są zaburzone, to staram się od czasu do czasu sięgnąć po potrawy z kategorii "powodują że żołądeczek pracuje". Taki miły koktajl z kefiru i jagód np. nie dość, że smaczny bardzo, pożywny i sycący, to jeszcze ma dużo błonnika i witamin (i jakiś innych wspaniałości o których nie mam pojęcia pewnie). Od razu po wypiciu czuć jak się cały proces trawienia przyspieszył :) Tak więc polecam go nie tylko kobietom w ciąży, ale też osobom, które już myślą o zrzuceniu pozimowej oponki z brzucha.
KOKTAJL Z KEFIRU I JAGÓD:
(proporcje na 2 porcje)
-duży (330ml) kubek kefiru
-garść jagód lub borówek
-1 średniej wielkości jabłko
-2 łyżki miodu
-szczypta cynamonu

Jabłko umyć dokładnie i pokroić w drobne cząstki. Wszystkie składniki wrzucić do jednego naczynia i zmiksować ze sobą. Ewentualnie można dosłodzić trochę miodem, jeśli ktoś lubi bardzo słodkie napoje i koktajle. Taki koktajl z kefiru i jagód należy podawać od razu po zrobieniu, bo z czasem się rozwarstwia i wygląda nieapetycznie.

SMACZNEGO!

poniedziałek, 16 lutego 2015

Jesteś w ciąży? Wyrzuć z domu kota! Natychmiast!

"Mięsa daj kobieto! Bo jak nie to zrobimy armagedon!"
17 lutego obchodzimy Międzynarodowy Dzień Kota i wbrew pozorom wcale nie nawołuję do pozbywania się z domu kotów, czy innych zwierząt domowych. Po prostu takim (bądź podobnym) okrzykiem parę osób mnie uraczyło na wieść o mojej ciąży. Co gorsza w grupie tych osób był też lekarz...ginekolog-położnik. 

A jeszcze niedawno dziwiłam się szczegółowymi pytaniami pani, od której wzięłam kota Tygrysa. Wypytywała mnie czy chcę posiadać potomstwo i czy mam zamiar pozbyć się kota w ciąży. Wybałuszyłam na nią oczy, bo w życiu bym na taki poroniony pomysł nie wpadła. Nie po to w końcu biorę do domu kota, żeby się go pozbywać przy byle okazji. W końcu z założenia taki kochany futrzak będzie w naszym domu kilkanaście lat. Zwierzak to nie zabawka, którą można odstawić na półkę jak się znudzi albo będzie przeszkadzać.

Kiedy zaszłam w ciążę nagle okazało się, że moje ukochane koty stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo. I wcale nie chodzi tu o nagłą żądzę mordu, która potrafi je opętać na widok kawałka surowego mięsa w moim ręku. Nie. Ponoć przez koty mogę poronić lub urodzić chore dziecko, według przesądów wszelakich moje dziecko może również zgłupieć gdy będę patrzeć na koty. Jeśli jakimś cudem uda mi się urodzić Niedźwiadka będzie jeszcze gorzej. Bo taki kot paskudnik tylko czyha, żeby przegryźć maluchowi gardło, wyssać mu oddech, udusić go w bliżej nieokreślony sposób lub spowodować trwałe kalectwo np. bezpłodność, a w najlepszym razie podrapać go po całości i jeszcze porozsiewać na niego jakieś śmiercionośne zarazki. 
Przyczajony zabójca
 Kobietę w ciąży straszy się przede wszystkim ryzykiem zachorowania na, wszelkiego rodzaju choroby odzwierzęce, głównie toksoplazmozę.Choroba ta faktycznie może spowodować u nienarodzonego dziecka ciężkie upośledzenie umysłowe, ale....cholernie trudno jest się nią zarazić od kota. 
Część z posiadaczek kotów przechodziła już tokspolazmozę (u dorosłego i zdrowego człowieka przebiega wszystko bezobjawowo) i posiada w swoim organizmie przeciwciała, które nie pozwolą jej zachorować powtórnie. Wtedy sprawa jest jakby ułatwiona. 
Część, tak jak ja, nie przechodziła toksoplazmozy i nie dorobiła się do tej pory przeciwciał, a więc pewne ryzyko jest. Jednak, żeby doszło do zakażenia to po pierwsze kot musiałby posiadać w sobie tego pierwotniaka (co nie jest takie oczywiste), po drugie musiałby zrobić kupę (co już jest bardziej oczywiste), ale już po trzecie to ta kupa musiałaby leżeć i pachnieć przez co najmniej 72 godziny, bo tyle potrzeba żeby uaktywniły się cysty, które nas mogą zakazić. Jest jeszcze apetyczne "po czwarte". Więc po czwarte trzeba by było tę kupę wziąć do łapy, a potem taką brudną łapę wepchnąć sobie w paszczę. Hm.....jakby tu powiedzieć. Jak ktoś kota posiada to wie, że efekt dyfekacji potrafi czasem wonieć tak bardzo, że kuwetę sprząta się migiem, byle tylko zapach nie objął zbyt dużego obszaru w posiadanie. Dosyć oczywistą rzeczą dla mnie jest również mycie rąk zarówno po wyjściu z toalety jak i po sprzątaniu kuwet. Jeśli dla kogoś to nie jest taka oczywista oczywistość to może niech z góry nastawi się na wszelakie choroby, z żółtaczką na czele, przy których tokspolazmoza to pikuś. 
Zresztą przez te kilka miesięcy, dla 100% bezpieczeństwa, można poprosić ojca dziecka lub innych członków rodziny, żeby wzięli na siebie obowiązek czyszczenia kuwet. 

Tokspolazmozą NIE MOŻNA się zarazić poprzez głaskanie kota lub jeśli się zostanie przez niego zadrapanym. Jedyną metodą jest (jak to ktoś ładnie określił) kontakt fekalno-oralny. 

Można natomiast się zarazić poprzez jedzenie surowego mięsa lub niedokładne umycie rąk np. po krojeniu tegoż mięsa. Niebezpieczne mogą być również prace ogrodnicze w ziemi lub zjedzenie niedokładnie umytych warzyw. Jednym słowem zachowujmy higienę, myjmy ręce przed posiłkami i dokładnie myjmy warzywa i owoce oraz unikajmy surowego mięsa, a toksplazmoza nam nie zagrozi. 

Zresztą możemy porozmawiać z lekarzem, że w domu są koty i koty w nim na pewno pozostaną. Dla mojego własnego spokoju ducha mam po prostu co miesiąc wykonywany test na obecność przeciwciał wskazujących na świeże zakażenie. Skoro i tak w każdym miesiącu robię kontrolnie morfologię to kilka ml więcej oddanej krwi na dodatkowy test mnie nie zbawi, a pozwoli w spokoju czekać na Niedźwiadka. 

Wypowiedzi innych mam na temat posiadania kotów przez ciężarną można poczytać tutaj i tutaj
Zarobieni...zapewne knują jak by tu komuś wyssać oddech
Zaś co do kwestii współistnienia w naszym domu kotów i małego dziecka jestem całkowicie spokojna. Z tego co do tej pory zaobserwowałam to moje dwa kocury, Tygrys i Gustaw, małych dzieci się zwyczajnie boją (coś chyba mają z tym wspólnego moi bardzo grzeczni siostrzeńcy), więc obchodzą je szerokim łukiem, albo po prostu chowają się gdzieś głęboko. W mojej kluskowatej koteczce Zołzie natomiast budzi się niespełniony instynkt macierzyński i bawi się z maluchami zawzięcie. Jest przy tym delikatna i cierpliwa i jeśli zostanie pociągnięta za ogon czy wąsy to pacnie łapą bez pazurów, żeby dać znać że sobie tego nie życzy. Jeśli to nie daje efektów i lube dziecię nadal ciągnie to z głośnym miaukiem ucieka. Zdarza jej się dziabnąć wybitnie namolnego dzieciaka, ale no cóż....lajf is brutal. Dziecko też powinno się nauczyć, w którymś momencie, że wsadzanie zwierzęciu palca do oka może się źle skończyć (tak wiem-będę wyrodną matką). 

Z moich aktualnych doświadczeń wynika również, że wszelkie nowe gadżety dziecięce, które kupujemy przed narodzinami, warto dać do obejrzenia kotom. To z natury bardzo ciekawskie stworzenia są. Więc jeśli do domu trafia nowa rzecz (fotelik samochodowy, wózek, bujaczek, łóżeczko itp.) to dajmy pacnąć to łapą, obwąchać i popatrzeć. Jeśli nasza reakcja będzie spokojna to kot sobie obejrzy co ma obejrzeć, a potem znajdzie coś ciekawszego do zabawy. Jeśli natomiast będziemy lecieć z rozdartą japą na widok kota bujającego się w foteliku to chęć skosztowania zakazanego owocu u kociambra wzrośnie. Tak to niestety działa-im bardziej my czegoś zakazujemy tym bardziej kot się tam pcha. Dajmy sobie wszyscy trochę luzu, a będzie nam się razem lepiej żyło.
Domowy specjalista od crash-testów
17 lutego obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Kota, czyli jutro. Więc zamiast panikować i pozbywać się kota z domu to weźmy go na kolana, pogłaszczmy za uchem. To i nam będzie przyjemniej i maluch w brzuchu może usłyszy mruczenie. A w ramach poprawy ogólnej poprawy humoru mała perełka o strasznych kotach znaleziona w internecie.
Źródło: https://www.facebook.com/pages/Beka-z-mamu%C5%9B-na-forach/746563065376170?fref=ts

piątek, 13 lutego 2015

303. Gryczane placuszki z pomidorami i serkiem wiejskim

Po wszystkich tłustościach i szaleństwach związanych z Tłustym Czwartkiem, rozsądna część mojego "ciężarówkowego" jestestwa doszła do głosu. Dlatego też w ramach odpoczynku dla organizmu proponuję gryczane placuszki z pomidorami i serkiem wiejskim (i jeszcze otręby pszenne się w nich znalazły i szczypiorek i inne cuda). Można nimi zacząć Walentynkowy poranek. Można po prostu je zjeść jako sycący początek dnia. Można też włączyć do diety kobiety w ciąży lub innej persony dbającej o zdrowe odżywianie. 
Dodatek serka wiejskiego nie dość, że podnosi zawartość białka w daniu, to jeszcze całkiem przyjemnie się rozpuszcza pod wpływem ciepła i zastępuje godnie ciągnący żółty ser. 
Dla spragnionych ostrości polecam dodać posiekaną papryczkę chilli, a dla zadeklarowanych mięsożerców można dodać np. kawałki salami albo kiełbaski chorizo.

Jako bonus dodam, że jak nam zostaną placuszki ze śniadania, to warto je później podgrzać w piekarniku i mogą służyć za świetną przekąskę-zakąskę np. podczas alkoholizowania się. Jakby ktoś miał głupie myśli, ja donosiłam jedzenie gdy inni się alkoholizowali. Aż tak wyrodną matką nie jestem:)

GRYCZANE PLACUSZKI Z POMIDORAMI I SERKIEM WIEJSKIM:
-pół szklanki mąki gryczanej
-pół szklanki mąki pszennej
-pół szklanki otrębów pszennych
-opakowanie serka wiejskiego (ewentualnie trochę kefiru lub jogurtu jeśli ciasto będzie za gęste)
-2 średniej wielkości pomidory lub kilka pomidorków koktajlowych
-1 cebula dymka
-pęczek szczypiorku
-1 jajko
-1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
-sól, pieprz, papryka wędzona, trochę oliwy

1. Posiekać bardzo drobno cebulkę i szczypiorek i trochę mniej drobno pomidory.  Wymieszać ze sobą mąki, otręby, jajko, posiekane warzywa i serek wiejski. Całość powinna mieć konsystencję gęstej śmietany, jakby było za gęste można dodać trochę kefiru lub jogurtu dla rozrzedzenia. Jak będzie za rzadkie trochę mąki. Doprawić sporą ilością pieprzu, trochę mniejszą ilością soli i papryką wędzoną.

2. Na patelni (najlepiej takiej nieprzywierającej-np. ceramicznej) rozgrzać odrobinę oliwy. Nakładać łyżką małe placuszki i smażyć je po obu stronach, aż będą zarumienione.

Polecam podawać w zestawie z sosem czosnkowym, tzatzikami lub ajwarem. Pyszności :)

SMACZNEGO!


środa, 11 lutego 2015

302. Pączki wiedeńskie, czyli gniazdka na Tłusty Czwartek

Kiedyś dawno dawno temu, w zamierzchłej przeszłości były na świecie cukiernie, które nie należały do wielkich korporacji czy sieciówek. Każda cukiernia należała do kogoś innego, w każdej przepisy stanowiły tajemnicę firmową i każda miała jakieś swoje wypieki perełki. Z takiej to właśnie cukierni zjadłam miliard lat temu pysznego pączka wiedeńskiego (niektórzy ponoć zwą je też hiszpańskimi pączkami), który wydał mi się istną ambrozją i pożywieniem bogów (pradawnych zresztą). Dziecięciem wtedy byłam, nazwy cukierni absolutnie nie zapamiętałam, wydaje mi się że to gdzieś na warszawskiej Saskiej Kępie było, ale smak cudownej oponki został w mojej głowie do dziś (zresztą oponka na biodrach też ze mną wciąż jest). 
Niestety i w tej opowiastce pojawia się zły smok skrzyżowany z wredną macochą. Ile razy kupowałam później oponki, tyle razy rozczarowałam się do granic możliwości. Bo takie nabyte gniazdko nie było wcale chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku, nie było słodziutkie, tylko zazwyczaj okazywało się rozmokłą paciają o aromacie starego smalcu. Posmak w ustach pozostawał potem taki, że trzeba było ratować się zagryzaniem główki czosnku. Istna rozpacz. A gdzie się nie obrócę to widzę nowo-powstające cukiernio-piekarnie, ale jest to w sumie kilka sieciówek, które już wypróbowałam i nie mam co w nich liczyć na jakieś zaskoczenia. 
Jednak jako łasuch ogromny, olewający mądre blogerki które są ponad wszelkie mody i trendy w kulinarnej blogosferze, zdopingowana zostałam zbliżającym się Tłustym Czwartkiem. No bo on się silnie zbliża, a ja wszak mogę sobie sama zrobić pączusie takie jak mam marzenie i może zbliżę się chociaż trochę do ideału z dzieciństwa. Jak żem postanowiła tak żem uczyniła i wiecie co....okazało się, że pączki wiedeńskie są zdecydowanie prostsze do zrobienia niż takie tradycyjne z marmoladą (te w tym roku zostawię do robienia mamie Krysi bo ciężarnej przecież nikt nie zagoni do zagniatania ciasta drożdżowego). A robiąc je samodzielnie w domu i jedząc jeszcze gorące mam takie pączki o jakich marzę i śnię po nocach....i wcale nie śmierdzą starym tłuszczem. Pyszności :)

PĄCZKI WIEDEŃSKIE, GNIAZDKA:
-100g masła
-1 szklanka wody
-1 szklanka mąki pszennej
-3 jajka
-łyżka esencji waniliowej lub spirytusu
-ok. 0,5-0,7l oleju do smażenia lub kostka smalcu

+lukier (2 łyżki cukru pudru zmieszane z odrobiną soku z cytryny) lub cukier puder na wierzch

1.Przygotować ciasto parzone. Masło z wodą zagotować. Wsypać mąkę i energicznie ucierać do momentu, aż ciasto będzie zbite i będzie odchodzić od ścianek garnka. Odstawić ciasto do wystygnięcia. Kiedy już całkiem wystygnie dodawać po jednym jajku i ucierać na gładką masę, na koniec wmieszać esencję waniliową (lub spirytus).

2. W głębokiej patelni lub garnuszku rozgrzać tłuszcz (powinno się smażyć na smalcu ale jego zapach w ciąży mi silnie przeszkadza więc użyłam oleju-też wyszło dobrze). Gotowe ciasto przełożyć do wytrzymałego rękawa cukierniczego (polecam sylikonowe rękawy). Na papier do pieczenia wyciskać krążki ciasta o średnicy ok. 5cm, zachowując spore odstępy między nimi. Delikatnie pociąć papier do pieczenia tak, żeby każdy krążek był na osobnym papierku. 

3. Każdy krążek ciasta delikatnie wkładać do rozgrzanego tłuszczu, papierem do wierzchu. Po chwili delikatnie wyjąć papier, bardzo ładnie odchodzi od ciasta w tłuszczu. Smażyć pączki po kilka minut z każdej strony, aż się zarumienią. Po wyjęciu z tłuszczu przełożyć gniazdka na ręczniki kuchenne, żeby odsączyć trochę nadmiar tłuszczu. 

4. Każdą oponkę polukrować lub obficie posypać cukrem pudrem. Najlepsze są na ciepło, ale jak wystygną to również pyszności, że palce lizać :)

SMACZNEGO!


Znajdź jakąś różnicę pomiędzy tymi dwoma zdjęciami :)


poniedziałek, 9 lutego 2015

301. Bułeczki francuskie z syropem klonowym i orzechami

Czasem tak mam, że zjem coś gdzieś na mieście i potem staję na głowie, ale muszę odtworzyć przepis w domu.Czasem są to bardziej skomplikowane dania, czasem jakieś w miarę proste ciasteczka. Tym razem wzięło i mnie opętało na punkcie bułeczek z ciasta francuskiego z syropem klonowym i orzechami. W piekarni na parterze mojego bloku takie cuda robią i jak zjadłam jedno to przepadłam. Tak to ładnie i zachęcająco pachnie i tak fajnie smakuje, że o rety. Co prawda mogłabym sobie odpuścić męczenie się i robienie samodzielnie takich bułeczek, ale ominęłabym mnie satysfakcja że też potrafię takie ładne zapachy wyprodukować no i mój budżet mógłby jednak tego nie zdzierżyć. Poza tym wychodzę z założenia, że robiąc samodzielnie takie smakołyki jednak nie roztyję się do końca i nie będę przypominała wieloryba, bo trochę kalorii się spali przy wytwarzaniu. 
Przepis na wnętrze jest zainspirowany jednym z przepisów znalezionych na stronie Moje Wypieki, ale oczywiście nie byłabym sobą gdybym paru rzeczy nie pozmieniała w nim :) 

Swoją drogą jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i nic się nie opóźni (ani nie przyspieszy), to właśnie dziś razem z Miśkosławem mamy naszą małą 100-dniówkę. Ciekawe czy jak już Niedźwiadek opuści swoje lokum w moim brzuchu i zrobi nam egzamin dojrzałości, to będę miała tyle samo chęci na kuchenne zabawy...źli ludzie mówią, że bardziej będę chciała spożytkować wolny czas na spanie :)

BUŁECZKI FRANCUSKIE Z SYROPEM KLONOWYM I ORZECHAMI:
-2 opakowania ciasta francuskiego lub porcja ciasta półfrancuskiego przygotowanego według tego przepisu

-100ml syropu klonowego
-2 żółtka
-2 łyżki miodu
-1/4 kostki masła
-2 łyżki śmietany 18%

-100g orzechów laskowych

+jedno rozmącone jajko i trochę cukru

1. Zacząć od przygotowywania nadzienia klonowego. Wszystkie jego składniki (oprócz orzechów) wrzucić/wlać do rondelka i postawić na małym ogniu. Mieszać całość, żeby nie zrobiły się grudki, a kiedy się zagotuje i kilka razy bardziej zabulgocze zdjąć z ognia i odstawić do wystygnięcia. Powinno zgęstnieć kiedy ostygnie.

2. Orzechy posiekać na w miarę drobne kawałki i uprażyć na suchej patelni.

3. Przygotować ciasto, czyli albo pozagniatać i powałkować pyszne ciasto własnej roboty, albo odwinąć z papierka gotowca. Ciasto nafaszerować kremem z syropu klonowego i orzechami i pozawijać według własnego uznania i umiejętności. Ja po prostu rozwałkowałam ciasto na duży prostokąt, rozsmarowałam równomiernie krem (zostawiając ok. 2cm wolnego ciasta wzdłuż jednego z dłuższych boków), potem obsypałam równo orzechami, a na koniec zwinęłam całość jak roladę. Całość skleił i utrzymał ten nie posmarowany kremem brzeg i trochę rozmąconego jajka. Taką roladę pocięłam na ok. 2cm plastry i każdy taki plasterek ułożyłam na przygotowanej blaszce. Następnie bułeczki zostały odstawione na 10-15 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (w tym czasie piekarnik rozgrzewał się do 190st). Po tym czasie, każda bułeczka z syropem klonowym została dokładnie posmarowana roztrzepanym jajkiem i posypana odrobiną cukru. Ciastka następnie należy wstawić do piekarnika na około 15-20 minut, aż się pięknie zarumienią.

Najsmaczniejsze są bułeczki z jeszcze gorącym nadzieniem z syropu klonowego, które idealnie komponują się z kawą lub kakao...tylko strasznie to nieekonomiczne jedzenie, bo znika w ekspresowym tempie.

SMACZNEGO!


piątek, 6 lutego 2015

W Siedlcach, w poszukiwaniu zimy i kuchni litewskiej

Na dalekie podróże aktualnie nie mogę sobie pozwolić, dlatego też w ostatnią niedzielę zebraliśmy się i pojechaliśmy na spacer do Siedlec, w końcu Polska jest niezwykła. Byłam tam już kilka razy, ale zawsze przy okazji imprez rodzinnych, więc nie było czasu na żadną turystykę. Tym razem plan był wybitnie turystyczny, Niedźwiadka trzeba było przewietrzyć, a potem dobrze nakarmić. 
Siedlce obsypane śniegiem i skąpane w słońcu prezentowały się uroczo. W zaśnieżonym Parku Miejskim, natknęliśmy się na łosia-dar od myśliwych z okręgu siedleckiego. Trochę przewrotne, ale łoś cieszy oko nad stawem. 
Tuż przy Parku jest pałac Ogińskich, którego niestety nie można zwiedzać, ponieważ mieści się w nim rektorat Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego. 
Katedra siedlcecka

Po spacerze po parku i uliczkach Siedlec poszliśmy do Ratusza, zwanego przez mieszkańców Jackiem. Wszystko za sprawą postaci na dachu (ponoć kiedyś w czasie burzy postać zaliczyła twarde lądowanie na ziemi). 
W ratuszu mieści się Muzeum Regionalne w Siedlcach. Muzeum otwarte jest we wszystkie dni oprócz sobót. W niedzielę wstęp jest bezpłatny (bilety w pozostałe dni kosztują 4zł normalny i 2zł ulgowy więc i tak wydatek duży to nie jest). W środku znajdziemy cały przekrój różności znalezionych w regionie. Są i znaleziska archeologiczne i sprzęty używane w gospodarstwach rolnych całkiem niedawno, wnętrza chałup chłopskich i szlacheckich. Jest też przegląd twórczości siedleckich artystów-nie powiem, różny poziom zachwytu u mnie wywołały :) 
Dodatkowo często zmieniane są ekspozycje czasowe, aktualnie jest wystawa związana z Bożym Narodzeniem i zabawami karnawałowymi (z tego co pamiętam będzie do 22 lutego).
Ratusz, zwany "Jackiem", siedziba Muzeum Regionalnego
"Jacek" z dachu ratusza wygląda mniej-więcej tak, tylko może twarz ma inną.

Po spacerze i ukulturalnianiu się w muzeum czas najwyższy był na jedzenie. Wybraliśmy restaurację Kochanówka, oferującą dania kuchni litewskiej. Z moich wyjazdów na Litwę i Ukrainę zapamiętałam przede wszystkim różne rodzaje pierogów, którymi się zajadałam. Tutaj się również mogliśmy je popróbować. Cała nasza trójka (a nawet czwórka wliczając Niedźwiadka) wyszła zachwycona i najedzona. 
Ceny nas nie zrujnują, obsługa jest bardzo pomocna przy wyborze dań, wnętrze przyjemne (chociaż toaleta tak w nim ukryta, że bez pytania o drogę się nie obejdzie jeśli przyciśnie potrzeba), a w tle sączy się delikatna muzyka...np. Sweet Noise :) 

Jednym słowem na krótki wypad na przyjemny spacer zimowy jak najbardziej polecam Siedlce. Zdaję sobie sprawę, że wielu ciekawych miejsc pewnie jeszcze nie odwiedziliśmy, ale przynajmniej będzie pretekst żeby wybrać się kolejny raz. I do Kochanówki też zajrzymy, bo nie wszystkie dania litewskie zostały wypróbowane (np. zostało nam jeszcze czenaki-litewska wersja bigosu).
Czekamy z Niedźwiadkiem na nasze jedzenie.
Zupa litewska, czyli barszcz z soczewicą i dużą ilością czosnku i majeranku
Pielmieni
Talerz litewski, czyli mnóstwo rozmaitości-czebureki, kibiny, placki Maryli (z kaszy gryczanej), kartacze...i dłonie postaci, która niecierpliwie kazała mi się pospieszyć z tymi zdjęciami.
Kwas chlebowy-jak mówi znawca prawdziwy i smakuje jak w Rosji