poniedziałek, 30 marca 2015

317. Mazurek z czekoladą , jałowcem i rozmarynem

Jeśli ktoś bardziej jest zaprzyjaźniony z kalendarzem niż ja to pewnie zauważył, że za chwilę będą święta Wielkanocne. Ja niestety żyję w innej rzeczywistości i jak mawia Miś "ciężarna czasu nie liczy". Więc tak jakoś przypadkiem zostałam uświadomiona, że to już zaraz powinnam się ogarnąć i zacząć coś myśleć nad mazurkami. Bo mazurki na święta to moja działka. Co roku mam za zadanie wymyślić jakieś ciekawe nadzienie i jakoś je tak sensownie i tematycznie udekorować. 
W tym roku więc mazurki będą z czekoladą i jałowcem. Przyznaję bez bicia, że to połączenie podpatrzone jest z programu Top Chef. W którejś z poprzednich edycji była konkurencja, w której powstało takie fajne coś. Co prawda tamten mazurek to był jakiś płatek kruchego ciasta, maźnięcie po talerzu czekoladą i jeszcze jałowiec pewnie prażony czy coś. Ponieważ ja to aż tak wykozaczona nie jestem to zrobiłam wersję taką bardziej dla ludzi i po swojemu i jeszcze rozmarynu dodałam. 
Degustacje przedświąteczne wypadły pomyślnie. Mazurek z czekoladą, jałowcem i rozmarynem wejdzie na stałe do mojego świątecznego repertuaru.

MAZUREK Z CZEKOLADĄ I JAŁOWCEM:
 (podane proporcje są przewidziane na 2 mazurki wielkości ok. 20x25cm)
CIASTO:
-300g mąki pszennej
-2 żółtka
-100g cukru
-125g masła
-trochę śmietany
-1 łyżeczka proszku do pieczenia
 
NADZIENIE CZEKOLADOWE:
-200g gorzkiej czekolady
-1,5 szklanki śmietanki 30%
-kilka/kilkanaście ziarenek jałowca
-trochę igiełek rozmarynu
-szczypta soli
-chlust esencji waniliowej
-łyżeczka lub 2 miodu (zależnie jak bardzo słodkie wypieki lubimy)
 
1. Z podanych składników zagnieść kruche ciasto-nie powinno się za bardzo lepić do rąk. Schłodzić przez pół godziny w lodówce. Ciasto podzielić na dwie równe części, każdą po kolei rozwałkować na ok. 0,5cm placek i piec w przygotowanej blaszce przez ok.25 minut (aż do lekkiego zarumienienia) w temperaturze 170st. Każdy ze spodów powinien mieć uformowane lekko wystające brzegi, żeby nadzienie się nie wylało. Po upieczeniu odstawić kruche spody do ostygnięcia.

2. Czekoladę połamać na małe kawałki i rozpuścić ją w kąpieli wodnej razem z miodem. W międzyczasie w moździerzu rozetrzeć na drobno sól, jałowiec i rozmaryn. 

3. Schłodzoną śmietankę ubić na sztywno. Dolać do niej rozpuszczoną czekoladę i przyprawy oraz esencję waniliową. Całość dokładnie wymieszać. Gotową masę czekoladową podzielić na dwie równe części i wylać na upieczone spody. Udekorować według własnego uznania i talentu i wstawić do lodówki na co najmniej kilka godzin.

*można również przed wylaniem warstwy czekoladowej przesmarować kruche spody konfiturą wiśniową albo malinową (generalnie jakąś taką lekko kwaśniejszą) i dopiero potem potraktować całość czekoladą....efekt też jest świetny :)

SMACZNEGO!
 

piątek, 27 marca 2015

Kurs różany w Akademii Tortownia, czyli zabawa w cudotwórcę

Wczoraj po raz kolejny zawitałam w progi gościnnej Akademii Tortownia. Jesienią byłam tam już na warsztatach tworzenia zwierzątek z masy cukrowej, tym razem padło na kwiaty. Akademia oferuje całą gamę kwiatowych szkoleń (róże, storczyki, lilie, kwiaty wiosenne, kwiaty polne i w ogóle kwiaty jakie sobie wymyślicie), do tego dochodzą jeszcze szkolenia nie dekoratorskie, czyli np. z pieczenia bez (na te muszę się wybrać koniecznie), biszkoptów, mazurków, tortów wszelakich. No po prostu chciałoby się tam wejść i nie wychodzić póki wszystkich szkoleń się nie zaliczy.Jedyny szkopuł, że te szkolenia do najtańszych nie należą, ale i na to można znaleźć sposób*. 

Co do samego szkolenia różanego, to wybrałam je ze względu na to, że róże wszyscy kochają i zawsze można różę na tort gdzieś wcisnąć. Ponadto mam w najbliższej przyszłości zrobić tort z dużą ilością róż dla florystki, więc raczej muszą być dopracowane, a nie żadne tam pitu-pitu. Najważniejszą zaś kwestią było to, że na kursie przedstawiono 5 różnych technik robienia róż, od najprostszych po te najbardziej skomplikowane i czasochłonne, które później można wykorzystać też przy innych kwiatach.Dodatkowo pracowaliśmy na różnych rodzajach masy cukrowej więc mogliśmy poznać, która do czego nada się najbardziej.

Kurs, tak jak i poprzednim razem, poprowadził pan Tadeusz Branecki. O mamusiu, jaki on jest cudowny. Wszystko co robi, robi tak cudnie i się to wydaje takie proste. Proste jednak nie jest, ale pan Tadeusz jakby co to każdemu z osobna tłumaczy, pokazuje i pomaga, tak żeby nawet największy oszołom załapał o co chodzi. Do tego ma wspaniałe poczucie humoru i wprowadza bardzo przyjemną atmosferę w czasie ćwiczeń. Nawet przy moich aktualnych trudnościach z siedzeniem długo w jednym miejscu nie zauważyłam upływu czasu i tego, że założonych 5 godzin szkolenia zrobiło się ich ponad 6. 
Przyznaję bez bicia, że poprzednim razem byłam chyba przytłumiona lekko dolegliwościami z I trymestru ciąży i nie doceniłam tak wspaniałego nauczyciela. Tym razem bezczelnie wypytywałam o wszystko i nawet w czasie przerwy męczyłam o zdradzenie różnych technik posługiwania się masą. Zdecydowanie były to dobrze zainwestowane pieniądze i dobrze spożytkowany czas.

*co do tego jak można nieco zaoszczędzić to każde kolejne szkolenie w Tortowni jest objęte 10% rabatem. Ponadto warto na bieżąco śledzić fanpage Tortowni lub zapisać się do newsletter'a ponieważ można ustrzelić jakiś dodatkowy rabacik-np. na Dzień Kobiet wszystkie kwiatowe szkolenia miały obniżoną cenę o kolejne 8%. A rabaty się łączą ze sobą i w sumie dają kwotę już nie tak bolesną dla budżetu domowego :)
 A poniżej kolejne etapy powstawania róży konkursowej, najtrudniejszej, najbardziej pracochłonnej, ale też wywołującej największe okrzyki zachwytu.

Kolejny dyplom do zawieszenia na ścianie i cieszenia oka, jaka ja zdolna jestem.
 A tutaj gratka....nasz nauczyciel Pan Tadeusz i moja (aktualnie bardzo) skromna gabarytowo osoba.

środa, 25 marca 2015

316. Kotlet schabowy po lubelsku i pieczone ziemniaki z rozmarynem

Dziś będzie swojsko, bardzo swojsko. Dziś na blogu rządzić będzie schaboszczak, czyli poczciwy kotlet schabowy. Tyle tylko, że zrobiłam go w trochę innej niż normalnie wersji. 
Jak już kiedyś napisałam, razem z Miśkosławem jesteśmy zadeklarowanymi mięsożercami, więc kotlety wszelakie lubimy bardzo. Takie zwykłe i tradycyjne to chętnie pałaszujemy na obiedzie u jednej albo drugiej mamy, w naszej kuchni tradycyjnych brak (bo to ja gotuję a ja tak trochę na bakier z tradycją jestem). Jak już gdzieś wyczytałam, że na Lubelszczyźnie każda restauracja oferuje kotlety schabowe po lubelsku to się najpierw trochę zdziwiłam, że pierwsze słyszę, a potem zaczęłam dociekać co to za dziwy. Okazał się być to kotlecior z jajem sadzonym na wierzchu, ewentualnie otoczonym w omlecie. Opcja z jajem sadzonym bardziej nam przypadła do gustu, chociaż łatwo nie było. Zanim udało mi się ułożyć jajo tak jak trzeba, rozwaliłam 2 albo 3. Białko powinno być przyjemnie ścięte, a żółtko płynne tak gdy przetniemy je przyjemnie rozleje się po schaboszczaku. A jako dodatek pyszne pieczone ziemniaczki z rozmarynem i tymiankiem....czegóż chcieć więcej.
Na świąteczny obiad też się taki zestaw nadaje idealnie. 

KOTLET SCHABOWY PO LUBELSKU:
 (opisu przygotowania kotletów schabowych nie będę tu zamieszczać, bo zakładam że każdy wyssał taką wiedzę z mlekiem matki-wiecie...sklepać kotleta, obtoczyć w roztrzepanym jajku, bułce tartej, usmażyć na maśle i już)
-kotlet schabowy
-jajko

W naczyniu żaroodpornym ułożyć taką ilość kotletów ile nam potrzeba. Na każdy kotlet delikatnie wbić jajko, uważać żeby się nie ześlizgnęło i żeby nie uszkodzić żółtka. Naczynie z kotletami włożyć do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 5-10 minut, aż białko się zetnie. Po tym czasie podawać od razu.

PIECZONE ZIEMNIAKI Z ROZMARYNEM
-ziemniaki
-kilka gałązek świeżego rozmarynu i tymianku
-trochę oliwy
-sól, pieprz, płatki suszonego chilli
-2 ząbki czosnku

Ziemniaki obrać i pokroić i ćwiartki lub mniejsze cząstki jeśli są duże. Ziemniaki zagotować w lekko osolonej wodzie-można pominąć ten etap i przejść do pieczenia ale wtedy będzie to trwało zdecydowanie dłużej. Po zagotowaniu odcedzić kartofelki. Skropić je oliwą, posypać ziołami i przyprawami oraz startymi ząbkami czosnku i dokładnie wymieszać tak żeby każdy z ziemniaków był pełen aromatu. Przełożyć je do naczynia żaroodpornego i włożyć do piekarnika rozgrzanego do 180st na około 20 minut.


W tym zestawie polecam najpierw przygotować ziemniaki, bo ich pieczenie zajmuje dłużej. W międzyczasie można usmażyć kotlety. Na koniec pieczenia ziemniaków wstawić schabowe z jajem do piekarnika. W ten sposób w miarę w jednym momencie mamy wszystkie elementy obiadu.


SMACZNEGO!

wtorek, 24 marca 2015

315. Oummok Houria, czyli arabska sałatka z marchewki i kaparów

Marchewka jest zdrowa. Matka Polka ciężarowa się powinna zdrowo odżywiać. Znaczy się marchewkę wcinać równo i dokładnie. Tylko, że cały szkopuł polega na tym, że sama w sobie marchewka to mi tak nie do końca pasuje. Surówki z tartej marchewki nie trawię w ogóle, a taką np. marchewkę z groszkiem to ja i owszem zjem, ale jak to mówią "szału nie ma, dupy nie urywa".
Na szczęście aktualnie mam dużo wolnego czasu. Nawet bardzo dużo. Część z tego czasu przebywam w pozycji horyzontalnej (czyt. leżę z bebzolem do góry), bo przecież muszę się oszczędzać i odpoczywać, więc nie robię tego dla przyjemności tylko z obowiązku. Dzięki temu nie dość, że nadrobiłam zaległości w lekturach to jeszcze mam czas pooglądać ciekawe (albo i mniej ciekawe) programy w telewizorni. Natknęłam się więc kiedyś na program Makłowicza. Lubię go bardzo i oglądać i czytać. Gawędziarz z niego niesamowity, a dodatkowo od czasu do czasu trafi się przepis, który chcę wypróbować. Tym razem był odcinek chyba z Tunezji (albo jakiegoś podobnego fragmentu świata) i była przygotowywana marchewka z kaparami i całą masą przypraw. Wydało mi się to być całkiem przyjemne dla podniebienia. Zrobiłam, wyrwałam Miśkowi trochę i stwierdzam, że dobra ta marchewka bardzo. Miśkosław też uznał, że całość spoko wyszła i mogę takie cuda-wianki robić częściej. 

OUMMUK HOURIA, ARABSKA MARCHEWKA Z KAPARAMI
-5-6 dużych marchewek
-3-4 ząbki czosnku
-sok z połówki cytryny
-garść kaparów
-łyżeczka kminu rzymskiego, mielonych nasion kolendry, wędzonej papryki i pasty harrisa
-trochę soli
-oliwa

1. Marchewkę pokroić w pół-plasterki. Na patelni o wysokich brzegach wsypać całą marchew i zalać ok. 0,5l wody. Całość postawić na ogniu i gotować kilka (5-8) minut, aż marchewki delikatnie zmiękną. Odlać większość wody z gotowania, zostawić tylko niecałą szklankę. Marchewkę na razie przerzucić na durszlak żeby trochę obeschła.

2. Na tej samej patelni rozgrzać sporą ilość oliwy i wrzucić na nią drobno posiekany czosnek. Po chwili dodać do niego marchewkę i przyprawy. Całość zamieszać dokładnie, tak żeby każdy kawałek marchewki był obtoczony w przyprawach. Dolać wodę z gotowania i trzymać całość na małym ogniu aż woda całkiem wyparuje, a marchewka zmięknie do reszty. Na koniec polać marchewkę sokiem z cytryny i posypać posiekanymi kaparami.

SMACZNEGO!

niedziela, 22 marca 2015

Tort z koparką i policyjne ciastka z radiowozem dla Leonka

W pierwszy dzień wiosny zamiast topić marzannę, albo oddawać się innym uciechom na świeżym powietrzu, tworzyłam w mojej (nowej, dużej i cudownej) kuchni koparkę i radiowozy policyjne. Wszystko dla małego Leonka na jego 2-gie urodziny. Wcześniej już kilka razy robiłam torty na imprezy tego właśnie młodzieńca, np. na jego chrzciny był tort z aniołkiem, a na poprzednie urodziny tort z lwem i lwie ciastka. Znaczy się chyba podobają i smakują :)

A robotyczne ramię i łyżki koparki pomagał mi robić Miśkosław. Jednak mężczyzna też się czasem w kuchni przydaje, bo pomimo mojego tytułu inżyniera miałam z tymi elementami problemy.


Dodatkowo każdy z chłopców, którzy w tym dniu odwiedzili Leonka, dostał ciastko z radiowozem i swoim imieniem jako drobny prezent. Radiowóz jak widać to Polonez Caro :) niech się młodzież uczy, że kiedyś to był super sprzęt.

piątek, 20 marca 2015

314. Gryczane ciasto bananowe z czekoladą

Jako, że rewolucje życiowe lubią chodzić parami, to tuż przed pojawieniem się Niedźwiadka żeśmy się z Miśkosławem przeprowadzili. Niby metraż mamy spory, szaf i szafek dużo, a teoretycznie gratów nie posiadamy dużo (nie licząc moich gadżetów kuchennych i książek które stanowią połowę wszystkich pudeł), ale rozpakowywanie się ciągnie się i ciągnie i ciągle czegoś nie mogę znaleźć. A jeść przecież coś trzeba. Dlatego też powstało ciasto gryczane z bananami i czekoladą. Gryczane dlatego, że mąki pszennej jeszcze się nie dorobiłam, a gryczana przyjechała z nami. Bananów od kiedy jestem w ciąży mam stały zapas, a czekolada być musi zawsze. Żadnych mikserów, blenderów ani innych cudów nie trzeba do jego zrobienia. Zresztą takich cudów to ja jeszcze nie mogę zlokalizować pośród miliarda pudeł. Zapewne dodałabym jeszcze do ciasta cynamon gdybym go znalazła, ale i bez niego wyszło dobre ciacho. 
Do tego ciacho wpisuje w najnowszy super-trend bezglutenowych wypieków. Więc jak ktoś czuje taką potrzebę życiową to zapraszam do korzystania z przepisu :)

GRYCZANE CIASTO BANANOWE Z CZEKOLADĄ:
-2 duże dojrzałe banany
-szklanka mąki gryczanej
-pół szklanki cukru
-pół kostki masła
-3 jajka
-trochę esencji waniliowej
-pół tabliczki gorzkiej czekolady
-łyżeczka proszku do pieczenia

To ciasto jest banalnie proste do zrobienia. Masło rozpuścić w rondelku razem z cukrem. Czekoladę posiekać na drobne kawałeczki. Banany obrać i podziabać widelcem na miazgę (jak ktoś ma blender pod ręką może użyć blendera). Mąkę przesiać razem z proszkiem do pieczenia, dodać do niej jajka i wymieszać całość. Następnie dodać roztopione masło, banany, czekoladę i trochę esencji waniliowej (jak ktoś ma rum pod ręką to może dodać trochę rumu). Wszystko dokładnie wymieszać i wylać na przygotowaną blaszkę (ja używałam tortownicy o średnicy 24cm). Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st na około 35-45 minut-do momentu aż patyczek wetknięty w środek będzie suchy.

*zamiast mąki gryczanej spokojnie można użyć mąki pszennej, ciasto się uda tylko nie będzie miało takiego charakterystycznego gryczanego smaku.

SMACZNEGO!

środa, 18 marca 2015

313. Fit koktajl na śniadanie ciężarnej, z bananami i płatkami owsianymi


Moja ciężarówkowa waga nabrała niebezpiecznego przyspieszenia. To już nie są łagodne przesunięcia wskazówki na wadze, to jakieś szaleństwo, które wpędza mnie w lekką depresję. Co prawda zdaję sobie sprawę, że główny sprawca całego zamieszania, czyli Niedźwiadek jest dużym dzieckiem. Każde kolejne USG potwierdza tylko, że nie należy kupować ubranek na najmniejszy rozmiar z polecanych, bo się mogą w ogóle nie przydać. Jednym słowem wiem, że jak przyjdzie już godzina W, to za jednym zamachem stracę ładnych parę kilo. Jednak mam obawy czy nie zostanie mi jakiś za duży nadprogramowy balast. Dlatego pomiędzy zachciankami na słodkości i szaleństwa kulinarne w mojej kuchni rozgościły się też dania sycące (to podstawa przy takim głodnym Niedźwiadku), które jednak trochę przyspieszają przemianę materii. Przy okazji nie kryją w sobie pierdyliarda wrednych kalorii. Z połączenia tych wszystkich cech powstał koktajl może lekko paskudny w wyglądzie, ale mimo wszystko smaczny, z bananów i płatków owsianych, z delikatnym dodatkiem czekolady na osłodę.

KOKTAJL Z BANANAMI I PŁATKAMI OWSIANYMI
-2-3 dojrzałe banany
-szklanka mleka
-2-3 łyżki płatków owsianych lub otrębów owsianych
-duża szczypta cynamonu
-ewentualnie trochę rozpuszczonej gorzkiej czekolady do smaku i dekoracji

Wszystkie składniki koktajlu (poza czekoladą) zmiksować na gładką masę. Przelać do szklanek (proporcje przewidziane są na dwie porcje) i udekorować lekko czekoladą.
Przed miksowaniem banany można zamrozić. Najpierw je obrać i pokroić a potem wrzucić do zamrażalnika na parę godzin lub najlepiej całą noc. Wtedy koktajl od razu będzie bardzo przyjemnie zimny.

SMACZNEGO!


poniedziałek, 16 marca 2015

312. Babka drożdżowa z syropem klonowym i migdałami na Wielkanoc

W ferworze walki pomiędzy przeprowadzką do nowego apartamentu, a kolejnymi USG i innymi badaniami potwierdzającymi że u Niedźwiadka wszystko gra, zostałam uświadomiona o zbliżających się świętach Wielkanocnych. W sumie to już całkiem niedługo, a ja póki co w lesie jestem jeśli chodzi o wymyślanie jakiś pysznych ciekawostek świątecznych. Biorąc pod uwagę ile pudeł kryje moje gadżety kuchenne to nawet nie wiem czy do świąt zdążę się do końca rozpakować.
W tak zwanym międzyczasie jednak upiekłam całkiem fajne drożdżowe ciasto. W środku zawinęłam syrop klonowy i migdały i trochę cynamonu, a na wierzchu maznęłam odrobiną gorzkiej czekolady. Ponieważ forma do babki sama mi się napatoczyła, to ciasto ma formę babki. Czyli jednym słowem na święta się nadaje. A jak ktoś nie piecze bab na Wielkanoc to może zrobić ot tak po prostu. Dobre jest bardzo, tylko kalorii to ma chyba miliard. Ale kawałeczek do porannej kawki można zjeść, w końcu i tak w ciągu dnia trzeba mieć zapas energii.

BABKA DROŻDŻOWA Z SYROPEM KLONOWYM I MIGDAŁAMI:
CIASTO DROŻDŻOWE:
-30g świeżych drożdży
-3/4 szklanki ciepłego mleka
-pół kostki masła
-duża szczypta soli
-niepełne 4 szklanki mąki
-3 łyżki cukru
-1 jajko

NADZIENIE Z SYROPU KLONOWEGO:
-3/4 szklanki syropu klonowego
-garść lub dwie słupków lub płatków z migdałów
-2 łyżeczki cynamonu
-2 łyżki cukru

POLEWA CZEKOLADOWA:
-50g gorzkiej czekolady
-łyżka masła


1.W rondelku podgrzewać mleko i masło, aż do momentu gdy masło się rozpuści. Zestawić go z ognia i poczekać aż całość przestygnie (będzie ciepła, ale nie gorąca). Dodać wtedy szczyptę cukru i pokruszone drożdże. Odstawić zaczyn w ciepłe miejsce. 
2. W dużej misce wymieszać mąkę, sól i cukier. Dolać do nich mleczno-drożdżową mieszankę i jajko. Całość wyrabiać energicznie przed dłuższą chwilę, aż ciasto będzie elastyczne i nie za bardzo klejące się do rąk (można dodać mąkę, albo śmietanę jeśli będzie za bardzo klejące lub za suche). Gotowe ciasto przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na około godzinę, aż podwoi swoją objętość.
3. Gdy ciasto podrośnie rozwałkować je na mniej-więcej prostokąt (ok.20x40cm). W miseczce wymieszać ze sobą wszystkie składniki nadzienia, oprócz migdałów. Posmarować nadzieniem ciasto, zostawiając wzdłuż jednego z dłuższych boków wolny od nadzienia ok.2cm pasek. Równomiernie rozsypać po cieście migdały. Całość zwinąć w roladę (najłatwiej wolny pasek ciasta lekko zwilżyć wodą i on ma "zamykać" rulon). Tak przygotowaną roladę przełożyć do foremki do babki lub jeśli takowej nie posiadamy można uformować wieniec drożdżowy. Odstawić jeszcze na chwilę (10-15 minut), żeby trochę ciasto podrosło. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st na około 15-20 minut, aż się zarumieni. Wyjąć i poczekać aż ostygnie.
4. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej z masłem. Wymieszać na gładką masę i rozprowadzić w miarę równomiernie po ostudzonej drożdżowej babce. 
SMACZNEGO!


czwartek, 12 marca 2015

311. Zapiekana ciabatta z serem pleśniowym i rukolą dla ciężarnej

Nie jestem aż tak bardzo wyrodną matką. Gdy tylko zaczęłam podejrzewać jakieś rewolucyjne zmiany w moim ciele, to szybko sprawdziłam jakie są dla mnie produkty zakazane do spożycia. Coś tam mi się kołatało po umyśle. W końcu nawet nie będąc do końca zainteresowanym, na temat produktów zakazanych ciężarnym prawie każdy ma coś do powiedzenia. Alkohol i papierosy to dosyć oczywista oczywistość, ale co więcej. Na pewno zakazana jest wszelka surowizna w stylu tatar, carpaccio albo sashimi (nie wymieniam tutaj sushi bo sushi to przede wszystkim kwaszony ryż-a dodatki mogą być przeróżne nie tylko z surowej ryby). Również surowe jajka są niewskazane przez te kilka miesięcy. Ponadto ciężarna nie powinna jeść wątróbki-bo tutaj czyha na nas nadmiar witaminy A. Wszelkie słodzone napoje gazowane, ale umówmy się, że one tak po prostu nie są zdrowe i wskazane więc to nic odkrywczego.
Wszystko to dla mnie jest do przeżycia (chociaż raz mi tak ładnie się tatar zaprezentował przed nosem że było ciężko). Najboleśniejsza dla mnie była jednak informacja, że nie mogę jeść serów pleśniowych. Dlatego że są produkowane z mleka niepasteryzowanego i mogą występować groźne dla płodu bakterie. No ale jakże to tak. Można powiedzieć, że Niedźwiadek został powołany do życia między jednym a drugim kęsem serem śmierdziucha. Matka jego oszalała na punkcie serów podczas wyprawy w Alpy (o tutaj możecie sobie o tym poczytać), a teraz ma się tych serów wyrzec. No masakra jakaś po prostu. Wzdychałam więc do tych pleśniaczków delikatnych jak brie czy camembert, a na widok śmierdziuchów jak St. Agur albo gorgonzola to mi się już słabo robiło. Aż się wczytałam i popytałam mądre postacie różne i się dowiedziałam, że można nieco oszukać system. Jak się upiecze taki serek albo w jakiś inny sposób podgrzeje to już będzie dobrze. To już się unicestwi te paskudne bakterie, które tylko niecnie czyhają na mojego Niedźwiadka. Więc taka zapiekana ciabatta z serem pleśniowym już będzie dla nas bezpieczna.
Tak więc moi mili dziś daję wam nie tyle przepis ile pomysł. Bo matka polka ciężarowa też ma prawo do zjedzenia sera pleśniowego, tylko musi trochę przy tym pokombinować.

ZAPIEKANA CIABATTA Z SEREM PLEŚNIOWYM I RUKOLĄ:
-ciabatta
-ulubiony ser pleśniowy (polecam St. Agur albo gorgonzolę albo nasz Lazur)
-garść pomidorków koktailowych
-kilka listków rukoli
-świeżo zmielony pieprz

Ciabattę pokroić na mniejsze kawałki. Ułożyć na każdy po kilka połówek pomidorków. Na wierzch pokruszyć nieco sera pleśniowego i posypać zmielonym pieprzem. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 5-10 minut, aż ser się roztopi. Wyjąć z piekarnika i na każdej grzance położyć po kilka listków rukoli. Jeść od razu póki są gorące i chrupiące. 

SMACZNEGO :)

środa, 11 marca 2015

Bardzo subiektywna lista najlepszych filmów o jedzeniu

Źródło:http://wnas.pl/artykuly/835-premiera-dvd-hardcorowy-mis-ted-wymyka-sie-wszelkim-normom

Tak się miło złożyło, że mój luby Miśkosław i ja lubimy filmy wszelakie. U mnie zaczęła się taka sympatia od pracy w kinie i oglądania w dużej ilości filmowych nowości oraz czytaniu namiętnie recenzji (hasłem przewodnim w mojej pracy było "żyjemy filmami"). Miśko za to po prostu tak ma, że woli dobry film od książki. 
O naszym lekkim zboczeniu na tym punkcie może świadczyć fakt, że na etapie przeprowadzki do nowego mieszkania, najpierw zaczęliśmy rozmawiać o konieczności zakupu projektora i urządzeniu własnego kina, a dopiero potem o czymś tak prozaicznym i błahym jak nasze łóżko :) Bo do zwykłego kina chodzimy jak na mój gust zdecydowanie za rzadko, a do własnego salonu łatwiej nam będzie dotrzeć.
Ponieważ to blog (przeważnie) kulinarny to na pierwszy ogień pójdzie lista moich ulubionych filmów kulinarnych. Ja wiem, że jest mnóstwo innych, że te nie są do końca klasycznymi wyborami, że może nie wszystkich zachwyciły, ale...mi się podobały. I to nawet bardzo się podobały.


5. KUCHARZE HISTORII-Péter Kerekes
Źródło: http://www.filmweb.pl/film/Kucharze+historii-2009-510116
Film o największych konfliktach XX wieku opowiedziany...od strony kuchni, przez kucharzy wojskowych. Takich historii raczej nie można spotkać w podręcznikach, a szkoda. Jak mówi  jedna z bohaterek filmu: Dobrze najedzeni żołnierze wysadzają innych w powietrze o wiele lepiej niż zwykle. Najciekawszym fragmentem dla mnie był opis konfliktu na Bałkanach, przy wojnie francusko-algierskiej zrobiło mi się trochę słabo.
Być może mam słabość do tego filmu, bo na przekór reszcie rodziny nie pasjonuję się historią. Sam pomysł na film na tyle mnie zaciekawił, że coś tam jednak dodatkowo poczytałam, więc poza ciekawostkami kulinarnymi to jeszcze ma walory historyczne.




 

4. NIEBO W GĘBIE-Christian Vincent
źródło:http://www.filmweb.pl/film/Niebo+w+g%C4%99bie-2012-654388
Prawdziwa historia Hortense Laborie, mistrzyni kuchni, która zostaje osobistą kucharką prezydenta. Opowiadana w momencie kiedy Hortense jest już kucharką w stacji arktycznej i gotuje dla zgrai mężczyzn.
Sympatyczny film. Ciśnie mi się na usta określenie elegancki. Bo główna bohaterka jest taka właśnie elegancka i na wskroś francuska. Wyśmienicie gotuje, wygląda nienagannie, ma poczucie humoru i usiłuje nie dać się wciągnąć w intrygi pałacowe. Idealna pozycja na spokojny wieczór, najlepiej z czymś dobrym pod ręką, bo można zgłodnieć.









3. SWEENEY TODD-DEMONICZNY GOLIBRODA Z FLEET STREET-Tim Burton
źródło:http://www.filmweb.pl/Sweeney.Todd
Tym razem lepiej nie mieć jedzenia pod ręką, bo może człowieka zemdlić. Specyficzne kino, specyficznego reżysera z jakże specyficznym Johnym D. w roli głównej. Jedzenie odgrywa tu rolę ogromną, chociaż nieco makabryczną. Paszteciki i placki mięsne pieką się tu w dużych ilościach, Johny jest mroczny i pięknie śpiewa, bo zasadniczo to jest musical.
Zdecydowanie nie jest to pozycja cukierkowo-landrynkowa gdzie ptaszki śpiewają. Krew leje się strumieniami, ale mimo wszystko warto zobaczyć.












2. SZEF-Jon Favreau

źródło:http://www.filmweb.pl/film/Szef-2014-600964
Odkrycie ostatnich wakacji. Zdecydowanie jestem mięsożercą, bo widząc na ekranie grill, na którym piekły się różne mięsiwa, ślina ciekła mi po brodzie. Do tego kubańskie rytmy (zapewnione w filmie przez teścia głównego bohatera), przy których nóżka sama radośnie tupała. Japa cieszyła mi się przez cały czas trwania filmu, gorzej że po jego obejrzeniu biegłam do domu, żeby jak najszybciej zatopić zęby w wielkiej kanapce z kotletem. Zdecydowanie nie polecam oglądać na głodno. I jeszcze jedno...o ile nigdy mnie nie ciągnęło w kierunku zwiedzania Stanów, tak po obejrzeniu tego filmu nabrałam ochoty na taką eskapadę. Oczywiście głownie miałaby polegać na jedzeniu. Bardzo pozytywny pomysł na wieczór.








1. RATATUJ-Brad Bird
Źródło:http://www.filmweb.pl/Ratatuj
 Mój numer jeden dowodzi, że chyba jeszcze do końca nie dorosłam. Szczur Remigiusz urzekł mnie bezapelacyjnie. Jest uroczy i gotuje tak jak ja sama bym chciała. Do tego głosi mądrości życiowe, np. "trochę szacunku, to jest jesiotr!". W tle słychać nastrojową muzykę, a ja wzdycham do odwiedzin Paryża i zjedzenia czegoś dobrego, może mi nawet szczur gotować. Zdecydowanie polecam i dla małych i dla dużych kinomanów.












SMACZNEGO OGLĄDANIA MISIAKI :)

poniedziałek, 9 marca 2015

310. Zapiekana kasza pęczak z owocami i twarogiem na zdrowe śniadanie

Jakoś tak mam, że słodkie śniadania u mnie się pojawiają dosyć często...ewentualnie słodkie drugie śniadania. Często coś tam zapiekam, najczęściej z owocami. Czasem to kasza manna mi się w piekarniku ustawi, czasem owsianka, czasem po prostu jabłka przysypane płatkami owsianymi. Wszystko to można potraktować jako deser odchudzony (w końcu sezon wakacyjno-kostiumowy już niedługo zaraz zacznie się szał odchudzania), można potraktować jako pożywne śniadanie. Dlatego że zazwyczaj te słodkie zapiekanki są nie tylko zdrowe, ale też sycące bardzo. Dla osoby, której od kilku miesięcy prawie nie opuszcza uczucie głodu to ważne. Ważne też jest, żeby "żołądeczek dobrze pracował", bo Niedźwiadek w brzuchu się tak rozpycha że łatwo z tą dobrą pracą układu trawiennego wcale nie jest. Właśnie dlatego ostatnio chyba właśnie kasze lądują najczęściej u mnie na talerzu. Lubiłam je i wcześniej, ale teraz to już istny szał-ciał. Kaszę pęczak do tej pory traktowałam jako dodatek do wytrawnych dań lub sałatek. Tym razem powstała kasza pęczak zapiekana z owocami (głównie z truskawkami) i twarogiem. I zdrowe to i dobre i sycące i w ogóle takie odpowiednie dla matki polki ciężarowej.

ZAPIEKANA KASZA PĘCZAK Z OWOCAMI I TWAROGIEM:
(proporcje przewidziane są na 4 całkiem spore kokilki albo jedno niewielkie naczynie do zapiekania)
-pół szklanki kaszy pęczak
-opakowanie białego sera półtłustego (ok. 200g)
-2 jajka
-ok. pół szklanki jogurtu naturalnego
-garść ulubionych owoców (u nas to były truskawki i jeżyny-póki co mrożone ale czekam na sezon)
-2-3 łyżki miodu
-duża szczypta cynamonu, mała szczypta soli

1. Kaszę pęczak ugotować na sypko z odrobiną soli i dużą ilością cynamonu. Ten etap można wykonać wieczorem, żeby zaoszczędzić czas rano.

2. Twaróg rozdrobnić widelcem i wymieszać go z miodem i kaszą. Dodać owoce i delikatnie całość wymieszać. Jajka roztrzepać i wymieszać je z jogurtem. 

3. Mieszankę z kaszy i owoców przełożyć do kokilek albo naczynia do zapiekania. Całość zalać jajkiem z jogurtem. Kokilki wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około pół godziny, aż wierzch się zetnie i lekko zarumieni. Najlepsze jest podane na gorąco, ale jeśli coś zostanie można później lekko podgrzać w piekarniku i zjeść na deser po obiedzie.

SMACZNEGO!

piątek, 6 marca 2015

309. Bociany, pierogi z ziemniakami z Lubelszczyzny


Wiosna coraz bliżej (na szczęście-wiecie jak trudno założyć buty zimowe jak ma się wielki brzuch), więc i bociany się pojawiły. Bociany to nic innego tylko pierogi z farszem ze startych i podsmażonych z cebulką ziemniaków, danie regionalne z Lubelszczyzny. Danie proste, nieskomplikowane, sycące, do przygotowania z produktów dostępnych bez trudu na przednówku. Dodatkową i niewątpliwą zaletą tego dania jest wywołanie u taty Lesia rozrzewnienia i tęsknego pomruku pod wąsem "moja mamusia mi takie robiła". Faktycznie, też kilka razy miałam okazję jeść takie pierogi u babci, babcia jak łatwo się domyśleć właśnie z Lubelszczyzny pochodzi. Ponieważ wszelkie kluchy, pierogi inne dania mączne lubię bardzo to bociany włączę do swojego kuchennego repertuaru....albo będę jeździła na nie do mamy lub babci :)
Wizualnie może nie powalają na kolana, ale za to jakie te bociany są dobre.

BOCIANY, PIEROGI Z ZIEMNIAKAMI 
CIASTO:
-ok. 0,5kg mąki pszennej
-1 jajko
-ok. szklanka wody
-duża szczypta soli
FARSZ:
-ok. 1kg ziemniaków
-2 duże cebule
-sól, pieprz, masło
-ewentualnie boczek albo skwarki jak ktoś bardzo lubi

1. Z podanych składników zagnieść elastyczne ciasto jak na pierogi. Ewentualnie dodać trochę więcej mąki lub wody. 

2. Ziemniaki obrać i zetrzeć na drobnej tarce. Cebulę obrać, drobno posiekać i zeszklić ją na odrobinie masła. Dodać do cebuli starte ziemniaki, dosyć hojną ręką dodać sól i pieprz. Smażyć przez chwilę, żeby woda z ziemniaków trochę odparowała i powstała jednolita masa. 

3. Można lepić jak zwyczajne pierogi z falbanką, ale można też zrobić w sposób tradycyjny-bociani. Ciasto rozwałkować na grubość ok. 0,5 cm, na długi i w miarę wąski pasek. Posmarować ciasto smażonymi ziemniakami i zwinąć jak roladę, a następnie pokroić po skosie w ok. 2 cm kawałki (coś podobnego jak kopytka tylko że z nadzieniem i trochę większe). Gotować we wrzącej i bardzo osolonej wodzie, przez ok. 5 minut po wypłynięciu na powierzchnię wody. 

4. Podawać proponuję z podsmażoną cebulką, posiekaną natką pietruszki i kubkiem kwaśnej śmietany lub kefiru.

SMACZNEGO!


środa, 4 marca 2015

Bezpieczny Maluch, czyli co rodzice powinni się nauczyć przed porodem

Źródło: http://bezpieczny-maluch.com.pl/
Będąc aktualnie w stanie tzw. błogosławionym staram się nie stracić resztek rozsądku i nie wariować zbytnio. Nie zawsze się to udaje, ale wiecie, to jednak jest ogromna zmiana w naszym życiu. Zrozumiałe jest więc, że u mnie i  Miśkosława to główny temat do rozmów.

Uniknęliśmy póki co robienia gipsowego odlewu ciążowego brzucha (powstał jednak pomysł że gdyby Miś zrobił też odlew swojego to potem byśmy kazali zgadywać wszystkim który jest czyj :) ), albo chodzenia na warsztaty muzyczne, żeby już w brzuchu stymulować rozwój talentu naszego Niedźwiadka.
Na różny sposób można roztrwonić swój czas i pieniądze w tym miłym okresie. Ja jednak postanowiłam nic nie marnować tylko działać konstruktywnie. Ola, z Ciąży z Klasą, dała mi znać o warsztatach z pierwszej pomocy dla maluchów, na które się we dwie wybrałyśmy. Jakby nie patrzeć bezpieczeństwo naszego Niedźwiadka jest dla mnie kwestią priorytetową.

Sam temat pierwszej pomocy obcy mi nie jest. Nie mówię tu tylko o celującym zaliczeniu na PO w liceum, ale też marzeniach o studiowaniu na Akademii Medycznej (w czasach jak to była Akademia a nie Uniwersytet). Swego czasu był też krótki acz treściwy moment fascynacji ratownictwem medycznym, wspomagany nieco obecnością przystojnych ratowników. Efektem tego było odbycie licznych szkoleń zarówno w strukturze o wdzięcznej nazwie HOPR, czyli Harcerskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe (tam się nawet dorobiłam funkcji instruktora i sama prowadziłam szkolenia), ale również w Pokojowym Patrolu podczas dwóch edycji Przystanku Woodstock. Czasy te są już nieco odległe, w międzyczasie na całe szczęście nie musiałam korzystać ani razu z nabytych umiejętności, wobec czego wiedza się ta nieco zakurzyła. Warsztaty więc były świetnym pretekstem do odświeżenia jej.

Co do samych warsztatów podzielone były na kilka części tematycznych. Można się było dowiedzieć jak dobrze wybrać i prawidłowo zamontować fotelik samochodowy dla naszego dziecka i co ważna jak to dziecko odpowiednio w nim przypiąć. Potem był czas dla sponsorów i ich wystąpienia. Ostatnią częścią była pierwsza pomoc dla malucha, ale również dla kobiety w ciąży.
Osobiście najchętniej wywaliłabym prezentacje sponsorów, bo w przerwie można było podejść i się podpytać jeśli ktoś miał ochotę i jakieś wątpiwości. Marudzić jednak nadmiernie nie będę, bo warsztaty były bezpłatne, czyli ktoś inny (czyt. sponsorzy) musieli pewnie za to zapłacić.

Co do części fotelikowej, to słuchałam jej z ciekawością chociaż akurat wybór fotelika mamy już za sobą. Razem z Miśkiem mieliśmy szczęście trafić świetnego sprzedawcę, który nam naprawdę rzetelnie wszystkie wątpliwości wyjaśnił i doradził wybór najlepszego dla Niedźwiadka fotelika. Jednak posiadamy doświadczenie z innym sklepem, gdzie z kolei potraktowano mnie jak kretynkę, której usiłowano wmówić że jak coś ma naszywkę Ferrari to jest to tak bezpieczny produkt że lepszego nie ma i w ogóle o co mi się rozchodzi z tymi całymi testami ADAC. Więc niestety to jest loteria.
Dla rodziców dopiero poszukujących swojego fotelika warsztaty były super kompendium wiedzy, na co zwrócić uwagę. Ja już wiem jak wpinać fotelik, ale tutaj podpatrując specjalistów mogłam się upewnić, że na pewno wszystko robię (i finalnie z Niedźwiadkiem w środku zrobię) dobrze. I jeszcze moje największe zaskoczenie z tej części....pałąk fotelika, czyli to co większość bierze za rączkę, musi być w cały czas w trakcie użytkowania w pozycji stojącej. Miśko o tym wiedział, ale ja jakoś wcześniej nie zakodowałam w umyśle tej informacji. Stąd moje spore zdziwienie. Więc tutaj wielki plus. Zresztą wszystkie porady jak wpinać fotelik, jak dopasowywać pasy do małego pasażera, gdzie jest najlepsze miejsce w samochodzie dla fotelika z zawartością itp. były przydatne. Więc duże brawa!


Części z wystąpieniami sponsorów nie ma co streszczać, bo to nie one były najważniejsze na tym spotkaniu.

W czasie poświęconym pierwszej pomocy zaczęto od ciężarnej. Dlatego że w trakcie tych 9 miesięcy kobiecie się mogą różne cuda-wianki przytrafić niestety. Zasadniczo przy takiej ciężarówce trzeba uważać jak nam się krztusi czy mdleje i asekurować ją, żeby przypadkiem nie walnęła o glebę. A jeśli ją układamy na ziemi to trzeba pamiętać, żeby kłaść ją na lewym boku. Położenie na prawym może spowodować ucisk dużym brzuchem na żyłę główną dolną, co powoduje jakieś szalone komplikacje, o których do końca nie mam pojęcia.
Same ciężarne niech też w trakcie snu i wypoczynku się nie kładą na prawym boczku bo się dorobić mogą żylaków, albo obrzęków nóg czy innych przykrych dolegliwości....coś na ten temat wiem niestety.

Oprócz udzielenia ciężarnej pierwszej pomocy w razie potrzeby, trzeba też pamiętać o zapewnieniu bezpieczeństwa w trakcie jazdy. Nasze prawo dopuszcza możliwość jazdy samochodem bez zapiętych pasów jeśli ciąża jest już widoczna. Ponieważ mieliśmy z Miśkiem zażartą dyskusję na ten temat, to przerobiliśmy go dosyć dokładnie.
Jeździmy w pasach...zawsze! Pas biodrowy powinien być przeprowadzony pod brzuchem, powinien opierać się na biodrach. Wtedy w razie wypadku nie zgniecie nam lokatora w środku. Jeśli nam to jakoś wybitnie przeszkadza to można zaopatrzyć się w adaptery do pasów dla ciężarnych. Mają one za zadanie przytrzymać pas w odpowiedniej pozycji pod brzuchem i dzięki temu nic nikogo nie będzie uciskać.
Mi osobiście przy zapięciu pasów najbardziej przeszkadzał ucisk na klatkę piersiową. Teraz to jeszcze pół biedy, ale w I trymestrze od lekkiego nawet ucisku było mi słabo i zbierało się na mdłości....tylko że rady na to nie było i w tym wypadku adapterów żadnych nie ma, więc po prostu ograniczyłam na jakiś czas jazdę samochodem.
Z innych ważnych zasad to jeszcze powiem wam tyle, że należy się nieco oddalić od poduszki powietrznej, żeby w razie czego nie walnęła nas z wielką siłą w brzuch. Na końcówce ciąży najlepiej zostawić funkcję kierowcy innym, a samej odsunąć sobie fotel pasażera do tyłu. Z doświadczeń rodzinnych wiem, że taka poduszka jak wystrzeli może mocno poturbować ciężarną.
Kolejny duży plus dla organizatorów za tę część warsztatów.

Były plusy to teraz będzie jeden minus. Zasadniczą i jak dla mnie najważniejszą częścią tych warsztatów był dla mnie fragment o pierwszej pomocy noworodkom i niemowlakom. I czuję spory niedosyt niestety.
Ja wiem, że to były tylko warsztaty, które pewne problemy i sposoby ich rozwiązywania miały zasygnalizować i że jakby co to najlepiej iść na dłuższy kurs. Tylko, że tutaj już prowadzący przyspieszył mocno, bo czas nas gonił. Możliwość potrzymania sztucznego noworodka i potrenowania na nim tego o czym była mowa, miało tylko kilku tatusiów. Ze swoich wcześniejszych kursów i szkoleń pamiętam upiorną noc gdzie przez kilka godzin usiłowałam wykonać prawidłowe oddechy i nie połamać delikwenta podczas resuscytacji fantoma noworodka. To nie jest takie proste, a zakładam że na własnym dziecku, któremu się coś dzieje to jest już w ogóle arcytrudne.
Podstawowa zasada, czyli NIE STAĆ, DZIAŁAĆ!, była tutaj mocno zaakcentowana. Bo to rodzice którzy zaczną działać, nawet nie fachowo, mają zdecydowanie większą szansę na pomoc maluchowi, niż ratownicy którzy przyjadą dopiero po kilkunastu minutach.
Mimo braku zajęć praktycznych i tak samo mówienie o tym co trzeba zrobić może pomoże w razie potrzeby. Albo może chociaż powstrzyma ewentualną panikę. Chociaż mam ogromną nadzieję, że nie będę musiała tego sprawdzać.

W kilku zdaniach ciężko opisać wszystko czego można dowiedzieć się na tych warsztatach. Dlatego też zachęcam do zajrzenia na stronę www.bezpieczny-maluch.com.pl gdzie można znaleźć terminy i adresy spotkań oraz poczytać wiele przydatnych rad i informacji.
Warsztaty odbyć warto nawet jeśli już nasz maluch jest na świecie, bo nadmiaru wiedzy w kwestii bezpieczeństwa nigdy dość.