środa, 29 kwietnia 2015

Z pamiętnika ciężarnej: co się stanie jeśli moje dziecko nie będzie geniuszem

Źródło:http://dzieci.pl/gid,13987785,img,13987962,kat,1024263,title,Dziecko-wybitnie-uzdolnione,galeria.html?smgputicaid=614c60

Doszliśmy już do takiego etapu ciąży, że w zasadzie Niedźwiadka można się spodziewać w każdej chwili. Już nawet zaliczyliśmy panikę pt. "o matko! to chyba już!" i prawie że się do szpitala wybieraliśmy. 
Coraz częściej się zastanawiam (Miśko zapewne też) jaki też ten nasz Niedźwiadek będzie. Przede wszystkim czy będzie chłopcem czy dziewczynką, ale też jaki będzie miał charakter, po kim odziedziczy poszczególne cechy i co będzie lubił. Wiadomo, że ja bym chciała żeby go czasem coś przyciągnęło do kuchni i żeby mi pomagał. Miśkosław z kolei już coś przebąkuje, że czeka tylko na moment kiedy będzie zabierał naszą latorośl na sesje grzebania przy Hondzi. Aaaa...i najlepiej żeby pierwsze słowo, które Niedźwiadek wypowie brzmiało "HONDA".

No cóż, jeśli jednak ani kuchnia ani motoryzacja nie będą dla naszego małego Misia pociągające to się mówi trudno. Grunt żeby był szczęśliwy. Chciałabym dla Niedźwiadka jak najlepiej, ale nie mam aspiracji żeby został geniuszem. Trochę przeraża mnie pęd ku ułatwianiu dziecku startu w dorosłość i przyszłej kariery. Bo to ułatwianie zaczyna się już od maleńkości. 

Zaczynając od etapu ciąży można już stymulować naszego gagatka w brzuchu. Można mu puszczać muzykę klasyczną, żeby sobie posłuchał i mu się słuch lepiej rozwijał. Ba, wyczytałam nawet, że są specjalne płyty z utworami, które należy puszczać od 23 tygodnia ciąży i kontynuować jeszcze po porodzie. Ponoć wtedy kształtujemy gust muzyczny i jeszcze dzięki temu nasze dziecko ma być spokojniejsze (wiadomo musi ogarniać różnice między Bachem i Wagnerem jak już dostanie się do renomowanego liceum). No cóż....przy naszych charakterach i tak nie mamy szans na grzecznego Niedźwiadka. Więc jak już przeczytałam rewelacje i zachwyty nad płytami dla maluchów w brzuchu, to sama zaserwowałam naszemu maluchowi mieszankę wybuchową od mamusi....Luxtorpeda, Dżem, AC/DC i jeszcze trochę klawej muzyki czyli Szwagierkolaska. Też mu kształtuję gust muzyczny, tyle że podobny do naszego, a nie jakiś wydumany.

 Jak już dojdziemy do etapu posiadania dziecka, to absolutnie nie należy przerywać stymulacji. Należy nawet zwiększyć częstotliwość naszych zabiegów. Może dzięki temu bobas usiądzie 3 dni wcześniej, a pierwsze słowo powie o tydzień wcześniej niż gdyby go nie stymulować. 
Kupując książki do biblioteczki Niedźwiadka (bo akurat czytanie nawet małemu maluchowi uważam za wartościowe bardzo) natknęłam się na książeczki z czarno-białymi malunkami dla noworodków. Bo ponoć stymulują wzrok i się lepiej taki malec skupia na jednym kontrastowym punkcie. Hm....może przez to, że w maleńkości nikt mi takich książeczek nie pokazywał wzrok mam teraz nie najlepszy...ewentualnie to już się starość zaczyna. Za książeczki dla noworodków ja podziękuję bardzo. W ramach czarnych obrazków Niedźwiadek będzie miał czarną kotką do oglądania. Myślę, że Zołza zdecydowanie bardziej go zastymuluje niż jakieś obrazki. 

Im dalej w las tym jest, według mnie, gorzej. Cała masa zabawek, które mają pomagać i wspomagać funkcje poznawcze. Jakiś czas temu chciałam kupić zabawkę dla mojego małego bratanka...dostałam oczopląsu stojąc przed półką z zabawkami dla dzieci z przedziału 6-12 miesięcy. Wszystkie te zabawki mają czegoś nauczyć takiego małego człowieka. Nawet miś wyglądający dosyć zwyczajnie gadał i śpiewał w różnych językach, w zależności którą łapkę się naciśnie. Niech się gówniarz uczy języków obcych od małego. Przecież jak nie będzie znał angielskiego, francuskiego, niemieckiego i jeszcze chińskiego to sobie w życiu nie poradzi. Najlepiej jeszcze zatrudnię nianię gadającą w kilku językach, bo ja to może mam akcent nie najlepszy, więc lepiej żeby nie nabrał złych nawyków przy mówieniu.
Zajęć dla maluchów też jest od groma i ciut-ciut. Wszystkie mają pomóc dziecku, żeby łatwiej się w przyszłości mogło wyrażać przez muzykę, śpiew, malowanie, taniec albo puszczanie baniek mydlanych. I jeszcze rozwijamy ich umiejętności interpersonalne (bardzo ważne w każdej pracy o którą się będą starać za 20 albo więcej lat) gdy spotykają się z innymi dziećmi. No cóż...mam to niebywałe szczęście, że Niedźwiadek będzie otoczony całą gromadką rodzeństwa ciotecznego praktycznie w tym samym wieku. Nie będziemy musieli chodzić specjalnie na jakieś zajęcia, żeby zobaczył inne dzieci. A jak będzie chciał się rozwijać w jakimkolwiek kierunku to obstawiam, że jednak zdążymy to wyłapać, nie musimy go od maleńkości na specjalne zajęcia ciągnąć. 

Z lekkim niepokojem myślę też już o zajęciach dodatkowych dla przedszkolaków i dzieciaków w wieku szkolnym, bo to już jest totalny kosmos. Zgodnie z obowiązującymi standardami taki biedny dzieciak to powinien mieć każdy dzień wypełniony jakimiś korepetycjami, zajęciami sportowymi albo innymi dziwnymi rzeczami jak rozwiązywanie krzyżówek na czas. Rany! A kiedy można sobie poleżeć do góry brzuchem. 

Powiem jedno. Nie wiem czy mi nie odbije jak już Niedźwiadek się pojawi na świecie. Może też będę szalała i starała się ciągle stymulować i rozwijać malucha. Mam jednak nadzieję, że aż tak się nie zmienię, bo na dzień dzisiejszy uważam, że noworodkowi i niemowlakowi potrzeba przede wszystkim obecności i miłości rodziców, a nie ciągłych zabiegów żeby się szybciej i szybciej rozwijał. Niech rozwija się w swoim tempie. A jak podrośnie to nie wszystkie nasze zabawy muszą być takie koniecznie mądre, bo czasem fajnie się powygłupiać, albo chociaż ponudzić się i poleżeć do góry brzuchem. Jak moje dziecko nie będzie geniuszem, to nie będę się chlastać ani rwać włosów z głowy. W szkole nie musi mieć samych 5 i testów nie musi rozwiązywać na 100%, bo ja sama mam bardzo brzydkie zdanie o testach w szkole. 
Dla mnie i tak Niedźwiadek będzie najmądrzejszym i najpiękniejszym dzieckiem...a jak ktoś będzie miał inne zdanie na ten temat to już może się mnie bać. Mama Niedźwiedzica się we mnie obudzi :)


Źródło: http://www.boredpanda.com/bear-cubs-photography-parenting/

wtorek, 28 kwietnia 2015

Tort samolot, prawie że linii WizzAir

Ostatnio robiłam tort dla miłośnika podróży...szczególnie lubiącego samoloty linii Wizz Air :) Przyznaję się bez bicia, że ten mój tortowy samolot bardziej mi przypomina prom kosmiczny Apollo. Na szczęście z pewnego źródła wiem, że jubilatowi się bardzo podobał tort nowej linii...AndrewAir.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

325. Dietetyczny deser z kiwi i kaszy jaglanej dla ciężarnej

Już za chwilkę już za momencik zacznie się ogólna panika przed wakacjami. Panika na temat tego jak się człowiek zaprezentuje w stroju kąpielowym. Bo taki człowiek chciałby prezentować się pięknie, że aż oko bieleje i cała płeć przeciwna ściele się u stóp. Niestety często po zimie człowiek ma tyle zapasów i wdzięcznych oponek na ciele, że prezentuje się raczej jak ludzik Michelin niż piękna Afrodyta. 
Wychodząc na przeciw tej części populacji, która postanowiła się odchudzać, oraz tej części która jest w fazie matki polki ciężarowej i ma w głębokim poważaniu swój wygląd w bikini ale za to się ma zdrowo bardzo odżywiać, proponuję wybitnie zdrowy deser z kiwi i kaszy jaglanej. Jest tak zdrowy, że aż może człowieka oszołomić. Zero w nim cukru, jedyna słodycz jest z banana. A do tego na upały też jest całkiem przyjemnym rozwiązaniem bo kwaskowate kwi orzeźwia mocno. Tak więc tego...polecam ciężarnym i tym walczącym o lepsze jutro...znaczy linię :)

DESER Z KIWI I KASZY JAGLANEJ:
(proporcje na 2 całkiem spore desery lub 3 średniej wielkości)
 -pół szklanki kaszy jaglanej
-2 duże dojrzałe banany
-4-5 kiwi
-trochę esencji waniliowej, szczypta cynamonu, szczypta soli
-kilka łyżeczek jogurtu greckiego 

1. Ugotować kaszę jaglaną ze szczyptą (bardzo małą) soli. Ja ją gotowałam w mleku, ale dla większej zdrowotności i dietetyczności można w wodzie. Ostudzić i zmiksować na gładko z bananami, cynamonem i esencją waniliową.

2. Kiwi obrać ze skóry i dokładnie zmiksować na gładki mus. 

3. W pucharkach, czy co tam mamy za naczynia pod ręką, układać naprzemiennie warstwy kaszy jaglanej z bananami i musu z kiwi. Ostatnią warstwą powinno być kiwi. Na wierzchu kiwi położyć czubatą łyżkę jogurtu greckiego. Całość wstawić do lodówki na co najmniej kilka godzin, żeby się dobrze schłodziło. 

SMACZNEGO!


piątek, 24 kwietnia 2015

Najlepsze filmy klasy B o rekinach

Źródło: http://pijany-pogromca-rekinow.manifo.com/
Fascynacja Miśka rekinami przyniosła taki skutek, że zamiast siedzieć i planować podróż do RPA (jedyne miejsce na świecie gdzie rekiny wyskakują ponad powierzchnię wody), siedzę i studiuję program telewizyjny. Filmowcy są bardzo twórczy w tym temacie i poza kultowymi "Szczękami" powstało całe mnóstwo filmów z rekinami w roli głównej. Nie oszukujmy się...to nie są arcydzieła zasługujące na Oskara. Już prędzej na Złote maliny :) Jednocześnie te filmy są tak złe, że aż dobre i się je z przyjemnością ogląda. Zdecydowanie nie trzeba się wysilać przy nich, głowa odpoczywa, efektami nie trzeba się zachwycać bo zazwyczaj są lekko toporne, a intryga zachwyca finezyjnością i fantazją scenarzysty. No i nie można zapomnieć o bohaterach. Zazwyczaj jest jakaś blond cizia pożerana w bardzo widowiskowy sposób (sama wyglądając aktualnie jak brzuchaty wieloryb odczuwam jakąś mściwą satysfakcję w takim momencie).
Poniżej lista moich ulubionych szmirowatych filmów o rekinach. Zdecydowanie polecam na wieczorny seans w kinie domowym.


5. NOC REKINÓW 3D
Źródło: http://www.filmweb.pl/film/Noc+rekin%C3%B3w+3D-2011-576589
Co prawda Miśko nie był usatysfakcjonowany tym filmem, ale ja miałam ubaw po pachy. Grupa amerykańskich nastolatków wybiera się do domku na wyspie na jeziorze. Wokół mnóstwo wody, w której nie wiadomo skąd się wzięły rekiny, bo przecież w słodkich wodach być ich nie powinno. Do tego są to rekiny różnych gatunków, więc mamy tutaj nawet wątek dydaktyczny :) Jak dla mnie najpiękniejsza scena z filmu to moment kiedy młody narybek rekini zjada jedną z bohaterek i tak pięknie pokazane jest jak odgryzają jej malutkie kęski z ciała. Miodzio. Zdecydowanie można się pośmiać.










4. PIEKIELNA GŁĘBIA
Źródło: http://www.filmweb.pl/film/Piekielna+g%C5%82%C4%99bia-1999-750
 Tym razem walczymy z rekinami lekko zmodyfikowanymi genetycznie. Jest stacja badawcza na morzu, gdzie naukowcy usiłują znaleźć lek na chorobę Alzheimera. Mamy też, o dziwo, gwiazdy w obsadzie, bo jest Samuel L Jackson. Zresztą w bardzo gwiazdorski sposób zostaje on pożarty (ups, wygadałam się). I właśnie dla sceny gdy zostaje on zjedzony oraz dla drugiej gdzie kaznodzieja walczy za pomocą krzyża z rekinem warto obejrzeć ten film. Dodam tylko, że ta walka z krzyżem to tak dosłownie...z dziabaniem rekina krzyżem po oczach :)









3. W SZCZĘKACH REKINA
Źródło: http://www.filmweb.pl/film/W+szcz%C4%99kach+rekina+3D-2012-605826
 W tym filmie mamy prawie wszystko. Tak więc na początku jest sielankowo i kolorowo, a potem jest groźny bandyta psychopata, jest tsunami i są wygłodniałe rekiny. A to wszystko dzieje się w centrum handlowym. Nie chodźcie do hipermarketów, bo tam może być niebezpiecznie. Lepiej pójść na spacer do parku :)













2. ATAK REKINÓW: MEGALODON
Źródło: http://www.filmweb.pl/film/Atak+rekin%C3%B3w%3A+Megalodon-2002-4571
A to już jest jedna z moich perełek. Źli i podstępni przedsiębiorcy instalują na dnie oceanu światłowodowy kabel i przy okazji budzą do życia prehistoryczne rekiny. A dokładniej mówiąc małe rekiniątko i jego mamę. Już sam opis wywołuje uśmiech na twarzy. Jak jeszcze dorzuci się do tego rekina, który zżera motorówkę, a potem ciągnie przerażoną blondynkę na spadochronie (który był do tej motorówki podczepiony) to już w ogóle jest zabawnie. Biedna blondi. Kwintesencją zaś całego filmy jest gdy główny wredniak wpływa skuterem wprost w otwartą paszczę rekiniej mamy. Miała rację rekinica...też nie pozwolę skrzywdzić Niedźwiadka.








1. DWUGŁOWY REKIN ATAKUJE 
Źródło:http://www.filmweb.pl/film/Dwug%C5%82owy+rekin+atakuje-2012-632289
 Mój absolutny fawory, hit nad hity i wielka miłość od kiedy po raz pierwszy go zobaczyłam. W jakimś opisie znalazłam zdanie, że taki tytuł zobowiązuje. I tak faktycznie jest. Grupa amerykańskich nastolatków (aż dziw jak ta grupa społeczna jest narażona na niebezpieczeństwa) razem ze swoim nauczycielem wybierają się na edukacyjny rejs. W trakcie wycieczki statek zostaje zaatakowany przez tytułowego dwugłowego rekina. Wiadomo, każda głowa musi jeść więc w dwukrotnie szybszym niż normalnie tempie zjadani są uczestnicy pechowej wyprawy. Do tego obie głowy tak pięknie jednocześnie potrząsają ofiarami. Smaczku całej historii dodaje fakt, że w pobliżu uszkodzonego statku jest wysepka, na której część z bohaterów się schroniła. Tylko, że....wysepka zaczyna tonąć i jej obszar dramatycznie szybko się zmniejsza. Nie wiem kto to wymyślił, ani co przy okazji spożywał, ale fantazją to się wykazał iście ułańską.
No i moja ulubiona scena, chociaż bez rekinów. Blond piękność z wielkim biustem oznajmia raźnym głosem "mój ojciec był spawaczem, więc wiem jak się spawa, naprawię statek". No cóż... ja tam od ojca swojego nie przejęłam umiejętności spawania i sama bym się nie wychylała do naprawiania statku. Ona też nie powinna, bo ją jedna z głów rekina zeżarła.



To tylko mikry ułamek tego co zostało już nakręcone. Są też takie hity z satelity jak Sharknando o rekinach porwanych przez tornado i zjadających wszystko po drodze. Powstał też film o arktycznych rekinach, o rekinach cycko-jadach, rekinach skrzyżowanych z ośmiornicą i wiele innych silnie przerażąjących. Jest w czym wybierać. 
A ja z niecierpliwością czekam na premierę filmu "Sky sharks" o zmutowanych, prehistorycznych, latających rekinach zombie służących nazistom w czasie II wojny światowej...to na pewno będzie piękny film.

środa, 22 kwietnia 2015

324. Prosty makaron z pieczonymi pomidorkami i pikantną kiełbasą

Mieszkanie z rodzicami miało kilka niezaprzeczalnych zalet. Do nich zaliczało się np. to, że nie musiałam gotować codziennie tylko wtedy jak przyszła mi na to ochota. Gotować lubię na tyle, że ta ochota to mi przychodziła dosyć często, ale jednak człowiek nie czuł nad sobą żadnego przymusu. Gorzej już jest rządzić się w swoim własnym M. Tym bardziej, że Miś-cwaniaczek, jak się chce go zagonić na poważniejszą robotę do kuchni, to zawsze twierdzi "przecież ja nie umiem gotować, ty to zrobisz lepiej". Cwaniak warszawski jeden. Chociaż teraz mi pomaga, bo jednak ogromne brzuszysko lekko utrudnia normalne funkcjonowanie.
Królują więc w naszej kuchni obiady łatwe i proste do zrobienia, z dużą ilością warzyw i odrobiną mięsa. Staram się nie szaleć z ilością robionych makaronów, bo mnie Miśko straszy że sama się zaraz w kluchę zamienię. Poza tym ja bym mogła jeść makaron codziennie, a on nie koniecznie bo by się stał marudny. Ale jak już zrobiłam taki, gdzie mój naczelny krytyk kulinarny, mlaskał, brał dokładkę i w ogóle mruczał pod wąsem z zadowolenia to go uwieczniłam. Bo warto przepis na taki prosty makaron z pieczonymi pomidorkami i pikantną kiełbaską zapamiętać i i robić jak czasu mało, a głód doskwiera.

MAKARON Z PIECZONYMI POMIDORKAMI I PIKANTNĄ KIEŁBASĄ:
(proporcje nie są sztywne, ja wszystko wrzucałam jak popadnie na patelnię mając w myślach tylko nasze możliwości jedzeniowe, więc można dowolnie modyfikować)
-ok. 500g makaronu penne lub fusilli
-2 garści pomidorków koktajlowych (ok. 500g)
-2 garści fasolki szparagowej (mrożonej-bo szybciej, w sezonie można się bardziej pobawić) 
-1 duża cebula
-2-3 ząbki czosnku
-pęto pikantnej kiełbasy (Miśko sam robi i wędzi kiełbasy więc nasza była naprawdę ostra, jak ktoś nie ma takiego mistrza masarstwa pod ręką to niech użyje kiełbaski chorizo itp.)
-sól, pieprz, oliwa, trochę świeżej bazylii, ewentualnie trochę wędzonej słodkiej papryki
-trochę parmezanu

1. Pomidorki umyć i pokroić na połówki lub ćwiartki. Większość (kilka połówek zostawić) wrzucić do naczynia żaroodpornego, skropić oliwą, oprószyć solą i pieprzem i wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 15-20 minut. Powinny się ładnie pomarszczyć i intensywnie zacząć pachnieć, ale nadal utrzymać swój kształt. 

2. Cebulę posiekać w piórka. Zeszklić ją na dużej ilości oliwy, a następnie dodać zmiażdżone i posiekane ząbki czosnku. Po czosnku dodać pozostawione połówki pomidora i kiełbasę pokrojoną w cienkie plasterki. Gdy pomidorki na patelni się rozpadną dodać fasolkę i przykryć całość. Dusić pod przykryciem, aż fasolka lekko zmięknie, ale nadal będzie chrupiąca (tylko tyle, żeby nie zgrzytała w zębach lodem i była ciepła). Zdjąć całość z ognia i dodać upieczone pomidorki razem z całym sokiem, który zapewne puściły. Wymieszać całość i doprawić do smaku solą i pieprzem. Można dodać też trochę posiekanej świeżej bazylii jeśli mamy pod ręką.

3. W tak zwanym międzyczasie ugotować makaron al dente. Dodać go do mieszanki na patelni, razem z odrobiną (ok. 1/4-1/3-szkalnki) wody z gotowania i dokładnie wymieszać. Przełożyć do razu na talerze. Każdą porcję posypać obficie startym parmezanem. 

SMACZNEGO!


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

323. Obłędne kruche ciasto z jabłkami i waniliową pianką

Jest taka przyjemna sieć dyskontów, która organizuje tygodnie tematyczne, ma ciekawe produkty, a przed różnymi świętami rozdaje kulinarne prezenty. Mi się jeszcze ta sieć kojarzy z praktykami studenckimi w Niemczech, bo tam zaopatrywaliśmy się w tanią Sangrię pitą hektolitrami (ależ się miało kiedyś zdrowie i mocną wątrobę).
Przed Bożym Narodzeniem można było zdobyć nóż szefa kuchni. Ponoć był to nawet całkiem dobry nóż. Ja niestety silnie się zbulwersowałam gdy pewna para na dobre kilkanaście minut zablokowała kasę, przy której stałam, bo odbierali swój nóż. Problem mieli ogromny czy wolą ten z rączką srebrną czy czarną. Problem to niebywały, od jego rozwiązania zależały losy świata i wynalezienia leku na raka, bezpłodność i ulewne deszcze w jednym. Mając w pamięci tą parę omijałam wtedy te dyskonty szerokim łukiem. 
Przed ostatnimi świętami Wielkanocnymi można było dostać całkiem zacną książkę kucharską. "Cukiernia Lidla" Pawła Małeckiego to zbiór różnych słodkich propozycji do zrobienia w domu. Miła dla oka szata graficzna, dużo (104) przepisów o różnorodnym stopniu trudności i w ogóle wszystko takie zachęcające. Nie dziwota, że lud oszalał na jej punkcie. Mój egzemplarz udało mi się zdobyć praktycznie na początku trwania całej akcji (uroki przeprowadzki i kupowania dużej ilości bardzo potrzebnych pierduł do nowego mieszkania), potem znowu omijałam Lidla szerokim łukiem.
Za to internety huczały informacjami o jakiś dantejskich scenach. Gdzieś zabrakło potrzebnych do szczęścia naklejek, gdzieś zabrakło książek do odbioru, ktoś porzucił zakupy za 400zł przy kasie przez brak tych cholernych naklejek, gdzieś się kierownik sklepu za mało wzruszył ciężkim losem klientów. Baaa...można było nawet na allegro kupić naklejki szczęścia za jakieś bajońskie sumy. Gdzieś wyczytałam nawet historię o kobitce, która pojechała do innego miasta w poszukiwaniu tej książki (ciekawe ile przy okazji wydała na paliwo :) ).
Nie powiem całkiem mnie te wszystkie historie ubawiły. Tym bardziej jeśli na oficjalnym fanpejdżu Lidla jest informacja, że wystarczyło napisać do nich i otrzymać książkę pocztą. A na allegro te książki hulają teraz po 10zł :) 
Na osłodę dla wszystkich zgnębionych brakiem książki Pawła Małeckiego, jeden z jego przepisów...tylko trochę zmodyfikowany przeze mnie. Ale za to efekt jak mówi Miśko "profeska, lepszy niż w najlepsiejszej cukierni". Będzie kruche ciasto z jabłkami i genialną waniliową pianką.

KRUCHE CIASTO Z JABŁKAMI I WANILIOWĄ PIANKĄ:
(do pieczenia używałam blaszki o wymiarach ok. 30x40cm)
CIASTO:
-2 szklanki mąki pszennej
-kostka zimnego masła
-2/3 szklanki cukru pudru
-6 żółtek
-2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
-3 czubate łyżeczki kakao
-szczypta soli

WANILIOWA PIANKA:
-6 białek
-3 opakowania budyniu waniliowego
-2/3 szklanki cukru
-pół kostki roztopionego masła
-sok z połówki cytryny
-duży chlust esencji waniliowej

-3-4 średniej wielkości jabłka
-duża szczypta cynamonu

1. Ze wszystkich, oprócz kakao, składników szybko zagniatamy kruche ciasto. Gdy będzie już elastyczne i nie klejące się do rąk dzielimy je na 2 części w proporcjach 1/4 i 3/4. Do tej większej części dodajemy kakao i dokładnie je zagniatamy. Gotowe ciasto zawijamy w folię spożywczą i wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę. 

2. W czasie gdy ciasto się chłodzi przygotowujemy jabłka. Obieramy ze skórki kroimy na małe cząstki. Następnie dodajemy do nich cynamon i dokładnie mieszamy, żeby każda cząstka była nim pokryta.

3. Po schłodzeniu ciasto z kakao rozwałkowujemy na cienki placek o grubości ok. 0,5cm i przekładamy do przygotowanej blaszki. Wkładamy go do piekarnika rozgrzanego do 170st na 15 minut.

4. Gdy kruchy spód się piecze trzeba zrobić waniliową piankę. Białka ubić na sztywną pianę (można dodać do nich szczyptę soli). Następnie stopniowo dodawać do nich cukier, sok z cytryny oraz budynie waniliowe z esencją. Na koniec już ręcznie i delikatnie trzeba wmieszać przestudzone masło. Tak przygotowaną masę wylewamy na podpieczony kruchy spód. Na górze równomiernie rozsypujemy cząstki jabłek. Na jabłkach zaś, na tarce o grubych oczkach, ścieramy pozostałą część kruchego ciasta (tę bez kakao). Ciasto wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180st na około 40-45 minut.

Po wyjęciu można posypać cukrem pudrem...ja nie zdążyłam, zanim się głodni ludzie do niego dobrali :)

*zamiast jabłek można użyć owoców które mamy akurat pod ręką, według mnie świetnie się sprawdzą wiśnie albo maliny.

SMACZNEGO!


niedziela, 19 kwietnia 2015

Krótka piłka...tort z piłką do nogi i cała góra muffinków

 
Już raz zdarzyło mi się robić tort w kształcie piłki do nogi. Wtedy był to tort na komunię, tym razem pewien młody człowiek dostanie taki tort na swoje urodziny. Co prawda nie rozumiem absolutnie fascynacji małych chłopców piłkarzami i piłką, ale może ja się nie znam. W sumie to na pewno się nie znam i nie rozumiem małych chłopców...starszych też często nie rozumiem :)
Jakby nie było tort nam się całkiem przyjemnie robiło...nam, bo Miśko dzielnie pomagał, a Niedźwiadek radośnie cały czas kopał mamusię po żebrach i pęcherzu. Oprócz tortu zrobiliśmy jeszcze górę muffinów z budyniowym nadzieniem. Jeśli by ktoś chciał zrobić sobie takie same to przypominam, że przepis na muffiny z budyniową niespodzianką jest od dawna na blogu :)


piątek, 17 kwietnia 2015

322. Masa cukrowa, jak zrobić i jak się z nią obchodzić

 
Już parę razy wspominałam, że o masie cukrowej usłyszałam po raz pierwszy, kiedy leżałam ze złamaną nogą i zawzięcie oglądałam program "Cake Boss". Całą zabawę z masą zaczęłam zaś jakieś 1,5 roku temu. Przepisów na masę jest w internecie cała masa. Po iluś próbach i błędach w miarę wypracowałam sposób jak przygotować masę do obłożenia tortu, jak masę do zrobienia figurek, w jaki sposób zreanimować lekko podeschniętą masę, a ostatnio jak zrobić masę którą można bardzo cienko rozwałkować i użyć np. do zrobienia kwiatów.
Ja za chwilę, na chwilę wypadnę z obiegu i zamiast tortami będę zajmować się Niedźwiadkiem. Dlatego dla chętnych posiadania tortu z taką dekoracją proponuję opcję "Zrób to sam....i przekonaj się że łatwo nie jest" :) 

MASA CUKROWA:
-ok. 600-700g cukru pudru
-4 czubate łyżeczki żelatyny
-4 łyżeczki glukozy
-trochę (ok. łyżeczka) gliceryny
-60-70 ml wrzątku

1. Cukier puder przesiać. Niektórzy ponoć przesiewają dwa razy, ja jestem zbyt leniwa na to i uważam, że raz wystarczy.

2. Żelatynę wsypać do jakiegoś kubeczka i zalać odrobiną zimnej wody, żeby napęczniała. Następnie zalać ją odmierzoną ilością wrzątku i dokładnie wymieszać, aż się rozpuści. Następnie dodać do niej glukozę i również wymieszać aż do rozpuszczenia.

3. Mieszankę żelatynowo-glukozową wlać do cukru pudru, dolać jeszcze glicerynę i zacząć wyrabiać całość. Zajmuje to ładnych kilka minut. Całość powinna mieć konsystencję miękkiej plasteliny, w razie potrzeby można dodać trochę cukru pudru lub odrobinę gorącej wody.

  • Podana ilość wystarczy na pokrycie masą okrągłego tortu o średnicy ok. 26cm i zrobienia na nim jakiś dekoracji jak np. wstążka dookoła, figurka i napis. Analogicznie jeśli potrzebujemy więcej to zwiększamy trochę proporcje jak mniej to zmniejszamy. Nadmiar można zamrozić i użyć ponownie....ja stosuję zamrożone kawałki do słodzenia kompotów :)

  • tort na który planujemy położyć masę cukrową nie może być pokryty bitą śmietaną-niestety śmietana rozpuszcza masę. Jeśli chcemy można śmietaną przełożyć tort, ale od masy musi być odgrodzona warstwą kremu maślanego. Dobrze też żeby tort został pokryty kremem na kilka godzin przed przystąpieniem do dekorowania-zdąży wtedy dokładnie skrzepnąć i nie będzie obawy, że się nam krem rozjedzie i wypłynie spod masy.

  • w wersji wegetariańskiej można użyć zamiast żelatyny agar-agar...ale przyznaję bez bicia że nie testowałam go, jedynie czytałam, że można

  • gliceryna nie jest koniecznie potrzebna do zrobienia masy, ale zwiększa jej elastyczność i wydłuża czas pracy na danym kawałku masy. Gliceryna przydaje się również w momencie kiedy masa nam lekko podeschła i zaczyna się za bardzo kruszyć-odrobina gliceryny potrafi zreanimować takiego trupa. Przy robieniu figurek również warto dolać trochę gliceryny do masy-będzie nam łatwiej, a poza tym można jej użyć jako kleju.  A i jeszcze jedno.....nie trzeba kupować gliceryny w specjalistycznym sklepie, wystarczy taka z apteki. Jest 10 razy tańsza :)

  •  jeśli pracujemy tylko na fragmencie masy, którą posiadamy, reszta musi być szczelnie owinięta w folię spożywczą lub foliową torebkę-wtedy nie będzie nam wysychać i się starzeć. Zabezpieczona w ten sposób przetrwa nawet kilka/kilkanaście godzin, bez zabezpieczenia niestety po jakiś 15-20 minutach już zaschnie.

  • do przygotowania bardzo misternych dekoracji jak np. kwiaty wykorzystujemy masę cukrową wymieszaną z produktem o nazwie Gum Paste w proporcjach 1:1. Można wtedy naprawdę cienko rozwałkować masę, aż do stanu praktycznie przeźroczystego. Są jednak 2 haczyki w tej części zabawy. Taka dekoracja musi dobrze zastygnąć i wyschnąć przed położeniem jej na tort, dlatego trzeba ją przygotować co najmniej dobę przed położeniem jej na tort. Jednocześnie tak przygotowana masa sama w sobie wysycha i robi się bezużyteczna bardzo szybko, więc można pracować tylko na małych kawałkach masy, reszta musi być szczelnie zawinięta. Drugim dosyć poważnym haczykiem jest to, że nie wolno takiej masy kłaść bezpośrednio na kremie. Dodatek Gum Pasty powoduje, że bardzo widowiskowo i ekstremalnie szybko po położeniu na krem cała dekoracja się rozpływa...potrzebna jest izolacja ze "zwykłej" masy cukrowej. Jakby co to do takich dekoracji można użyć gotowej masy cukrowej specjalnie do kwiatów (ma na opakowaniu narysowanego kwiatka lub nawet konkretną nazwę kwiatów jeśli jest to barwiona masa)-tylko niestety ona trochę kosztuje, więc przy torcie obsypanym kwiatami koszt nam wzrasta do jakiś kosmicznych rozmiarów.

  • Barwienie masy cukrowej można zrobić na kilka sposobów, tzn jest kilka rodzajów barwników. Ja zazwyczaj używam tych w żelu (z firmy Food Colours), ewentualnie w proszku. Te w proszku są bardziej wydajne, ale trudniej nimi stopniować nasycenie kolorem. Dlatego używam ich zazwyczaj gdy potrzebuję mocnych kolorów np. krwisto czerwonego, bardzo żółtego lub po prostu czarnego. Mają też jeszcze jeden minus...często zdarza mi się, że odrobina barwnika sypnie mi się nie tam gdzie trzeba np. na blat. A to są naprawdę bardzo wydajne barwniki i jeśli położę w tym miejscu masę to mam pewność, że cały kawałek się zaraz zabarwi. Barwniki w żelu to dobra inwestycja, chociaż słoiczek jednego koloru kosztuje ok. 10zł, więc to raczej zabawa z tych ciut droższych. Jednak wystarczają na całkiem sporą ilość zabarwionej masy. Przy używaniu barwników bardzo okazjonalnie można kupić zestaw kilku/kilkunastu kolorów tych w proszku, za kilkanaście złotych na allegro. Barwników w płynie nie polecam, bo za bardzo rozmiękczą masę. Dla eko-dekoratorów jest też dobra wiadomość, bo podobno można zrobić barwniki metodą chałupniczą z buraków, cebuli itp. Jeśli ktoś będzie silnie zainteresowany to wam zdobędę sprawdzony przepis na takie cuda.
Część z mojej kolekcji barwników...jak widać silnie eksploatowane są.

  • Żeby tort był pokryty równą warstwą masy należy rozwałkować sobie jak najcieńszy "placek" o średnicy kilka cm większej niż użyta tortownica (te kilka cm to wysokość tortu).  Taka masa musi być jednolita i bez dziur. Przyda się do tej pracy duży wałek i duży blat. Ja używam stolnicy sylikonowej lekko podsypanej cukrem pudrem, żeby nic nie przywarło. Zostały już wymyślone cudowne stolnice i wałki specjalnie do masy, których nie trzeba niczym traktować i nic nie przywiera, ale to spora inwestycja. Na pewno przy sporadycznie robionych dekoracjach z masy nie ma potrzeby ich zakupu. 
  • do klejenia ze sobą poszczególnych elementów dekoracji używam 3 rzeczy: wody, gliceryny i kremu maślanego. Woda znakomicie łączy ze sobą poszczególne elementy masy. Trzeba jednak pamiętać, że nie można jej użyć za dużo, żeby nam masa nie popłynęła-jedynie zwilżyć delikatnie. Woda sprawdza się również głównie przy dekoracjach świeżych, czyli na bieżąco przy ich robieniu. Przy dekoracjach, które już zaczęły lekko zasychać przydatna jest gliceryna (zawsze mam ją w swoim "zestawie naprawczym" gdy dostarczamy gdzieś tort a jakiś element jest niestabilny do końca). Przy większych elementach, np. gdy trzeba unieruchomić figurkę na torcie delikatnie od spodu smaruję ją kremem maślanym. Są również kleje spożywcze, ale ja ich nie używam w zasadzie.
  • przydatnych akcesoriów do tworzenia dekoracji jest całe mnóstwo. Jeśli ktoś polubi i zacznie się w to częściej bawić na pewno warto stopniowo się w nie zaopatrywać. Jeśli dekoracje mają być robione raz na ruski rok to można sobie odpuścić tę przyjemność. Narzędzie kulkowe, drezdeńskie czy inne, których nazw nie pamiętam raczej się wtedy nie przydadzą. Jeśli już zaczynamy zakupy to polecam kupić mały wałek, radełko z wymiennymi końcówkami oraz małe radełko (którego ja się niestety jeszcze nie dorobiłam i ciągle mi z tym źle), ostry nóż do używania również na naszej stolnicy, zestaw narzędzi do precyzyjniejszych dekoracji, packa cukiernicza (nawet nie wyobrażacie sobie ile ma ciekawych zastosowań przy masie cukrowej), długie linijki o różnej grubości (przydają się do odcinania kawałków masy na np. wstążki dookoła tortu), oraz wykrawaczki w przeróżnych kształtach (np. kwiatowe w różnych rozmiarach są świetne do robienia kwiatów 3d). Jest zapewne jeszcze całe mnóstwo narzędzi, których ja nie poznałam więc jak ktoś ma jeszcze jakieś ulubione narzędzia to chętnie przyjmę tę wiedzę. Acha...i oczywiście używam również wszystkiego co mi się nawinie pod rękę i uznam, że się przyda....wykałaczki o różnych długościach, kratka do studzenia (świetna jak potrzebuję nadać kształt małym kwiatuszkom), centymetr krawiecki, kieliszki wszelkich rozmiarów, itd.
Część z kolekcji akcesoriów do pracy z masą
Kilka wykrawaczek, których używam...fantastyczne są szczególnie te kwiatowe w różnych rozmiarach i literki z cyferkami.

  • Wyższy stopień wtajemniczenia dekoratorskiego stanowią płatki kwiatów pofalowane jak w naturze, cieniowanie masy, elementy z brokatem, figurki jak żywe czy inne cuda-wianki. W takim przypadki przydadzą się zapewne pędzelki, waciki, druciki florystyczne, gąbki florystyczne, miseczki z dziurką, specjalne barwniki itp. Przy zdobywaniu tego wyższego stopnia oprócz bardziej zaawansowanych narzędzi polecam również specjalne kursy. Ja już przerobiłam dwa w Akademii Tortownia, z tworzenia zwierzątek i z tworzenia róż. Ogrom wiedzy, ćwiczenia praktyczne i świetna atmosfera zdecydowanie warte są swojej ceny.

W różne akcesoria zaopatruję się głównie w dwóch sklepach: Tortowni i Pomocnikach Kuchennych. Oba, oprócz sklepów stacjonarnych, mają również sklepy internetowe, więc nie tylko Warszawiacy z nich korzystają. No i oczywiście można tam też kupić gotową masę cukrową jeśli ktoś stwierdzi, że jednak zagniatanie go za bardzo wkurza :)

środa, 15 kwietnia 2015

321. Muffiny na śniadanie z twarogiem i płatkami owsianymi

Nikogo chyba nie muszę przekonywać o tym, że jestem łasuchem i słodyczomaniakiem. Jeśli faktycznie przez 9 miesięcy kształtowałam jakoś nawyki żywieniowe Niedźwiadka, to mogę się spodziewać, że z równą chęcią będzie wcinał pizzę z podwójnym serem, kotlety mielone jak i ciastka w każdej ilości i postaci. O czekoladzie nie wspominając. I jeszcze w stosownym wieku zacznie pić kawę punktualnie o 12:00 w południe z obowiązkowym czymś dobrym i słodkim jako drugie śniadanie. 
Właśnie jako słodka i w miarę (bez przesady) zdrowa przekąska do kawy powstały te muffiny. Są odpowiednio słodkie, mają w sobie dużo cynamonu (który ja bym chętnie dodawała wszędzie gdzie się da), mają nadzienie z twarogu i rodzynek, a na wierzchu jest pyszna kruszonka z płatków owsianych. I wilk syty i sumienie uspokojone. Można jeść spokojnie.

MUFFINY NA ŚNIADANIE Z TWAROGIEM I PŁATKAMI OWSIANYMI:
CIASTO:
-2 jajka
-pół szklanki jogurtu greckiego
-pół kostki roztopionego masła
-szklanka mąki pszennej
-1/3 szklanki cukru
-czubata łyżeczka proszku do pieczenia
-duża szczypta cynamonu

NADZIENIE Z TWAROGU:
-200g półtłustego białego sera
-1 żółtko
-duży chlust esencji waniliowej
-płaska łyżka cukru
-ewentualnie rodzynki lub suszona żurawina

KRUSZONKA Z PŁATKÓW OWSIANYCH
-50g masła
-50g cukru pudru
-30g płatków owsianych
-30g mąki pszennej

1. Zaczynamy od zagniecenia kruszonki z podanych składników. Dokładnie trzeba je wymieszać, żeby miały konsystencję mokrego piasku z lekkimi grudkami z płatków. Jak już jest gotowa wstawiamy ją do lodówki. 

2. Następnie mieszamy ze sobą wszystkie składniki nadzienia. Jeśli ktoś lubi bardzo słodkie może je jeszcze bardziej dosłodzić. Mi wystarczyło niewiele cukru. 

3. Przygotowując ciasto na muffiny zaczynamy od wymieszania ze sobą dokładnie wszystkich płynnych składników. Następnie dodajemy do nich składniki suche i chwilę mieszamy. Mogą zostać grudki, byle nie mieszać za długo bo potem muffiny będą zbyt zbite i gliniaste. 

4. Do przygotowanych foremek na muffiny nakładamy ciasto do 1/3 wysokości, następnie dodajemy czubatą łyżeczkę nadzienia z twarogu, potem jeszcze trochę ciasta na wierzch, żeby przykryło całość. Na koniec obficie posypujemy każdą muffinkę przygotowaną kruszonką z płatkami owsianymi. Ciastka wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 15-20 minut, aż się zarumienią. Jak tylko lekko przestygną i przestaną parzyć można już jeść. 

SMACZNEGO!


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

320. Sałatka z makaronem, pieczoną papryką i serem feta na przyjście rodziców

Kiedy mieszkałam z rodzicami, Miśko od czasu do czasu przeglądał bloga i wzdychał, że nie na wszystkie dobre rzeczy do jedzenia się załapał i jakie to jest niesprawiedliwe i okropne. Od kiedy się wyprowadziłam moi rodzice marudzą, że dobre czasy im się skończyły i już nikt nie robi dobrej kawki (ba nawet kubeczków ulubionych ich pozbawiłam i zabrałam ze sobą), nikt zieleninki wszelakiej na sałatki nie przerabia i w ogóle jakieś ciekawostki to oni teraz mogą sobie tylko na monitorze komputera obejrzeć. Więc jak się zapowiedzą, że wpadną w odwiedziny to się staram wymyślić coś dobrego do przekąszenia (jak się nie zapowiedzą to mają pecha i dostają to co akurat jest w lodówce-a różne dziwy się tam czasem znajdują). Ostatnio rodziciele moi przybyli oglądać wózek Niedźwiadka, który w końcu odebraliśmy. W końcu oni też będą musieli się nim poruszać od czasu do czasu, więc dobrze żeby im też podpasował. Przy okazji sprawdzania naszego pięknego, zielonego wehikułu trzeba się było posilić i padło, sałatka z makaronem, pieczoną papryką i serem feta nas wszystkich nasyci. A do tego prosto i szybko się ją robi na szczęście. 

SAŁATKA Z MAKARONEM, PIECZONĄ PAPRYKĄ I SEREM FETA:
-ok. 200-300g makaronu fusilli lub farfalle (świderki lub kokardki)
-1-2 papryki czerwone
-2-3 pomidory
-garść czarnych oliwek
-pęczek natki pietruszki
-200g sera typu feta
-pieprz, oliwa
-można też dodać moje ulubione ostatnio pestki słonecznika lub dyni 

1. Papryki umyć, wykroić z nich gniazda nasienne i pokroić na ćwiartki. Skropić lekko oliwą i wstawić do piekarnika nagrzanego do 190st, na około 15-20 minut, aż skórka się zacznie ładnie marszczyć.  Wyjąć z piekarnika i odstawić do wystygnięcia.

2. Makaron ugotować w dużej ilości osolonej wody, tak żeby był al dente. Ostudzić.

3. Pomidory pokroić na drobne kawałki, oliwki na plasterki, a ser w dosyć drobną kostkę. Natkę pietruszki posiekać na drobno. Paprykę jak ktoś silnie chce może obrać ze skórki, ale mi się nigdy nie chce więc ją zostawiam. Paprykę pokroić w cienkie paseczki. Wszystko razem z makaronem dokładnie wymieszać, doprawić pieprzem (solą raczej nie trzeba bo ser jest słony) i skropić oliwą. Najsmaczniej jest jak uda się wstawić chociaż na chwilę sałatkę do lodówki, żeby się "przegryzła". 

SMACZNEGO!

niedziela, 12 kwietnia 2015

Tort pełen kwiatów na chrzest dziewczynek

To nie jest niestety tak prosto, że jak się robi tort pełen cukru i cukrowych ozdób to od razu jest cukierkowo. Czasem niestety jest ciężko jak cholera i mocno pod górkę. Tak było i przy tym torcie na chrzciny. Jest obsypany kwiatami, bo mama dziewczynek zajmuje się florystyką. Dodatkowym wyzwaniem był brak masy cukrowej na całym torcie, co wbrew pozorom tylko zwiększyło ilość pracy przy nim. Kwiatów miało być mnóstwo i miały być realistyczne. A już gwoździem programu było piętro tortu, które po przekrojeniu okazywało się być biszkoptem w trzech kolorach. Miodzio....tyle prostych, żołnierskich słów na temat tortu już dawno nie fruwało po kuchni. Nawet Miśkosław się włączył żwawo do prac, a i tak zajęło nam to mnóstwo czasu. 
Na całe szczęście główni zainteresowani byli zachwyceni, a tort zebrał same pochwały wśród gości uroczystości.
Buddy Valastro to mi może teraz buty wiązać...on ma sztab rzeźbiarzy do wszystkiego, niech sam przycwaniakuje i zrobi kwiaty będąc w zaawansowanej ciąży, kiedy wszystko strąca się brzuchem z blatu :) 

Przygotowania, długie i żmudne

Kolorowe wnętrze tortu

piątek, 10 kwietnia 2015

Po cholerę ćwiczyć w ciąży skoro jest się coraz grubszym

Źródło: http://dzidziusiowo.pl/ciaza-i-porod/ciaza/2120-aktywne-9-miesiecy
Normalny człowiek zaczyna ćwiczyć i w ogóle jakąkolwiek aktywność fizyczną przejawia, zazwyczaj po to, żeby w lepiej się czuć w swoim ciele. Więc zapewne szczęśliwy będzie jak na brzuchu pojawi mu się kaloryfer, nogi smukłe jak u łani albo innej sarenki się zrobią, a pierś zgrabna i powabna nie będzie opadać. W ciąży na takie efekty liczyć zdecydowanie nie można. Nogi puchną i wyglądają jak dwa balerony, biust się robi ogromny i coraz łatwiej grawitacji się poddaje, a o wielkości brzucha lepiej nie mówić (jak się patrzy w dół to stóp nie widać i niech to wystarczy za cały komentarz). Nie wspominając o tym przerażeniu gdy się staje na wadze. Zgroza. 
Ustalmy jeszcze, że przed ciążą nie był ze mnie tytan sportu. Ot, tak po prostu lubiłam w sezonie wsiąść czasem na rower, na basenie się pojawiałam kilka/kilkanaście razy w miesiącu, i jako piechur potrafiłam przemierzyć całe kilometry (łącznie z zaprzestaniem korzystania z tramwajów w drodze do pracy). Jednocześnie gry zespołowe to ja tylko w stanie lekko wskazującym mogłam uskuteczniać, a bieganie wywoływało we mnie dreszcze obrzydzenia. Naturalne jest więc, że teraz też nie szaleję jakoś nadmiernie. Czasem pójdę popływać jak dostojna ropucha w basenie, czasem spacer uskutecznię, pobujam się trochę na piłce gimnastycznej przy oglądaniu telewizji, a najczęściej to po prostu wtarabanię się na nasze drugie piętro po schodach.Tylko tyle, lub aż tyle żeby całkiem się nie rozleniwić.

Po cholerę więc się męczę w ciąży, zamiast zalegnąć do góry brzuchem w oczekiwaniu na godzinę W?

1. Ćwiczenia pomagają doraźnie zlikwidować niektóre dolegliwości ciążowe takie jak bezsenność i bóle kręgosłupa.
 Z tą bezsennością to dosyć proste jest. Jak się zmęczę to śpię dużo lepiej i nie czuję że mi brzuch w tym przeszkadza. Nigdy nie miałam większych problemów ze snem (raczej z budzeniem się do życia), a przez te kilka miesięcy zdarzały się noce prawie nieprzespane. Więc każdy sposób na przespanie spokojnie kilku godzin jest wart spróbowania.
 Jednocześnie wzmacniam kręgosłup i nie boli już jak wściekły przy każdym najmniejszym ruchu. Tutaj niestety jest większy problem, bo problemy z tym fragmentem posiadałam już wcześniej, a wraz z rosnącym Niedźwiadkiem tylko się nasilają. Niby się tego spodziewałam, ale jednak upierdliwy jest ten ból i staram się z nim jakoś walczyć. Szczególnie basen i bujanie się na piłce są sprzymierzeńcami w tej kwestii.

2. Przygotowanie do porodu.
Jako, że to mój pierwszy poród będzie to trochę mnie przeraża ta część całej imprezy. A jeszcze bardziej przerażające są obrazowe opisy, że wysiłek podczas porodu można porównać do wysiłku podczas przebiegnięcia maratonu. No cóż. Podczas biegu na te 42 km z hakiem to ja bym na pewno ducha wyzionęła z 10 razy, więc i porównanie jest dla mnie mocno stresujące. Mam jednak taki cień nadziei, że to moje bujanie się i taplanie w basenie coś mi pomoże w całym przedsięwzięciu. Kondycja i tak spadła mi masakrycznie przez te parę miesięcy, głębszego oddechu już nie mogę wziąć, a przede mną wizja ładnych paru godzin wysiłku. Zdaję sobie sprawę, że wycofać się to już nie mogę, więc lepiej po prostu przygotować się nieco do godziny W.

3. Aktywność fizyczna wspomaga pracę układu pokarmowego
Nie ma co się czarować, cały układ pokarmowy w ciąży wariuje. Nie chodzi tylko i wyłącznie o legendarne zachcianki ciężarnych, ale też o wieczną zgagę, zaparcia i wzdęcia. Nic przyjemnego, wszystko upierdliwe jak diabli i ciężko się tego dziadostwa pozbyć. Z obserwacji własnych wynika, że odrobinę lepiej jest jak się trochę poruszam. Niewiele lepiej, ale lepiej.

4. Poprawa humoru
Coś tam się człowiekowi wydziela podczas usportawiania się, co powoduje że jest bardziej zadowolony. Się na tym nie znam dokładnie to się wypowiadać nie będę. Ale wiem, że lubię takie pozytywne zmęczenie. Poza tym mam mniej sił i chęci na marudzenie Miśkowi, więc on też lubi jak się zmęczę. Wszyscy są zadowoleni można by rzec.

5. Łatwiejszy powrót do formy po ciąży
Szczerze mówiąc jest to ostatnie o czym myślę. Może faktycznie będzie mi łatwiej zrzucić ewentualne nadprogramowe kilogramy w stosownym momencie. Jednak gdyby to miała być moja jedyna motywacja to mówiąc kolokwialnie olałabym temat. Nie mówię, żeby na stałe wyglądać jak wieloryb, ale nie mam ciśnienia na bycie wybitnie fit. Odrobinę tłuszczyku mnie nie zabije. 

Tak więc pomimo powiększających się w zastraszającym tempie rozmiarów ciała warto się poruszać. Nawet jeśli pierwsze próby okupione są zadyszką, której nie powstydziłaby się nasza babcia. Przyznaję się bez bicia, że pierwsze wyjście na basen w ciąży zakończyło się spaniem przez 20 godzin i pochłonięciem 2 porcji obiadu...Mój bratanek (wtedy ok. 6 miesięcy), który również z nami wtedy był na basenie przeżył to wyjście zdecydowanie lepiej niż jego gruba ciotka :)

I jeszcze jedno. Jakąkolwiek większą aktywność fizyczną konsultuję za każdym razem z moją lekarką, która prowadzi ciążę. Z tej przyczyny prawie cały I trymestr nie ruszałam się nadmiernie i dopiero II trymestr obudził we mnie ducha sportowego. Fajnie się poruszać i ma to dużo zalet, ale tylko wtedy gdy Niedźwiadkom w brzuchach nic nie zagraża.      

środa, 8 kwietnia 2015

319. Omlet biszkoptowy na słodkie śniadanie

Leniwe i długie śniadania to jest coś co tygryski lubią najbardziej. Jeszcze całkiem przyjemnie jak to śniadanie jest słodkie, bom łasuchem jest ogromnym. Miśko co prawda marudzi nieco na słodkie śniadania (mama Krysia jakoś lepiej mnie rozumiała w tej kwestii), coś tam mi przebąkuje o potrzebie jedzenia mięsa i ostrych papryczek. Nie zmienia to jednak faktu, że jak już postanowiłam sobie zrobić słodkiego omleta a jemu usmażyć jajecznicę, to usłyszałam jakieś błagalne prośby, że mam się podzielić tym czymś co tak ładnie pachnie. Pachniał omlet biszkoptowy. Puchaty, słodziutki, wysmarowany dżemikiem truskawkowym mamuni, serkiem waniliowym i jeszcze na dokładkę były banany....no miodzio po prostu. Tak to ja mogę zaczynać dzień. Chociaż są tacy co twierdzą, że to już moje ostatnie chwile na rozkoszowanie się spokojnym śniadaniem. Prorokują, podli ludzie, że Niedźwiadek nie będzie wyrozumiały i nie pozwoli matce na chwile błogiego lenistwa. 
Więc korzystam póki jeszcze mogę.

OMLET BISZKOPTOWY:
-2 jajka
-2 łyżki mąki
-2 łyżki cukru
-szczypta soli
-trochę masła do smażenia
-dodatki według własnych upodobań

Jajka rozdzielamy na białka i żółtka. Białka ubijamy na sztywną pianę ze szczyptą soli. Następnie dodajemy cukier. Nie przerywając mieszania wlewamy żółtka i na koniec wsypujemy mąkę. Gdy całość jest już dokładnie rozmieszana, wylewamy biszkoptową masę na rozgrzaną patelnię z masłem. Smażymy po kilka minut z obu stron, aż się nasz omlet zarumieni. Podajemy od razu i pałaszujemy na ciepło z ulubionymi dodatkami (miód, dżem, twarożek waniliowy, krem czekoladowy, owoce)...i oczywiście ulubioną kawą i herbatą.

SMACZNEGO!

wtorek, 7 kwietnia 2015

Tort w kształcie psa, a w zasadzie Trufli

Okres okołoświąteczny był dla mnie bardzo pracowity i zajęta byłam głównie szeroko pojętym dekoratorstwem. Jednak żeby nie robić tak jak reszta społeczeństwa, nie dekorowałam wcale mazurków ani nie malowałam pisanek. Ja się zajmowałam tortowaniem. Dwa ciekawe torty powstały w tym czasie.
Pierwszy z tortów miał mieć motyw trufli. Co mnie lekko zastopowało, bo trufle same w sobie to takie trochę mało dekoracyjne są. Na szczęście Trufla to też imię ulubionego psa jubilatki, więc zdecydowanie ułatwiło mi to zadanie. 
Co prawda zamiast smukłego psiego ciałka wyszedł mi jamnik z dużą nadwagą, ale to ze względu na potrzeby wykarmienia wszystkich gości. 

piątek, 3 kwietnia 2015

Życzliwości ci u nas (nie) dostatek

Źródło:http://www.franciszkanska3.pl/Swiatowy-Dzien-Zyczliwosci,a,22376
Uwaga, uwaga! Dziś mam zamiar pomarudzić. Co prawda w sposób umiarkowany i mam wrażenie, że na temat słuszny, ale jednak będzie to marudzenie. Ale zacznijmy od początku.

SCENA 1.
Wszystko się dzieje kilka lat temu. Wtedy złamałam sobie jedną, małą kosteczkę w stopie. Tyle tylko, że ta jedna mała kosteczka unieruchomiła mnie skutecznie i kazała zaprzyjaźnić się z gipsem na pół roku. Według zaleceń wszystkich świętych powinnam leżeć i jeść galaretkę (bo ponoć po niej się szybciej kości zrastają) i mam się chować przed jakimkolwiek alkoholem (już wystarczy że tę kostkę to ja po pijaku i w tańcu żem sobie załatwiła). Tyle tylko, że gdybym się tak przykładnie do wszystkiego stosowała to bym sobie wbiła palec w oko z nudów. 
Więc wychodziłam od czasu do czasu na spotkania towarzyskie albo nawet na sanki, zazwyczaj z obstawą służącą pomocą. Raz mi się zdarzyło pójść do biblioteki bez osoby towarzyszącej. Dlatego że już mi się skończyły wszystkie lektury do czytania, a zanim rodzina by wróciła z pracy to by minął hektar czasu. Do biblioteki się doturlałam na tych moich kulach, z powrotem też mi szło w miarę dobrze. Tylko, że strasznie mi zaschło w gardle z wysiłku (skakanie na jednej nodze i opieranie się rękami na kulach dla osoby nieprzyzwyczajonej jest masakrycznie męczące-po pół roku już mnie to nie wzruszało). Weszłam do sklepu po butelczynę czegoś do zwilżenia gardła, wypiłam i wyszłam i.....upadła mi kula. 
I tu zaczyna się mój lekki dramat. Bo nikt (słownie NIKT) nie zatrzymał się żeby mi pomóc i tę kulę podnieść. Męczyłam się dobre parę minut zanim udało mi się jakoś tak schylić, żeby jednocześnie nie stracić równowagi i przypadkiem nie oprzeć się na złamanym kulasie. Łzy w oczach, pot na czole i obłędny wzrok może nie zachęcały do bliższej konwersacji ze mną, ale podejście, podniesienie kuli i podanie mi jej nie powinno większości przechodzących obok ludzi sprawić problemu (naliczyłam z 7-8 osób). Nawet kasjerka, która obsługiwała mnie pół minuty wcześniej mogłaby ruszyć 4 litery zza kasy, bo akurat klienta nie miała żadnego, ale widocznie rozrywka w postaci gapienia się na męczącą się kuternogę była dla niej bezcenna. 
No cóż, taki mój peszek.

SCENA 2.
Tym razem rzecz się dzieje bardziej współcześnie, bo kilka tygodni temu. Akurat się z mężczyzną mojego życia przeprowadziliśmy do nowego mieszkania. Niby mieliśmy całkiem sporo gratów potrzebnych w domu, ale ciągle się okazuje że czegoś brakuje np. kosza na śmieci, ociekacza na sztućce, albo papieru ściernego i szlifierki, nawet łóżka dla nas. Jesteśmy zatem stałymi gośćmi w marketach budowlanych oraz meblowych. A w takich miejscach praktycznie zawsze są kasy z pierwszeństwem "przejazdu" dla takich grubasków jak ja teraz. Nie zawsze się do nich wyrywam, ale czasem po kilku godzinach zakupów już jest mi ciężko i chętnie korzystam z przywileju obsłużenia mnie w pierwszej kolejności. 
Na kolejnych zakupach, które lekko mnie zmogły, udaliśmy się z Miśkosławem właśnie do kasy z pierwszeństwem. Słychać mnie było z daleka jak idę, bo sapałam jak parowóz. Widać też było, bo ciężko taki widok przeoczyć. Jak podeszliśmy do kolejki kasjerka poprosiła mnie do przodu i tutaj się zaczęło. 
Ponieważ pan (w wieku poborowym i wyglądający zdrowo) prawie zapaści jakiejś dostał z oburzenia. No jak to tak to?!? On tu już miał być obsłużony i jakiś wieloryb wszedł przed niego. Generalnie gościa prawie rozdęło, zasapał się prawie jak ja i chyba mu jakaś żyłka pękła bo nagle cały czerwony na japersonie się zrobił.
Drogi Panie oburzony. Jak już stajesz do kasy, która dosyć dobrze jest oznakowana jako kasa specjalna, to się kurna nie dziw, że pewne osoby są w niej w specjalny sposób traktowane. A jak jeszcze nie rozumiesz dlaczego tak jest to możesz sobie wepchnąć arbuza w tyłek i zobaczyć czy fajnie ci się z nim chodzi.

SCENA 3. 
Tym razem scena finałowa, przez którą mi się już całkiem ulało. 
Kilkanaście dni temu moi rodzice wracali z działki. Wiecie, sezon wegetacyjny się zaczyna, prac na działce coraz więcej, więc i oni pojechali poogarniać trochę to i owo. Pech chciał, że ukochana "audica" taty Lesia odmówiła posłuszeństwa w drodze powrotnej. Zdarza się, że samochód się psuje. Kilka telefonów i już żeśmy z Miśkosławem jechali z misją ratunkową. Tylko sami rozumiecie, zanim Miśko zszedł z drabiny gdzie akurat wieszał zasłonki, zanim jak się sturlałam z łóżka i doturlałam do samochodu, zanim w końcu przebiliśmy się na drugą stronę Warszawy (ech...kiedyż znowu będzie można śmigać po Łazienkowskim) i zanim w końcu dojechaliśmy do rodziców to trochę czasu minęło. W międzyczasie zrobiło się ciemno i dosyć chłodno. Mama Krysia co prawda zazwyczaj jest zapobiegliwa i na wszelki wypadek wozi termos z gorącą herbatą, ale oczywiście tym razem musiał być ten jeden jedyny raz gdy go nie zrobiła. 
Ja wiem, że dużo się teraz słyszy o jakiś napadach, że w większości ludzie posiadają przy sobie telefony komórkowe i są samowystarczalni, że oni stali w środku ciemnej czarnej d...py (w sensie las był dookoła), że się pewnie cała ludzkość spieszyła do domu i w ogóle ja dużo rozumiem. Ale jednak na te miliard samochodów, które ich mijały, to szkoda że się nikt nie zatrzymał i nie zapytał czy jakoś pomóc, albo czy gdzieś nie zadzwonić. Nawet policja ich mijała i nie wykazała się w żaden sposób troską o obywatela. Tak jakoś po prostu przykro się robi jak myślę, że nikomu do głowy nie przyszło, żeby się chociaż na chwilę zatrzymać, bo może akurat im się telefon rozładował i nie mieli jak wezwać pomocy (swoją drogą po kilku telefonach faktycznie im się rozładowała bateria). 

Święta się zbliżają. Może to nie są te akurat, gdzie wesoły czerwony pan z przepitym nosem woła "Ho ho ho" i w ogóle wszyscy się cieszą, że prezenty zaraz dostaną. Ale na Wielkanoc też można się zastanowić jak często patrzymy trochę dalej niż na czubek własnego, wygodnego nosa. 
Co prawda, takie niemiłe sytuacje zdarzają mi się rzadziej niż przejawy ludzkiej życzliwości, ale jak już są to zostają w pamięci na długo. I na długo zostaje też jakiś taki niesmak i się czasem ulewa złość.

PS. Co prawda rzadko już teraz przemieszczam się komunikacją publiczną, bo prawie zawsze na posterunku jest Miśko-mój osobisty szofer, ale strzeżcie się wieloryba w mojej postaci. A szczególnie jak jedzie ze mną mama Krysia i wszyscy pasażerowie na miejscach siedzących pospuszczają głowy udając, że mojego brzucha nie widzą. Krystynka powie wam wtedy kilka prostych, żołnierskich słów o kulturze i dobrym wychowaniu. :)