środa, 27 maja 2015

Filmy na wieczór z mamą

Wczorajszy Dzień Matki, był pierwszym który mogłam świętować. I świętowanie było z przytupem, bo wreszcie urzędowo mamy potwierdzone, że ja jestem mamą a Miśko tatą. Papier jest i już zaprzeczyć niczemu nie możemy...i nie chcemy. Moja mama miała dyżur z Lucynką w trakcie naszych urzędowych przejść. Ale dziś już na spokojnie możemy poświętować w bardziej tradycyjny sposób. I mama Krysia i ja i Lucynka przy okazji. Wspólny spacer i lody albo jakieś dobre ciacho umilą nam ten dzień, a może i uda się jakiś film miły obejrzeć (a to już tylko ja i mama Krysia bo Lucy jeszcze zasypia na filmach :) ). 
Gdyby ktoś tak jak ja miał lekki poślizg, albo planował na weekend jakieś większe spotkania rodzinne to może zamiast tradycyjnego kwiatka i ciasteczka spodobają wam się propozycje na wspólny wieczór. Bo może wspólne obejrzenie filmu i podyskutowanie będzie fajniejsze niż namacalny prezent. 

A poniżej kilka filmów idealnych na wieczór z mamą. Część z nich już z mamą Krysią obejrzałyśmy, a część ciągle czeka na chwilę czasu. Jednak wszystkie są takie miłe, kobiece i przyjemne....tylko wziąć ciasteczko i dobrą kawę i oglądać :)

SŁUŻĄCE-Tate Taylor
Film na podstawie książki o tym samy tytule. Jedno i drugie godne polecenia. Całość opowiada o skandalu obyczajowym jaki wywołała pewna młoda dziennikarka opisująca los czarnoskórych służących w Ameryce, w latach 60-tych XX wieku. Pouczające i szczerze mówiąc trochę straszne, jak pomyśli się o tym, że to wszystko całkiem niedawno się działo.


KWIAT PUSTYNI-Sherry Hormann
Znowu filmowa adaptacja książki. Znowu historia trochę straszna, bo wciąż na świecie dzieją się okrutne rzeczy takie jak opisywane w filmie rytualne obrzezanie dziewczynek. Ale warto to zobaczyć.
 
 
GWIEZDNY PYŁ-Matthew Vaughn
Tym razem zdecydowanie bardziej komediowa propozycja. Jest magia, czary, piękna historia miłosna, walczący ze sobą brodaci wojownicy. Na dokładkę jest Michelle Pfeiffer jako zła wiedźma no i wisienka na torcie....rewelacyjny Robert De Niro, jako kapitan okrutnych piratów, tańczący w rajtuzach baletnicy. Myśmy się popłakały ze śmiechu.


HISTERIA, ROMANTYCZNA HISTORIA WIBRATORA-Tanya Wexler
Anglia w czasach wiktoriańskich i niecodzienne metody leczenia tzw. kobiecej histerii...czyli popędu seksualnego. Przezabawna komedia, świetne kino kostiumowe, a przy okazji jakie pouczające.

DOBRY ROK-Ridley Scott
Idealny film na spokojny, babski wieczór. Jest przystojny Russel Crowe, są piękne prowansalskie widoki, jest miła dla ucha muzyka, wątek miłosny też jest. No i jeszcze historia jak z bajki. Taka męska wersja toskańskich historii o porzuceniu pędzącego świata na rzecz uprawy winorośli. Przyda się kieliszek wina do oglądania.
 

   

piątek, 22 maja 2015

331. Ciasteczka bajaderki od wielce perfekcyjnej pani domu

Jak tylko zmienił się mój status z matki polki ciężarowej na pełnoprawną matkę polkę misiową, postanowiłam jednocześnie zyskać tytuł Perfekcyjnej Pani Domu. Od tej chwili mój bobas będzie uśmiechnięty jak w reklamie, dom będzie lśnił czystością że nie tylko biała rękawiczka ale i białe kalesony i skarpety mu nie straszne, a na Miśkosława zawsze będzie czekał dwudaniowy obiad i wypasiony deser. Nawet klozet będę myć zawsze perfekcyjnie umalowana i uczesana....nie no żarty. Lucynka jest bardzo grzeczna, ale i tak ogarniamy się powoli. Mieszkanie wygląda jak po przejściu tornada, a jedzenie oglądamy głównie wtedy jak rodzice nam dostarczą jakieś miłe słoiki i w ogóle ktoś przypomni, że zjeść coś trzeba. Te bajaderki powstały zanim Lucy pojawiła się po tej stronie brzucha. Ale Perfekcyjna Pani Domu pochwaliłaby na pewno przepis na te bajaderki, bo dzięki nim nie zmarnuje się żaden okruszek zeschniętego ciasta. Niestety czasem tak bywa, że się gdzieś jakoś zawieruszy kawałek drożdżowego ciacha, które po tygodniu może już tylko służyć do łamania zębów...a tak dzięki niemu można mieć małe bajaderki idealne do kawy.

BAJADERKI:
-ok. 200g ciastek np. biszkoptów lub herbatników, a najlepiej zeschniętego ciasta (drożdżowe, biszkopty czy inne ucierane zakalce)
-pół kostki masła
-pół szklanki mleka
-duży chlust esencji waniliowej i wiśniówki
-3-4 czubate łyżeczki kakao
-łyżka kremu czekoladowego (może być ten popularnej firmy albo inny)
-2-3 łyżki ulubionego dżemu (u mnie był akurat dżem figowy ale inne też się sprawdzą-polecam wiśniowy)
-garść płatków migdałowych, suszonej żurawiny lub innych ulubionych bakali
-ewentualnie trochę cukru jeśli ktoś lubi bardzo słodkie słodkości
-wiórki kokosowe do obtoczenia

1. Powiem tak....ja przepuściłam wszystko przez blender i powstała z tego w miarę gęsta masa, która wylądowała na kilka godzin w lodówce. Po tym czasie łatwiej jest formować małe kuleczki, które następnie obtaczamy w wiórkach kokosowych. Tak przygotowane kuleczki najlepiej, żeby jeszcze na chwilę wylądowały w lodówce. Po tym czasie są już gotowe do zjedzenia. 

....jeśli ktoś nie posiada tak genialnego blendera jak ja (polecam poczytać post o gadżetach niezbędnych w mojej kuchni) można ciasta zetrzeć na tarce lub połamać na drobno. Mleko lekko podgrzać z masłem i wszystko razem dokładnie wymieszać. Dalej postępować tak jak powyżej opisałam.

SMACZNEGO!



czwartek, 21 maja 2015

Ponad 4kg szczęścia w pakiecie z morzem oksytocyny

No i stało się! Wreszcie, dokładnie tydzień temu, rozpakowaliśmy naszą pamiątkę z wakacji w Alpach:) 
Niedźwiadek okazał się być misiową panienką Lucynką, o jakże misiowych rozmiarach przy urodzeniu (61cm długości i 4375g wagi).
Chociaż coś podejrzewałam, że burza hormonów może nieco namieszać w moim światopoglądzie to nie sądziłam, że aż tak można się rozczulać na widok małego bobasa. Bo nasz bobas jest najpiękniejszy i najwspanialszy na świecie. I nie ma opcji żebym zmieniła zdanie. 
Lucynka na szczęście jest na tyle grzeczną dziewczynką (to na pewno po mamusi), że cisza i przerwy na blogu może nie będą trwały jakoś wybitnie długo. Ale jednak pojawić się mogą, więc proszę o nieco cierpliwości.

środa, 13 maja 2015

330. Razowa tarta z brokułami i serem pleśniowym

Pomimo poniedziałkowej lekkiej paniki, jeszcze jesteśmy w dwupaku z Niedźwiadkiem. Jeszcze się toczę okrąglutka jak balonik. I jeszcze mam czas żeby robić różne wymyślne obiadki. Wymyślne są dlatego, że niestety z tradycyjnymi przepisami mam trochę na bakier. Miśko raczej rzadko kiedy ma okazję jadać kotleciora z ziemniorami w moim wykonaniu. Jeśli mu brakuje takich specjałów to zawsze może iść na obiad do mamy swojej...albo mojej. 
U mnie na obiad może dostać wynalazek jakiś, np. taki jak razowa tarta z brokułami i serem pleśniowym. Lekko się obawiałam czy tarta wyjdzie dobra, a przede wszystkim czy jest odpowiednia na obiad. No wiecie, chłopa trzeba karmić, a jak wróci z pracy to lepiej mu nie dawać sałaty albo innych popierdułek tylko coś konkretnego. O dziwo ta razowa tarta spełnia wszystkie obiadowe oczekiwania, bo jest naprawdę bardzo sycąca. Za rekomendację jej smaku niech posłuży fakt, że w przeciągu ostatnich kilku dni robiłam ją już dwa razy. I ciągle słyszę jakieś ciche Misiowe pomruki, że może jeszcze raz by ją zrobić zanim się udam na z góry zaplanowane pozycje w szpitalu.

 RAZOWA TARTA Z BROKUŁAMI I SEREM PLEŚNIOWYM:
(z podanych proporcji zrobiłam tartę w tortownicy o średnicy ok. 26cm)
CIASTO:
-ok. 400g mąki (pół na pół zwykła pszenna i żytnia razowa)
-3/4 kostki masła (schłodzone)
-3 łyżki jogurtu greckiego
-1 jajko
-duża szczypta soli
-ewentualnie zioła np. suszone oregano, czarnuszka, rozmaryn, papryka

FARSZ Z BROKUŁAMI:
-duży brokuł 
-kawałek (ok. 150g) łagodnego żółtego sera np. Gouda, Edam
-kawałek (ok. 150g) wyrazistego sera z niebieską pleśnią np. Gorgonzola, Saint Agur, Roquefort
-3 jajka
-3 łyżki jogurtu greckiego
-garść świeżego tymianku, papryka wędzona, sól, pieprz
-dla mięsożerców kilka plastrów wędzonego boczku

1. Z podanych składników zagnieść elastyczne ciasto. Jeśli zajdzie potrzeba dodać odrobinę mąki (gdy będzie za mokre) lub trochę jogurtu (gdy będzie za suche). Można dodać do ciasta trochę ziół, ale nie jest to konieczne. Gotowe ciasto włożyć do lodówki na pół godziny. Po tym czasie rozwałkować ciasto na grubość ok. 0,5 cm i przełożyć do przygotowanej foremki. Na wierzch ciasta położyć kawałek pergaminu lub papieru do pieczenia i obciążyć je grochem lub ryżem żeby nie wyrosło za bardzo. Tak przygotowane wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st na około 10 minut.

2. W czasie chłodzenia się ciasta i jego podpiekania przygotować farsz. Brokuła umyć dokładnie i podzielić na różyczki. Sparzyć go we wrzątku. Ser żółty zetrzeć na tarce, wymieszać go z jajkami, jogurtem, przyprawami i ewentualnie pokrojonym w drobną kostkę boczkiem. 

3. Na podpieczony spód tarty wyłożyć różyczki brokuła. Zlać całość równomiernie masą serowo-jajeczną. Na wierzchu pokruszyć ser pleśniowy. Tak przygotowaną tartę brokułową wstawić do piekarnika (ciągle w temp. ok. 170st), na mniej-więcej 30 minut. Gdy zacznie mocno pachnieć i masa mocno zgęstnieje to znaczy, że już tarta jest gotowa.

SMACZNEGO!

poniedziałek, 11 maja 2015

329. Wiosenne ciasto drożdżowe z rabarbarem i truskawkami

Jak już kiedyś wspominałam, ciasto drożdżowe jest w mojej kuchni hitem ostatniego miesiąca. Po bułeczkach z różnymi owocami, chałkach i pizzerinkach przyszedł czas na ciasto drożdżowe takie bardziej klasyczne. Ciasto drożdżowe było bardzo wiosenne i kolorowe z rabarbarem i truskawkami, a na wierzchu zamiast klasycznej kruszonki były płatki migdałów. Pachniało w całym domu...przez ten krótki dosyć moment dopóki ciasto nie zostało zjedzone :) 


CIASTO DROŻDŻOWE Z RABARBAREM I TRUSKAWKAMI:
(proporcje przewidziane są na blachę wielkości ok. 30x40cm)
-zaczyn drożdżowy (30g świeżych drożdży+szklanka ciepłego mleka+łyżeczka cukru)
-ok. 400g mąki pszennej
-3-4 łyżki cukru
-3 jajka
-pół kostki rozpuszczonego masła
-skórka z połówki cytryny
-3-4 łodygi rabarbaru
-garść lub dwie truskawek
-trochę cukru pudru
-trochę płatków migdałów

1. Przygotować zaczyn drożdżowy, czyli podgrzać (absolutnie nie gotować) mleko. Wsypać cukier i pokruszyć drożdże. Odstawić całość na kilkanaście minut w ciepłe miejsce, aż zaczyn zacznie pracować.

2.Do dużej miski wsypać mąkę, cukier, dodać jajka, skórkę z cytryny. Dolać zaczyn drożdżowy i zacząć całość wyrabiać. Na koniec, cały czas wyrabiając ciasto, dolać wystudzone masło. Całość finalnie powinna mieć konsystencję dosyć lejącą, takiej mniej-więcej gęstości jak śmietana. Odstawić ciasto do wyrośnięcia w ciepłe miejsce, na co najmniej pół godziny.

3. Przygotować sobie owoce. Rabarbar obrać i pokroić w plasterki, truskawki umyć i odszypułkować. Jeśli są duże pokroić je na mniejsze cząstki. Wyrośnięte ciasto wylać na przygotowaną blaszkę. Na wierzch w miarę równomiernie rozsypać owoce. Wierzch ciasto posypać równomiernie odrobiną cukru pudru i na koniec płatkami migdałowymi. Tak przygotowane ciasto wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st na około 30-40 minut, aż się zarumieni i będzie suche w środku.

SMACZNEGO!

A tymczasem posilając się kawałkiem ciasta...pakuję się i Niedźwiadka do szpitala. W najbliższym czasie może pojawić się cisza na blogu spowodowana tą naszą małą rewolucją :)

piątek, 8 maja 2015

Gadżety absolutnie niezbędne w (mojej) kuchni

Chociaż uwielbiam wszelkiego rodzaju gadżety kuchenne i zbieram je wręcz maniacko, to mam też pełną świadomość, że część z nich mogłabym sobie odpuścić. Część kupiłam lub zdobywałam w inny sposób, ale finalnie lądują w szufladzie rzadko kiedy używane. Jest też część, do której być może początkowo byłam sceptycznie nastawiona, ale teraz nie wyobrażam sobie kuchennego życia bez nich. Ot takie moje kuchenne "must have". To tylko kilka gadżetów, a naprawdę ułatwiają i umilają życie w kuchni.

RÓZGA
Kiedyś myślałam, że taka rózga to w zasadzie zwykła trzepaczka, ale rózga to turbo-trzepaczka według mnie. Piany z białek i tak już zazwyczaj ręcznie nie ubijam, ale za to wszelkie sosy, kremy, ciasta i inne grudkowate klajstry znakomicie ogarnia. Grudki nie mają szans w zestawieniu z tym magicznym gadżetem, więc polecam szczerze. Jak widać posiadam nawet dwie sztuki, żeby w strategicznych momentach na dwie ręce kręcić kremy.


WAGA KUCHENNA
 Zasadniczo nie lubię aptecznego gotowania i odmierzania wszystkiego co do grama. Zdecydowanie bardziej wolę przeliczać wszystko na szklanki, łyżki, albo nawet chlusty :) Ciasta też piekę "na oko" chociaż podobno w cukiernictwie liczy się precyzja. Waga przydaje się jednak w tym momencie mojego radosnego, błogosławionego życia...czyli w ciąży. Bo czasem muszę dokładnie wyliczyć ile np. płynów wypiłam w ciągu dnia, czyli przeliczyć ile dokładnie ml pojemności ma akurat ta szklaneczka soku albo kubek kawy. Miśko z kolei przy pieczeniu chleba chwali sobie to malutkie urządzenie. Przydaje się również jeśli chcemy zrobić ciasto z mniejszych proporcji niż jest w przepisie. W ogóle odkryłam ostatnio że przydaje się często.

ZAGNIATACZ DO KRUCHEGO CIASTA
A to jest w ogóle odkrycie stulecia. Nie mam pojęcia jaka jest fachowa nazwa tego niepozornego gadżetu, ale służy on do zagniatania kruchego ciasta.  Genialne w swej prostocie, pozwala zapobiec nadmiernemu ogrzewaniu się masła i w ogóle całego ciasta podczas zagniatania. Do tego nie wiedzieć czemu gadżet ten jest na tyle atrakcyjny dla wszystkich, że nawet mój ukochany mężczyzna rwie się do zagniatania ciasta za pomocą tego zagniatacza. Jednym słowem ja się męczyć nie muszę...same korzyści i ciasto wychodzi kruche jak trzeba.
A i jeszcze jak trzeba do dobrze pomidory zgniecie na miazgę i pieczarki posieka :)


SYLIKONOWE ŁOPATKI DO CIASTA
Kiedyś się zastanawiałam po co kupować takie łopatki i w czym one są niby lepsze od zwykłej łyżki. Teraz już wiem. Genialnie można przy ich pomocy wyskrobać całe ciasto z miski lub inne półpłynne klajstry. Gorzej, że w takiej misce po cieście nie zostaje już nic do wylizania dla łakomczuchów. 
Takie łopatki sprawdzą się również kiedy trzeba naleśniki na drugą stronę odwrócić na patelni albo zamieszać coś w garnku. Jak zwykle potrzeba matką wynalazku i różne już zastosowania znaleźliśmy dla nich. 
Poza sylikonowymi łopatkami posiadam jeszcze mnóstwo innych sylikonowych gadżetów w kuchni. Ogólnie jestem ich wielką fanką. Polecam wszelkie foremki, wałki, stolnice, durszlaki, przenośne miski itp.


DOMOWY ZESTAW DO PARZENIA KAWY
Już raz o tym pisałam, że nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez kawy, a co za tym idzie bez mojej kawiarki w której ją zaparzam. Tak jak pisałam poście co zapakować do walizki, zabieram ją często w podróż. Niedawno do kawiarki, w ramach akcesoriów koniecznych mi do szczęścia, dołączył spieniacz do mleka i ulubiony kubek ze sfochowanym misiaczkiem. Jeszcze dodałabym kilka syropów smakowych i młynek z wanilią i cynamonem. No cóż...kawa jest taka jaką lubię najbardziej, a że walizka czasem ciężka przez to wszystko to mówi się trudno.

BLENDER Z RÓŻNYMI DODATKAMI
A to już najnowszy nabytek a naszej kuchni. Stary blender nie wytrzymał próby czasu, a tu za chwilę będzie trzeba ogarniać jakieś przeciery i zupki dla Niedźwiadka. Postanowiliśmy z Miśkiem zainwestować w trochę bardziej wypasiony blender i w ten sposób wybór padł na Braun Multiquick7. Oprócz tego, że jest blenderem można podłączyć końcówkę z trzepaczką, albo podłączyć do misy gdzie możemy różne ciekawe wkładki wykorzystać. Są więc tarki o różnych grubościach, końcówka do plasterkowania, końcówka do zagniatania ciasta (!) i siekacz, który może zastąpić nam np. maszynkę do mięsa. Jednym słowem jest świetny i co chwila go wykorzystujemy do kręcenia kremów, ciast, siekania mięsa, cebuli, przygotowywania sosów czy sałatek albo past kanapkowych. Polecam z czystym sumieniem.

środa, 6 maja 2015

328. Klasyczna lemoniada na urodziny

Dziś taki miły dzień. Rzekłabym nawet, że to najfajniejszy dzień w roku. W sensie, jakby jeszcze ktoś się nie domyślił, są moje urodziny. Toastu za zdrowie i łatwość porodu żadnymi napojami wyskokowymi wypić nie mogę. Jednak zamiast alkoholu i procentów mam smaczniejsze bąbelki. Bardzo orzeźwiająca, klasyczna lemoniada z cytryn i mięty. Łatwo zrobić takie dobre piciu. Jak ma się super-wypasiony-czaderski słoik to można też zabrać ze sobą lemoniadę na spacer. Na nadchodzące lato to będzie idealny napój. Nic tylko robić i pić...a w międzyczasie można podgryzać wiosenne ciasto drożdżowe z rabarbarem, truskawkami i migdałami (niedługo na blogu będzie przepis na takie cudo). 

KLASYCZNA LEMONIADA:
(proporcje moje ulubione na spory dzbanek)
-2-3 cytryny
-garść liści świeżej mięty
-schłodzona gazowana woda mineralna
-2-3 łyżki syropu cukrowego* lub miodu
-dużo lodu

Wykonanie jest banalnie proste. Cytryny trzeba sparzyć i umyć dokładnie. Wycisnąć z nich sok (można zostawić kilka plasterków do dekoracji). Wlać sok do dzbanka, dodać liście mięty oraz syrop cukrowy. Dolać trochę wody i dokładnie całość zamieszać. Wsypać kostki lodu i dopełnić do końca dzbanek wodą mineralną.

*syrop cukrowy, czyli roztwór nasycony (chemia się kłania) wody i cukru-robi się banalnie prosto bo do wrzątku wsypujemy cukier i ciągle mieszamy, jak przestanie się rozpuszczać to przestajemy wsypywać. Łatwiej się nim słodzi nim zwykłym cukrem, bo przynajmniej nie zostają grudki.

SMACZNEGO!

poniedziałek, 4 maja 2015

327. Pizzerinki, czyli ślimaczki z ciasta drożdżowego z nadzieniem do pizzy

Końcówka mojej ciąży przebiega pod znakiem ciasta drożdżowego i różnego rodzaju bułeczek. W kuchni panuje szeroko pojęta demokracja, tak więc są wypieki zarówno te słodkie jak i te wytrawne. Wśród tych wytrawnych niepodzielnie królują małe bułeczki z nadzieniem jak do pizzy, pizzerinki. Jako, że Miśko jest (nie bójmy się tego określenia) pizzoholikiem, to od kiedy zrobiłam je pierwszy raz to teraz co najmniej raz w tygodniu zwijam te ślimaczki. Jakoś tak łatwiej mi zrobić małe pizzerinki niż jedną dużą pizzę. Poza tym są bardziej poręczne i można zabrać je ze sobą na wycieczkę, spacer albo spotkanie towarzyskie. No i wrzucić do środka można praktycznie wszystko co jest w lodówce. Potrzeba tylko trochę dobrego sosu pomidorowego i odrobina sera, a reszta to już kwestia wyobraźni...ewentualnie zawartości lodówki.

PIZZERINKI, ŚLIMACZKI Z CIASTA DROŻDŻOWEGO Z NADZIENIEM DO PIZZY:
CIASTO:
-ok. 400g mąki pszennej
-1 jajko
-0,5 kostki roztopionego masła
-duża szczypta soli
-zaczyn drożdżowy (ok. 3/4 szklanki mleka, łyżeczka cukru, 1/3 opakowania świeżych drożdży)

NADZIENIE:
-garść czarnych oliwek
-kilka plastrów salami
-garść świeżej bazyli
-trochę ulubionego sera 

1.Przygotować zaczyn drożdżowy, czyli delikatnie podgrzać (nie gotować!) mleko, dodać do niego cukier i pokruszone drożdże. Odstawić całość w ciepłe miejsce na kilka minut, żeby drożdże zaczęły pracować.

2. Wymieszać ze sobą mąkę, sól i jajko. Wyrabiać całość rękoma i dodać zaczyn drożdżowy. Na koniec, nie przerywając wyrabiana dodać roztopione i przestudzone masło. Całość powinna być bardzo elastyczna i miękka. Jak już skończymy wyrabiać ciasto odstawiamy je w ciepłe miejsce na co najmniej pół godziny, aż powiększy swoją objętość.

3. Gotowe, wyrośnięte ciasto trzeba rozwałkować na grubość ok. 0,5 cm. Wałkujemy tak, żeby powstał prostokąt (ok. 20x45cm). Na prostokącie równomiernie rozsmarowujemy sos pomidorowy, zostawiając tylko ok. 2 cm wolnego ciasta wzdłuż jednego z dłuższych boków. Następnie równomiernie rozkładamy wszystkie dodatki, a potem zwijamy roladę pizzową taką żeby wolny od sosu brzeg zamykał całość. Można posmarować ciasto lekko wodą, żeby się łatwiej skleiło. Tak przygotowaną roladę kroimy na niezbyt grube plastry (ok. 1-1,5cm). Układamy je na blaszce, zostawiając spore odległości między każdą bułeczką. Na wierzchu każdej pizzerinki układamy trochę ulubionego sera-świetnie sprawdzają się różne rodzaje startego żółtego sera, ser pleśniowy, mozzarella oraz feta (wszystko już przetestowaliśmy :) ). Blaszkę jeszcze odstawiamy na kolejne 10 minut w ciepłe miejsce, w tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 180st. Pizzerinki pieczemy przez 10-15 minut, aż się zarumienią, a ser na wierzchu się rozpuści.
I już gotowe...można spakować i zabrać na piknik lub spacer :)

SMACZNEGO


piątek, 1 maja 2015

326. Pieczone buraki, ser feta i kasza bulgur w sałatce

Tak to już dziś...Wielkie otwarcie sezonu grillowego. Rodacy tłumnie ruszają na majówkowe wyjazdy, albo już na nich są, bo zdecydowali się postać w korkach we wczorajsze popołudnie (zaskoczył mnie widok zakorkowanej Trasy Łazienkowskiej wiodącej do spalonego mostu-w sensie korki były wszędzie). Nawet taki grubasek jak ja ma zamiar ruszyć swoje ciężarowe jestestwo z posad i wyjechać za miasto. Chociaż powiem szczerze, że patrząc za okno to jakoś tak pogoda mnie silnie nie zachęca do aktywności. Raczej do zakopania się pod kocykiem z talerzem czegoś dobrego do jedzenia. W ramach tego czegoś dobrego to proponuję sałatkę z pieczonego buraka i kaszy bulgur. Pierwotny przepis znalazłam tutaj, ale oczywiście dodałam co nieco od siebie i zmieniłam lekko. Rodzinie smakowało bardzo, a Miśko mruczy że chce więcej. To co mi innego zostało. Chłopa trzeba nakarmić. A taka sałatka na grilla też się przyda jako miły przerywnik między mięsiwami.

PIECZONE BURAKI, SER FETA I KASZA BULGUR W SAŁATCE:
-pół szklanki kaszy bulgur
-2 średniej wielkości buraki
-pół selera
-korzeń pietruszki i natka pietruszki
-ser typu feta (200g)
-garść pestek dynii
-trochę natki kolendry
-sok z połówki cytryny
-sól, pieprz, oliwa

1. Buraki umyć dokładnie, obciąć im dupkę i czubek. Oprószyć solą i pieprzem i skropić oliwą. Tak przygotowanego buraka zawinąć dokładnie w folię aluminiową. Podobnie przygotować selera i pietruszkę. Warzywa piec w piekarniku rozgrzanym do 180st, przez około 30-40 minut, aż zmiękną.
Jakby co to zapewne też można je na grillu upiec. Tylko trzeba pamiętać, żeby przekręcać je co jakiś czas żeby się równomiernie upiekły.

2. Ugotować kaszę bulgur (ja do swojej dodałam pod koniec gotowania trochę kuminu jeszcze).

3. Pokruszyć ser, posiekać natkę pietruszki i kolendry, pokroić we w miarę drobną kostkę upieczone warzywa. Wymieszać to wszystko razem z kaszą i pestkami dyni (pestki polecam wcześniej uprażyć na suchej patelni). Skropić wszystko oliwą i sokiem z cytryny. Doprawić solą i pieprzem i odłożyć na chwilę żeby się całość przegryzła.

SMACZNEGO!