poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Matka Polka Jedyna Prawdziwa


Wakacje się kończą, wszyscy przeżywają powrót do szkoły. Ja jakoś mniej to przeżywam, bo wyrosłam już z ławki szkolnej, za to Luśka  jeszcze do niej nie dorosła. Poprzeżywam sobie coś innego zamiast. 
Internet to skarbnica wiedzy, mówi na przykład jaka powinna być Matka Polka. Ale taka prawdziwa najprawdziwsza, a nie jakaś tam popierdułka co po prostu ma dziecko. Taka prawdziwa MUSI urodzić siłami natury, innej opcji po prostu nie ma. Nie wskazane jest przy tym, żeby prosiła o znieczulenie, bo przecież natura nas tak stworzyła, że mamy wytrzymać ten ból. Zresztą co to za ból....to orgazmiczne przeżycie, cud narodzin, sama rozkosz, przechodzenie przez tunel życia et cetera et cetera . O cesarsce w ogóle wspominać nie trzeba, bo powszechnie wiadomo, że cesarka to nie poród.

Jak już Matka Polka urodzi to obowiązkowo karmi piersią. W życiu nie poda dziecku mleka modyfikowanego, przecież to prawie tak samo jakby dała tynk ze ścian. To potwór a nie matka by była. To już lepiej w pierwszej dobie po porodzie jak jest obolała....wróóóóóóć, szczęśliwa z cudu narodzin, przystawiać małego ssaka 34 razy do piersi na rozruszanie laktacji i nie wzruszać się pogryzionymi brodawkami i innymi strasznymi przypadłościami.

Kiedy już karmi tym cycem to musi oczywiście odpowiednio się odżywiać. Tak żeby przypadkiem nikt nie pomyślał, że to przez jej mleko dziecko ma kolki. Tak więc do jedzenia tylko ryż, marchewka i gotowany kurczak, a do picia herbatka na laktację.Nie ważne, że nie smakuje i wywołuje odruch wymiotny. Nic innego jeść nie wolno, broń Boże czekolady (bo zaparcia), nabiału (bo może mieć nietolerancję laktozy), ziół (bo zmieniają smak mleka), przypraw (bo zaszkodzą w niepojęty sposób),  czy innego zielonego groszku (bo wzdęcia jak stąd do Honolulu). I ten cyc na zawołanie, bo przecież smoczka też nie można dać, bo to taki niehumanitarny zatykacz dziecka. Zamiast smoczka jest oczywiście cyc. Więc ten cyc jest wszędzie. I nikt się nie może oburzać na widok cyca, bo Matka przecież nie musi dbać o skrępowanie innych. I Matka odczuwa ogromną radość z tego cyckowania. Nie może być inaczej, przecież karmi swojego dziubdziulka. Nie przeszkadza jej więc nijak ssak wiecznie uwieszony w strategicznym punkcie. 

A cycem (i resztą Matkowego ciała) chciałby się czasem małżonek lub konkubent zainteresować, ale Matka nie ma czasu na takie bzdety. Ba nie ma nawet ochoty. Bo jeszcze nie daj Boże trzeba by na siebie spojrzeć delikatnie krytycznym wzrokiem i się okaże, że lekko Matka się zapuściła. Tylko, że przecież malowanie paznokci, farbowanie włosów, czy inne maźnięcie tuszem po rzęsach jest niedopuszczalne. Toć Matka nie jest pustą lalą. Nie będzie się stroić w czasie gdy dziecko może jej potrzebować. Zresztą ten uroczy dziubdziulek i kocha swoją mamcię, co mu zaraz cysia da. Więc miłość mężczyzny jest w zasadzie zbędna. No chyba, że Matka zapragnie rodzeństwa dla dziubdziulka, to wtedy jednak mężczyzna jej się przyda. 

Matka nie ma czasu na strojenie się, ale za to ma czas na buszowanie w internetach. I właśnie tam najczęściej (ewentualnie na placu zabaw czy w przychodni) chętnie dzieli się swoim spostrzeżeniami z nieuświadomionymi matkami. One tylko aspirują do miana Matki, ale im do tego daleko. Trzeba uświadamiać głośno i wyraźnie, bo przecież Matka wie najlepiej. Wszystko wie najlepiej. 
Czy szczepić czy nie (absolutnie nie bo autyzm cię zaatakuje). Jaki wózek wybrać (no przecież nie taki jak ty masz bo ten strasznie skrzypi). Jak wychować (za dużo nosisz swoje dziecko na rękach i wyrośnie z niego rozpuszczony bachor). Czy trzymać w domu zwierzaka po urodzeniu malucha(no coś ty, lepiej zrzucić go z 9 piętra). Wiadomo, moja racja jest najmojsza.
Strasznie dużo Matka Polka musi gadać. A jednak lepiej by było żeby zamilkła, bo androny plecie. 



*część z tekstów "Matki Polki" jest autentyczna i zasłyszana przeze mnie przy różnych okazjach. 

**tekst powstał pod wpływem jednego z wpisów Angeliki z Mama-granda.pl, oraz mojej przeogromnej irytacji rozmową pani Marzeny Rogalskiej  na temat cesarskiego cięcia na życzenie (tutaj można obejrzeć tą rozmowę).

czwartek, 27 sierpnia 2015

354. Galaretka z cydru z owocami

 Chyba jeszcze z czasów studiowania ogrodnictwa mam lekką słabość do jabłek. A dokładniej mówiąc do wyrobów z nich, bo takie na surowo jedzone jakoś mnie nie kręcą. Cydr to co innego. Kręci i to nawet bardzo. 
Jednak czasy, kiedy można było spożywać napoje wyskokowe bez konsekwencji, szaleć do rana i spać do południa już za mną. Teraz poważną Matką Polką Wiecznie Przejmującą Się Potomstwem jestem. Nawet jak Niuniuś pójdzie spać to szaleć nadmiernie nie ma sensu. Ona wstanie a ja będę dogorywać...nie dziękuję. Więc z cydru zrobiłam galaretkę. Smak zostaje, a alkohol (niestety) wyparował. Do tego garść owoców i jest prawie że dietetyczny deser. 

GALARETKA Z CYDRU Z OWOCAMI:
-0,5 l cydru z jabłek
-2 łyżki cukru trzcinowego
-2 łyżki żelatyny
-spora szczypta cynamonu
-garść ulubionych owoców, kilka świeżych listków melisy

Cydr wlewamy do garnuszka i podgrzewamy z cukrem, aż ten się rozpuści. W międzyczasie do żelatyny dodajemy minimalną ilość zimnej wody (tak tylko żeby zmoczyć ją), a następnie wlewamy niecałe pół szklanki wrzątku i energicznie mieszamy, aż do całkowitego rozpuszczenia. Żelatynę wlewamy do gorącego cydru, dodajemy jeszcze cynamon i całość dokładnie mieszamy. 

Na dnie miseczek/słoiczków/salaterek (czy co tam znajdziemy pod ręką) układamy trochę owoców i po kilka listków melisy. Zalewamy całość gorącym cydrem i odstawiamy do wystygnięcia. Następnie wkładamy do lodówki i czekamy aż galaretka stężeje. 

SMACZNEGO!




wtorek, 25 sierpnia 2015

Matka Polka na gignacie, czyli na warsztatach z morzem wina i pysznymi makaronami

Dzięki firmie Malma, w ostatnią sobotę zrobiłam sobie krótkie wagary od macierzyństwa i poszłam na warsztaty "O makaronach i winach". W uroczej restauracji Superior, spotkało się kilkunastu blogerów, a pan Robert Wieprzkowicz-Rzewuski wprowadzał nas w świat win z południa Włoch. Genialnie opowiadał o świecie win i żałuję, że jego wykład był tak krótki. A czy wy wiecie, że w kieliszku wina musującego powinno być ok. 15 mln bąbelków. Jakiś szaleniec to policzył!

Przyznaję szczerze, że z winami mam ten problem iż im więcej się o nich dowiaduję tym bardziej czuję, że nic nie wiem. Całkowicie gubię się gdy muszę wybrać butelkę tego trunku, ciężko mi zdecydować które będzie dobre, które nie. Ponieważ wina dzielę po prostu na takie, które mi smakują i te które są dla mnie paskudne. Przed ciążą miałam kilka win, które lubiłam kupować, potem nieco wybiegłam z obiegu. Nie powiem, po tak długiej przerwie w piciu alkoholu, już po pierwszym kieliszku poczułam się przyjemnie ubzdryngolona. Miękkie kolana, szum w głowie i te sprawy. Dobrze, że Luśka była pod dobrą opieką to przynajmniej patologią nie trąciło :)
Winom towarzyszyło pyszne jedzenie. Przystawki, wśród których mile zaskoczył mnie mus z wątróbek, oraz moje ulubione makarony. Sos z gorgonzoli i szpinaku myślę, że niedługo powtórzę w domowej kuchni, tak żeby i Miśko jakoś skorzystał. 

Oprócz morza wina i pysznego jedzenia, ważne było też towarzystwo. Cała masa rozmów o jedzeniu, konkubentach, dzieciach, sadownikach i podróżach. Szczególnie pozdrawiam Agnieszkę z WolnaKuchnia....mam nadzieję, że jeszcze nie jedną lampkę wina razem wypijemy :)


A pozostając w klimacie leniwego posiłku rodem z południa Europy, polecam 2 filmy które sobie przypomniałam w ten weekend. 

Mine Vaganti. O miłości i makaronach-Ferzan Özpetek
 Urocza, włoska tragikomedia. Tomasso, pochodzący z konserwatywnej rodziny, zamierza ujawnić że jest gejem. Niestety szybszy od niego jest jego starszy brat. Tomasso jest zmuszony przejąć zarządzanie rodzinną firmą produkującą makaron.
Do tego dochodzą mądrości babci, szalona ciotka alkoholiczka, nerwowy ojciec po zawale i koledzy homoseksualiści jeden lepszy od drugiego... Polecam oglądać z talerzem makaronu.










 Winnica, co prawda we Francji ale i tak jest pięknie. Do tego przystojny Russel, miła dla ucha muzyka i oczywiście wątek romantyczny. Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

353. Cukinia faszerowana kozim serem

Wiecie jak to jest jak się posyła mężczyznę po zakupy? Mówi się "kup Misiu selera", a on dumny i blady przynosi pora. Wysyłasz go na balkon po kilka listków mięty do wody, a on taszczy doniczkę pomidorów i zapytuje czy to o to zielsko ci chodziło. Mój ogrodnik.
Cukinia mi była ostatnio potrzebna. Jedna. Wyjaśniłam grzecznie i z nadzieją w sercu, że to taki ogórek ale nie dokładnie. Miśko, zadzwonił przezornie ustalić rysopis poszukiwanej cukinii, żeby tym razem pomyłki nie było. Dodał że są jakieś małe to może on dwie weźmie. Niech weźmie, dwie też jakoś przerobię. Finalnie przyszedł z czterema, na mój gust normalnej wielkości. Bo ponoć to już ostatnie były i te dwie pozostawione by się czuły samotne, a ja na pewno coś z nimi zrobię. No to zrobiłam. Nafaszerowałam te cukinie kozim serem i warzywami oraz świeżymi ziołami. Pysznie wyszło. 

CUKINIE FASZEROWANE KOZIM SEREM:
-3-4 cukinie
-1-2 cebule dymki
-2 ząbki czosnku
-1 średni pomidor malinowy
-ok.100-150g koziego sera (z porostem pleśni, czyli taki biały i łagodny)
-garść oregano i tymianku
-sól, pieprz, oliwa

1. Cukinie dokładnie umyć, odciąć czubki i przekroić na wzdłuż na pół. Za pomocą łyżeczki wydrążyć cały miąższ. 

2. Posiekaną na drobno cebulkę zeszklić na gorącej oliwie. Dodać do niej posiekane ząbki czosnku, następnie miąższ z cukinii i na koniec pokrojonego w drobne cząstki pomidora. Wszystko razem oprószyć solą i pieprzem. Potrzymać na ogniu ok. 10 minut, aż pomidory się nieco rozpadną na sos. Wtedy dodać posiekane zioła oraz ser kozi.

3. Każdą z cukinii napełniamy warzywami z serem. Układamy w naczyniu żaroodpornym lub blaszce i dolewamy na spód pół szklanki zimnej wody. Całość wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 10-15 minut (aż łódeczki z cukinii nieco zmiękną). 
Podajemy od razu, chociaż na zimno też całkiem zacnie smakują.

SMACZNEGO!

piątek, 21 sierpnia 2015

352. Brioszki z malinami, maślane bułeczki na śniadanie

Zaczyna się robić niebezpiecznie. Przez te wszystkie wyjazdy Miśkowe wypracowałyśmy sobie z Luśką pewne codzienne rytuały. Strach się bać jak wielka awantura wybuchnie, gdy pewnego dnia Miśko wróci i nam je zaburzy. 
Największą katastrofą będzie zmiana rytmu naszego poranka. Pracowałyśmy nad tym już jakiś czas i wreszcie wszyscy zainteresowani są szczęśliwi. Najpierw budzi mnie kocia łachudra, która tłumaczy głośno i dobitnie, że nie jadła już od tak dawna, że zaraz padnie. Więc się zwlekam prawie, że radośnie i prawie, że z pieśnią na ustach. Człap, człap, człap i jestem już w kuchni. Kocia micha już jest pełna, więc można zająć się sobą. Kawa, mleko, szczypta cynamonu i obowiązkowo jakieś małe co nieco. Szybkie ogarnięcie śniadania dla Niuniusia i już mogę iść budzić to moje małe Licho. Dziecię pod pachę i zaczynamy poranek. Luśka dostaje butle w paszcze, ja popijam duszkiem kawę, co jakiś czas skubnę sobie słodki dodatek. W tle brzdęka telewizja i wiadomości, a my sobie dyskutujemy o aktualnej sytuacji w kraju i na świecie. Wiecie ile ciekawych spostrzeżeń o kryzysie w Grecji, albo o dopalaczach ma taki Niuniuś? Bardzo mądrze prawi to moje dziecię.
A jak Miśko przyjeżdża to mi zabiera Malucha. I połowy mądrości życiowych już nie usłyszę...no to się przecież można zdenerwować :) 
A w ramach czegoś słodkiego do takiej porannej kawki proponuję bardzo maślane bułeczki, brioszki z malinami. 

 BRIOSZKI Z MALINAMI:
(proporcje na ok. 12 sztuk)
-ok. 500g mąki pszennej
-300g miękkiego masła
-20g świeżych drożdży
-4 łyżki cukru
-5 jajek
-pół szklanki mleka
-skórka z cytryny
-garść malin

1. Mleko lekko podgrzewamy (trzeba uważać żeby nie zagotować) i dodajemy cukier oraz pokruszone drożdże. Odstawimy na chwile w ciepłe miejsce, aż zaczyn zacznie pracować. 

2. Do dużej miski wsypujemy mąkę, wlewamy zaczyn i dodajemy skórkę z cytryny oraz jajka (bez jednego białka). Zaczynamy wszystko razem wyrabiać i dodajemy miękkie masło. Ciasto jest gotowe gdy wszystko razem jest dokładnie wymieszane, wtedy odstawiamy je w ciepłe miejsce aż podwoi swoją objętość. Po tym czasie zagniatamy ciasto jeszcze raz i teraz z kolei wstawiamy do lodówki na co najmniej 1,5 godziny. 

3. Przygotowujemy foremki, mogą to być np. foremki do muffinków. Odrywamy po kawałku ciasta i formujemy je w kulkę, w której środek wkładamy po 2-3 maliny. Każdą taką kuleczkę układamy w foremce do muffinów. Tak przygotowane brioszki smarujemy białkiem, które zostało. Bułeczki wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 10-12 minut, aż się zarumienią. 

SMACZNEGO!



środa, 19 sierpnia 2015

Warsztaty fotograficzne z KUKBUKiem

Stwierdzam, że lubię się uczyć. Tyle tylko, że lubię uczyć się jedynie wybrane zagadnienia. Nie trudno się domyśleć, że tematy kulinarne interesują mnie szczególnie, a takie które pomogą mi w blogowaniu to już wybitnie. W poprzednią niedzielę, nie zważając na żar lejący się z nieba, porzuciłam swoje dziecko na chwilę i podreptałam do siedziby KUKBUKa. To ta mityczna kraina, gdzie codziennie jest coś pysznego i każdy łasuch chciałby tam być. Tam to w miłej atmosferze, wypełnionej między innymi szumem wielkich wiatraków, uczyliśmy się jak zrobić zdjęcie, żeby czytelnik zrobił się od razu głodny i cały zaśliniony. 
Warsztaty prowadziła Magda znana z bloga Dare to cook. Uczyliśmy się nie tyle techniki robienia zdjęć i tych wszystkich czarów-marów z przesłonami, wartością ISO czy czasem ekspozycji, ile stylizacji zdjęć i ich późniejszej obróbki. Łatwe to nie jest, ale wiedza bardzo się przyda, bo już jakiś czas temu zacięłam się na jednym i tym samym schemacie robienia zdjęć. Parę sesji według wiedzy z kursu już za mną, na kilka kolejnych już mam pomysły. Mam nadzieję, że teraz w końcu będę bardziej zadowolona z własnych zdjęć....i tylko lekki gul zazdrości się pojawia na myśl ile pięknych gadżetów udało się Magdzie już zgromadzić :)

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

351. Konfitura do serów z moreli, tymianku i rozmarynu

 Nie lubię być słomianą wdową. Bardzo nie lubię. Myślałam, że zeszłoroczny wyjazd Miśkosława do Szwajcarii na całe 3 miesiące, był tym najgorszym bo najdłuższym, ale się myliłam. Chociaż teraz wyjazdy nie trwają dłużej niż 2 tygodnie, a czasem to "tylko" 2 dni, to jest zdecydowanie gorzej. Jakoś teraz bardziej tęsknię. Bardziej mi przeszkadzają i uwierają te ciągłe Miśkowe nieobecności. Chociaż wkurza mnie gdy jest w domu i rozsiewa wszędzie brudne skarpetki, to jeszcze bardziej wkurza mnie gdy znowu się pakuje i jedzie w świat. Chociaż perspektywa jest miła, bo już niedługo będziemy mieć górę kasiory, nowy samochód, wspólne wakacje i inne drogocenne szmery-bajery to jednak bym chciała, żeby ten Miś już wrócił. Póki co to porozpieszczam sama siebie. Na śniadanie kozi serek sobie zafunduje i kwaskową konfiturę z moreli do tego. Na chwilę może będzie mi lepiej.

 KONFITURA DO SERÓW Z MORELI, TYMIANKU I ROZMARYNU:
-ok. 500g moreli
-kilka gałązek rozmarynu i tymianku
-sok z połówki cytryny
-pół szklanki cukru


Morele myjemy, oddzielamy od pestek i kroimy na mniejsze kawałki. Zalewamy sokiem z cytryny, zasypujemy cukrem i dokładamy jeszcze zioła. Odstawiamy całość na godzinę. Po tym czasie całość zagotowujemy, aż owoce się rozpadną. Odstawić do całkowitego wystygnięcia i wyłowić gałązki ziół. Następnie znowu zagotować i trzymać na ogniu 10-15 minut. Rozlać do słoiczków, dołożyć do każdego po gałązce tymianku oraz rozmarynu i dokładnie zamknąć.
Taka konfitura idealnie współgra z łagodnymi serami pleśniowymi typu brie i camembert, oraz z serami kozimi.

SMACZNEGO!

*Ja sobie przygotowałam niewielką ilość taką, żeby skonsumować w ciągu tygodnia lub dwóch. Jeśli za jednym zamachem chcecie zrobić więcej najlepiej słoiki po zakręceniu pasteryzować, żeby nic się nie zepsuło.


niedziela, 16 sierpnia 2015

Tort na 1. urodziny małego Niszczyciela Świata

Mój mały bratanek Kubuś skończył właśnie roczek. Dobra ciocia Kasia z tej okazji oczywiście podreptała do kuchni i ulepiła tort. Dostałam wolną rękę, z zastrzeżeniem tylko, żeby tort nie był za słodki. Chyba nie był, bo smakował wszystkim. W środku miał krem z wanilii i białej czekolady, a w dodatkowo całą masę truskawek i jeżyn. A na wierzchu siedział....Niszczyciel Świata. 
Kubuś jest pełnym werwy i energii ancymonem i miano Niszczyciela Świata zyskał po wspólnym wyjeździe na działkę. Ale już wcześniej mocno dawał się swoim rodzicom we znaki, o czym świadczy wcześniejszy pseudonim artystyczny...Ahmed Terrorysta :) 
A na blogu można również zobaczyć jaki wyczarowałam tort  na chrzciny Kubusiowe.


piątek, 14 sierpnia 2015

Jak urodzić i nie zwariować

Jak urodzić i nie zwariować...no nie mam pojęcia :)
Serio serio, równo 3 miesiące temu straciłam głowę całkowicie. Nigdy nie byłam wielką zwolenniczką małych dzieci. Nie szczebiotałam, nie wpadałam w zachwyt i nie cieszyłam się na widok zaślinionej paszczy. Po raz pierwszy małe dziecko miałam na rękach dosyć niedawno. Traumatyczne przeżycie to było i dla mnie i dla malucha też. Bo nagle się okazało, że ta ciocia jest jakaś dziwna i zamiast się zachwycać to skamieniała z przerażenia i oblała się zimnym potem. Fajną ciocią stawałam się dopiero na etapie gdy mogłam się pochwalić wiedzą jak przejść kolejne poziomy w Prince of Persia (innych gier jakoś nie ogarnęłam). 

A teraz taka rewolucja. Każdego dnia z zachwytem obserwuję bobasa, który płacze czasem bez powodu, ślini się, puszcza bąki i beka. Moja mała dama. Totalnie zadziwia mnie jakim cudem powstał taki mały człowieczek. Jak każdego dnia się zmienia i uczy nowych rzeczy. Z małego warzywka, które tylko śpi, je i wydala w ciągu kilku tygodni Lucynka zmieniła się w rozumnego bobasa z własnym zdaniem.

Macierzyństwo było dla mnie czarną magią. Cała pielęgnacja, wychowanie i codzienność z bobasem u piersi. Trochę mnie też przerażało gdy patrzyłam na koleżanki, które nagle zasypywały wszystkich zdjęciami swojego bobasa. Albo nagle przechodziły na ekologiczną stronę mocy i teraz tylko chusty, kokosowe pieluchy i zupki z uprawianej na balkonie marchewki się liczyły. W ciąży nasłuchałam się też opowieści, że już teraz to na nic czasu nie będę miała, książki porosną kurzem, gotować to już tylko wodę na zupkę chińską, a podróże odbywać będę głównie do piaskownicy i z powrotem. Czas dla siebie będę mieć jak maluch dorośnie. I najważniejszy punkt, o spaniu to mogę całkowicie zapomnieć. To jak to tak..to ja się muszę całkowicie poświęcić i już nic ze mnie nie zostanie?  I tak to ma wyglądać przez najbliższe 18 lat?

14 maja świat się wywrócił do góry nogami. Nie zawsze jest miło, różowo i wspaniale. Pierwsze samodzielne przewijanie Lusi do tej pory wraca do mnie w koszmarach sennych. Czasem chodzę niewyspana i wyglądam jak zombiak. Czasem jem śniadanie na kolację. Moje ulubione tematy do dyskusji to polityka prorodzinna tych z prawa i tych z lewa, oraz sposób traktowania ciężarnych na polskich porodówkach. Czasem najradośniejszym wydarzeniem w ciągu dnia jest kupa po pachy (naprawdę). Czasem też nie mam siły i nie wiem co zrobić z płaczącym brzdącem. Czasem mamy spięcia z Miśkiem na temat wychowania Luśki. Ale stwierdzam, że warto. 
Mam przeogromne szczęście, że mój maluch jest w zasadzie grzeczny. Chociaż działa według zasady, że "spanie (w ciągu dnia) jest dla leszczy" to mimo wszystko jakoś funkcjonujemy. Bo Luśka lubi spać w nocy, czyli od 20:00 do 8:00 rano, idealnie. Ja mam czas żeby robić to co lubię. Chociaż sterta książek do przeczytania jest spora, to systematycznie przerabiam z niej kolejne pozycje. Gotuję, piekę, fotografuję i opisuję to w miarę regularnie. Rozwijam się i ciągle uczę
Maluch bez marudzenia znosi zmianę miejsca więc z wyjazdami nie mamy większych problemów (jedyny jaki jest to pojemność bagażnika). Rodzina jest w królowej Lucyndzie zakochana, a Miśkosław się rozpływa gdy tylko zobaczy ten uroczy bezzębny uśmiech i spokojnie może się nią zająć gdy ja chcę coś zrobić.
I pomimo tego, że wiem, że to JA ZROBIĘ WSZYSTKO NAJLEPIEJ, to czasem porzucam moje dziecko na chwilę. Obie wtedy łapiemy oddech od siebie. 

A że czasem mieszkanie jest lekko zakurzone, a nowe zasłonki już kolejny tydzień czekają na zawieszenie to trudno. Dla mojego zdrowia psychicznego nie przeczytałam też żadnych książek o wychowywaniu dzieci i nie porównuję postępów Luśki z innymi dziećmi. Gdzieś mi się tam tylko majaczy po umyśle, co kiedy może nastąpić (teraz np. jesteśmy na etapie czekania na pierwszy zebol).  Grunt, że Lucy jest roześmianym i zdrowym dzieckiem.
A ja jestem zakochaną w swojej córce mamą, lekko zwariowałam, ale chyba nie zrobiła mi się papka z mózgu.

czwartek, 13 sierpnia 2015

350. Buza, orzeźwiający napój z Podlasia

Pisanie o tym, że jest upalnie powoli staje się nudne. Tak samo nudne jest ciągłe picie wody. Może i zdrowe, ale niestety nudne. A niestety napoi, które potrafią ugasić pragnienie nie jest tak dużo. Zimno piwo odpada póki co, woda mi już uszami wychodzi, kawa mrożona jest fajna ale po niej też się trochę chce pić. Padło na buzę. Opis buzy zdecydowanie nie jest zachęcający, bo to jest napój ze sfermentowanej kaszy jaglanej i rodzynek (mniam). Wygląd też jakiś taki nieszczególny, za to smak bardzo orzeźwiający. No cóż, gdyby nie ciekawość pewnie bym jej nigdy nie spróbowała. Wszystko dzięki temu, że rok temu odbyłam bardzo miłą wycieczkę do Białegostoku (relację można znaleźć na blogu). Na Podlasie buza trafiła dzięki osadnikom z Macedonii, tradycyjnie podawana jest w towarzystwie chałwy. W tamtych rejonach buzę robi się tradycyjnie zamiast kompotu do obiadu :)
Żeby zrobić ten napój zapaprać trzeba niestety całą kuchnię. Po nabałaganieniu jeszcze trzeba dzień odczekać i dopiero po tym czasie można już pić buzę. Za to otrzymujemy napój lekko gazowy i bardzo orzeźwiający. W tym tropikalnym klimacie idealny.

BUZA:
-300g kaszy jaglanej
-300g cukru
-3 cytryny
-30g świeżych drożdży
-3l wody
-garść rodzynek

1. Kaszę jaglaną gotujemy w niewielkiej ilości wody. Zanim wystygnie przetrzeć ją przez w miarę gęste sitko lub zmiksować blenderem. 
2. W drugim garnku zagotować wodę z cukrem. Następnie dodać sok z cytryny oraz kaszę. Gdy woda ze wszystkimi dodatkami nieco ostygnie (ale wciąż będzie ciepła) odlać ok. pół szklanki płynu. Wkruszyć do niej drożdże i odstawić w ciepłe miejsce, aż zaczną pracować. Zaczyn drożdżowy wlać do reszty napoju. 

3. Do butelek (najlepiej szklanych-zakręcanych lub z takim kapslem na druciku) wsypać trochę rodzynek. Wlać buzę do 3/4 wysokości butelki i dokładnie zatkać. Odstawić na dobę w ciepłe miejsce. Po tym czasie można butelki wstawić do lodówki i po schłodzeniu pić. 

SMACZNEGO!

*do przygotowania napoju nie polecam butelek plastikowych, bo plastik się mocno rozciąga gdy buza pracuje. Nie polecam również butelek z korkiem, bo strzelają z wielkim hukiem gdy za słabo się wepchnie korek.


wtorek, 11 sierpnia 2015

349. Pieguski, maślane ciasteczka z czekoladą

(Sorry) taki mamy klimat, że zasadzie to jeść się za bardzo nie chce. Niestety w nocy, już w leżąc w łóżeczku, nagle mi się organizm odzywa i krzyczy, że codziennej dawki czekolady dziś nie dostał. Spójrzmy prawdzie w oczy...jestem czekoladoholikiem. Nawet w momentach, kiedy postanawiam się odchudzać nie mogę całkowicie odstawić słodyczy, bo nagle zaczynam się robić bardzo nerwowa. Chodzę i się wściekam, drażni mnie wszystko, a brudne skarpetki mogą wywołać wojnę światową. Są tacy, którzy twierdzą, że ziemia drży w posadach. Efekt jest taki, że po kilku dniach albo sama ze sobą wytrzymać nie mogę i dostaję małpiego rozumu na widok czegoś słodkiego, albo Miśko z obawy o własne zdrowie zaczyna we mnie rzucać czekoladą. Bardziej rozsądnym rozwiązaniem wydaje mi się, zjedzenie do porannej kawy czegoś dobrego, upieczonego w zaciszu domowej cukierni, za to ograniczanie słodyczy przez resztę dnia. I wilk syty i Miśko cały. Mam swoją dzienną dawkę czekolady, na nikogo nie warczę, a ilość słodyczy zasadniczo jest ograniczona. W ramach takiego czegoś słodkiego upiekłam ostatnio ciasteczka maślane z czekoladą przypominające popularne "pieguski". Polecam bardzo...tym bardziej że szybko się je robi i człowiek się nie zdąży ugotować stojąc w kuchni :)

PIEGUSKI, MAŚLANE CIASTECZKA Z CZEKOLADĄ:

  • pół kostki (100g) masła w temperaturze pokojowej
  • pół szklanki cukru
  • 1,5 szklanki mąki
  • 1,5 tabliczki gorzkiej czekolady
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • jajko
  • wanilia lub aromat waniliowy
  • - See more at: http://tutajmieszkaagnieszka.blogspot.com/2015/02/domowe-pieguski-czekoladowe.html?spref=fb#sthash.JOxZZc8z.dpuf
    -pół kostki miękkiego masła
    -pół szklanki cukru trzcinowego
    -1,5 szklanki mąki pszennej
    -jajko
    -szczypta soli
    -łyżeczka proszku do pieczenia
    -duży chlust esencji waniliowej
    -150g posiekanej czekolady (najlepiej gorzkiej, ale ostatnio zrobiłam pół na pół z białą i gorzką)



  • pół kostki (100g) masła w temperaturze pokojowej
  • pół szklanki cukru
  • 1,5 szklanki mąki
  • 1,5 tabliczki gorzkiej czekolady
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • jajko
  • wanilia lub aromat waniliowy
  • - See more at: http://tutajmieszkaagnieszka.blogspot.com/2015/02/domowe-pieguski-czekoladowe.html?spref=fb#sthash.JOxZZc8z.dpuf
    Ustawiamy średnie obroty miksera i po kolei dodajemy do miski masło, cukier i esencję waniliową. Gdy te składniki już się dokładnie wymieszają wbijamy jajko i dosypujemy mąkę, z solą i proszkiem do pieczenia. Na koniec trzeba wmieszać posiekaną w miarę drobno czekoladę. Następnie za pomocą małej łyżeczki nakładamy porcje ciasta na przygotowaną blaszkę. Między ciasteczkami powinny zostać spore odstępy. Ciasteczka pieczemy w temperaturze ok. 180st, przez 12-15 minut, aż się lekko zarumienią. 

    SMACZNEGO!

    *pomysł na ciasteczka znalazłam na blogu mojej koleżanki Agnieszki, która od niedawna prowadzi bloga Tutaj mieszka Agnieszka. Możecie do niej zajrzeć w poszukiwaniu porad jak dom prowadzić. 


    piątek, 7 sierpnia 2015

    348. Kruche ciasto z malinami i kawową pianką

    Ja naprawdę lubię karmić ludzi. Tylko, że chyba lekko rozbestwiłam wszystkich krewnych i znajomych. Ewentualnie budzą się we mnie geny matki polki zawsze perfekcyjnej. Wszystko przez to, że ilekroć ktoś ma do nas wpaść w odwiedziny, czy choćby na krótkie ploty, czuję wewnętrzną potrzebę żeby było domowe ciasto do kawy, a najlepiej nawet ze 2. Tak żeby był wybór i żebym za mało pracy nie miała. 
    W sumie tylko chwilę po porodzie odpuściłam sobie na chwilę i przy którejś wizycie dałam kupne ciastka. Ale moja dusza kulinarna cierpiała przy tym straszliwe katusze. 
    Co gorsza moja dusza mówi mi, że ten wypiek ma być za każdym razem nowy i nie z serii pospolitego gnieciucha tylko coś bardziej wyszukanego. To nie takie proste ciągle coś wymyślać. Czasem muszę przekopać się przez stertę gazet i książek, żeby znaleźć natchnienie. A czasem wystarczy telefon do mamy Krysi :) Mama często ma w zanadrzu jakiś ciekawy przepis. Tym razem padło na kruche ciasto z malinami i pianką kawową...chociaż Krychna robiła je z truskawkami. Obie wersje są pyszne. 

    KRUCHE CIASTO Z MALINAMI I PIANKĄ KAWOWĄ:
    CIASTO:
    -2,5 szklanki mąki pszennej
    -0,5 szklanki cukru
    -kostka zimnego masła
    -5 żółtek
    -2 łyżki jogurtu greckiego
    -łyżeczka proszku do pieczenia
    MASA MALINOWA:
    -ok. 500-600g malin
    -opakowanie budyniu waniliowego
    -6 łyżek cukru
    szklanka wody

    PIANKA KAWOWA:
    -5 białek
    -2 łyżki kawy rozpuszczalnej
    -łyżka gorącej wody
    -4 łyżki cukru pudru
    -szczypta soli

    1. Wszystkie składniki ciasta wymieszać ze sobą szybko (*dla przyspieszenia prac ja wymieszałam całość w robocie kuchennym o którym już tutaj pisałam, ale spokojnie można zagnieść wszystko ręcznie). Ciasto powinno mieć konsystencję trochę bardziej mokrą niż standardowe kruche ciasto. Gotowe ciasto należy schłodzić przez co najmniej pół godziny w lodówce. Po tym czasie wylepić dno przygotowanej blaszki (używałam takiej o wymiarach 20x30cm). Ciasto wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na 15 minut. 

    2. Maliny wsypać do garnuszka, zasypać cukrem i wlać połowę wody. Postawić całość na ogniu i zacząć podgrzewać, aż maliny się rozpadną a cukier rozpuści. Do pozostałej wody wsypać budyń i dokładnie wymieszać.  Stale mieszając budyń z wodą wlać go do masy malinowej. Całość podgrzewać jeszcze chwilę, cały czas mieszając, do momentu aż masa lekko zgęstnieje. 

    3. Białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli. Nie przerywając ubijania dodać cukier puder, a następnie kawę rozpuszczoną w wodzie. 

    4. Masę malinową rozsmarować równomiernie na podpieczonym spodzie. Na wierzch rozłożyć kawową pianę. Tak przygotowane ciasto wstawić z powrotem do piekarnia na 25-30 minut. 
    Po upieczeniu zostawić ciasto do ostygnięcia i dopiero po tym czasie kroić. 

    SMACZNEGO!


    środa, 5 sierpnia 2015

    347. Naleśnik z jajkiem sadzonym na pożywne śniadanie dla matki polki

    Jest 7:30 rano. Dziecię moje właśnie daje mi znać, że głód doskwiera już jej ogromny i nie da się dłużej pacyfikować za pomocą smoczka. Znaczy się matka musi wstać. 
    Niby to nie jest bardzo wczesna godzina, ale chętnie jeszcze bym się poprzewracała z boku na bok.
    Więc matka zwleka się powoli i ślamazarnie. Najpierw muszę ogarnąć śniadanie Zołzy, bo ta kocia łachudra bez pełnej michy żyć nie daje. Potem kawa dla matki polki niewyspanej. Jak już mam kawę to idę po dziecię. Dzieć na mój widok zapodaje uśmiech numer 5, bo wie że zaraz popłynie morze mleka. Mleko, mleczko, mlekunio...czegóż można chcieć więcej. Matka już udobruchana, że ją ktoś postawił do pionu.  Więc jedną ręką ogarniam karmienie dziecia, a drugą popijam duszkiem kawę. Zaczynam wracać do świata żywych. 
    Po jedzeniu kolejna część rytuału, czyli przewijanie (kto mi wmawiał że to nie śmierdzi?). Potem sobie gadamy chwilę z Luśką. Tematy są różne, czasem jest to kryzys w Grecji, czasem najlepsze fasony sukienek. Na całe szczęście matka gada takie głupoty, że maluch przy tym usypia. 
    No to teraz luz ma matka! Całe 30 minut (no czasem w porywach do 40) dla siebie. Do biegu, gotowi, start! To teraz mam czas żeby wziąć prysznic, wysuszyć grzyweczkę (obowiązkowo), nastawić pranie, zebrać poprzednie pranie z suszarki (o żadnym prasowaniu nie ma mowy), podlać kwiatki w całym domu i na balkonie, zmyć górę brudnych naczyń po Miśkosławie, no i wreszcie naszykować śniadanie dla siebie, jak się uda to zrobię też zdjęcia na bloga, zazwyczaj się jednak nie udaje. Zjeść w spokoju już raczej nie zdążę. Chwała niebiosom, że opanowałam sztukę jedzenia z małym terrorystą na rękach. 
    Śniadanie musi być przemyślane i pożywne bardzo. To wszak najważniejszy posiłek w ciągu dnia i w praktycznie jedyny do 20:00. Ponieważ w ciągu dnia moje dziecię prawie nie śpi i życzy sobie obecności wiernych poddanych, którzy będą je zabawiać rozmową, albo będą podawali mleko.Jak to mówią "Spanie jest dla leszczy".
    Naleśnik z mąki pełnoziarnistej, który został z obiadu z poprzedniego dnia się nada. Wbić do niego tylko jajo, dosypać jakiejś zieleniny i już jest świetne śniadanie. Matka polka już ma siłę na cały dzień gier i zabaw towarzyskich z 3-miesięcznym gagatkiem.

    NALEŚNIK Z JAJKIEM SADZONYM:
    (poniższe proporcje są przewidziane na jedną porcję-jak potrzeba wam więcej to zwiększacie ilość składników)
    -1 jajko
    -odrobina masła
    -sól, pieprz, garść świeżego szczypiorku

    Rozgrzać patelnię na małym ogniu i rozpuścić na niej odrobinę masła. Położyć na patelni gotowego naleśnika i gdy delikatnie również on się rozgrzeje wbić na jego środek jajko. Zawinąć brzegi do środka, tak żeby całość była zgrabnym kwadratem z żółtkiem w samym środku. Oprószyć naleśnika i jajo solą i pieprzem oraz posiekanym szczypiorkiem. Gdy białko się zetnie zdjąć naleśnika z patelni i od razu podawać. 

    *gdy ma się więcej czasu na zrobienie śniadanie polecam "pod" jajko dodać plaster żółtego lub pleśniowego sera, plaster szynki parmeńskiej lub posiekane suszone pomidory.

    SMACZNEGO!

    poniedziałek, 3 sierpnia 2015

    346. Orzeźwiający smoothie z arbuza i porzeczek

    I znowu wakacje fundują nam aurę, gdy razem z Luśką zajmujemy strategiczne pozycje pod wiatrakiem i obie wypijamy hektolitry wody dla ochłody. Apetyt też taki bardziej wakacyjny, bo żadnych cięższych dań się jeść nie chce. W kuchni, przy garach też jakoś nie kwapię się żeby stawać. Ale w końcu energię trzeba skądś czerpać. Z kosmosu jakoś się nie da. W ramach śniadania mistrzów Luśka dostała mleko (a to niespodzianka), a ja jajecznicę z oliwkami i suszonymi pomidorami, a do picia.....smoothie z arbuza i porzeczek. O matko i córko, jakie to dobre. I się najeść można i napić i orzeźwić. I jeszcze robi się w try-mi-ga. Znaczy się na lato idealny napój.

    SMOOTHIE Z ARBUZA I PORZECZEK:
    (proporcje na 2 duże szklanki)
    -pół małego arbuza
    -2 garści czerwonych porzeczek (najlepiej zmrożonych)
    -pół szklanki soku jabłkowego (najlepiej takiego dobrego, mętnego)
    -sok z połówki cytryny

    No cóż, żeby powstało smoothie trzeba zmiksować ze sobą dokładnie wszystkie składniki. Podawać od razu, bo po pewnym czasie napój zacznie się rozwarstwiać.
    Jeśli użyje się zmrożonych porzeczek napój będzie przyjemnie zimny.

    SMACZNEGO!

    niedziela, 2 sierpnia 2015

    Tort z maczugami dla młodej gimnastyczki


    Przez te wszystkie pieluchy i szaleństwa nocne zapomniałam jak bardzo odpręża mnie zagniatanie masy cukrowej. Znaczy się, wróciłam wreszcie do tortowania. Pierwotnie powrót do robienia tortów miał nastąpić już ponad miesiąc temu, ale Luśka miała inny pogląd na tą sprawę. 
    Zarwałam ostatnią noc lepiąc maczugi gimnastyczne i wycinając wzory na stroju. Zresztą poprzednią noc też zarwałam, bo oglądałam film na którym jubilatka pokazuje swoje umiejętności. Jestem pod wielkim wrażeniem i mam nadzieję, że tort się spodobał i smakował.


    A tutaj można pooglądać przyszłość polskiej gimnastyki artystycznej :)