środa, 30 września 2015

Proszę mnie przytulić


Jest takie miejsce gdzie regularnie tracę głowę, pieniądze i poczucie czasu, a mimo to wychodzę stamtąd szczęśliwsza. To księgarnia Bookoff na ul. Żelaznej w Warszawie. Szatański jakiś umysł wymyślił połączenie księgarni kulinarnej z księgarnią dla dzieci, więc jak idę po coś do czytania dla siebie kupuję też coś dla Luśki. Baaa....nawet zanim zaszłam w ciążę to kupowałam tam książki dla dzieci i obdarowywałam nimi mojego bratanka gagatka.

"Proszę mnie przytulić" ma ilustracje Emilii Dziubak, zaś samą bajkę napisał Przemysław Wechterowicz. Przyznaję, książkę wzięłam pod wpływem impulsu, będąc w zaawansowanej ciąży. Wystarczył, krótki opis z tyłu, że oto tata Niedźwiedź pokazuje świat małemu Niedźwiadkowi....rozumiecie, coś pięknego dla kogoś kto właśnie nosi w brzuchu małego Niedźwiadka. 
Kilka miesięcy minęło, Niedźwiadki przeleżały chwilę na półce, a teraz wróciliśmy do nich przy czytaniu na dobranoc Lucyndzie. Jest pięknie. Historia jest miła, pozytywna i nastrajająca optymistycznie. Tata Niedźwiedź i mały Niedźwiadek są sympatyczni i chętnie sama bym się do nich przytuliła. Ale najbardziej zachwycają mnie ilustracje. Są urocze, z jednej strony proste i nieprzekombinowane, z drugiej nie straszą nadmierną ascezą. Są po prostu ładne i cieszące oko, takie bajkowe i sympatyczne. Niedźwiadki, jak i pozostali mieszkańcy lasu, wyglądają sympatycznie. Nawet jedyny czarny charakter, pan leśniczy grasujący ze strzelbą (to znaczące że ma czarne wąsy i jest podejrzanie podobny do dziadka Lesia leśniczego) nikogo nie przestraszy.

Za jakiś czas zobaczymy jaka jest opinia Luśki na temat obu Panów Niedźwiadków, ale myślę że jej się spodobają. Na razie wyraża aprobatę próbując zjeść okładkę. Wszak ona też uwielbia się przytulać i po każdej czułości jej humor się poprawia, a na buzi gości uśmiech.

poniedziałek, 28 września 2015

362. Bardzo czekoladowe brownie z gruszkami na jesienne wieczory

 
Przez całe wakacje wszyscy, w tym ja (przyznaję bijąc się w pierś), psioczyli na upały. To żeśmy się teraz doigrali. Telepie mnie na prawo i lewo, stopy zimne mam jak góra lodowa od Titanica. Przy każdym wyjściu z tym moim Niuniusiem zastanawiam się czy zakładać trampki czy może jednak lepiej kaloszki przywdziać. No naprawdę, wspaniała złota polska jesień.
Za to owoców jest moc przeróżnych. Z każdego wyjazdu na działkę rodzice przywożą całe skrzynki różnych pyszności, które trzeba albo zjeść albo przerobić. Tym razem wyszło, że gruszki przerobię. Kiedyś widziałam takie apetyczne zdjęcie ciasta czekoladowego z gruszkami, które ogromnie mi się spodobało. Mając w pamięci tamto zdjęcie, zrobiłam pyszne brownie z gorzkiej czekolady, z miodem i gruszkami. Połączenie cudne. Po zjedzeniu kawałeczka od razu trochę lepiej w życiu i to niebo jakby mniej szare i ten deszcz jakby mniej kapie. Zapraszam do kuchni, może wam też się poprawi.

BROWNIE Z GRUSZKAMI:
-100g gorzkiej czekolady
-100g masła
-3 jajka
-2 łyżki miodu
-100g mąki pszennej
-szczypta soli
-3 miękkie gruszki
-nieco esencji waniliowej


1. Czekoladę połamać na małe kawałeczki i rozpuścić w kąpieli wodnej razem z masłem. 

2. Białka oddzielić od żółtek. Żółtka utrzeć z miodem i esencją waniliową. Nie przerywając mieszania dodać do nich rozpuszczoną czekoladę, a następnie mąkę.

3. Białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli. Dodać do masy czekoladowej i delikatnie wymieszać. Wylać ciasto na przygotowaną blaszkę (używałam 20x25cm). Na wierzch ciasta ułożyć kawałki gruszek, lub np. połówki lekko ponacinane. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 20 minut, aż gruszki lekko zmiękną. 

SMACZNEGO!

*bezglutenowcy mogą spokojnie zamienić mąkę na np. zmielone migdały lub orzechy. Glutenowcy zresztą też tak mogą zrobić, bo to nieco wzbogaci smak :)


piątek, 25 września 2015

361. Fasolka po bretońsku

To całe gotowanie i wymyślanie coraz to nowych potraw jest fajne, ale....czasem się chce zjeść potrawę, którą znamy od lat. Fasolka po bretońsku "chodziła" za mną już od kilku dni. Mamy Krysi prosić o fasolkę nie chciałam, bo jakże to tak. Toć ze mnie taka perfekcyjna pani domu, że Rozenkowa może się schować, sama się nauczę jak ją zrobić. Zakupiłam co trzeba, wyszukałam największy gar jaki mamy w domu i zajęłam się namaczaniem fasoli. Wyszło tak jak trzeba, jak pamiętam z dzieciństwa. Luśka też kiedyś dostanie michę parującej fasolki na obiad, zresztą już teraz wyciągała łapki do mojej porcji. Tyle tylko, że fasolka by dosyć ciężko przez smoczek przechodziła. Więc poczekamy jednak na pojawienie się zęboli. W którąś kolejną jesień może ją ucieszy micha takiej ciepłej fasolki, po przemarznięciu na spacerze.

FASOLKA PO BRETOŃSKU:
-ok. 500g suchej fasolki piękny jaś
-2-3 pętka dobrej kiełbasy np. śląskiej
-3 łyżki koncentratu pomidorowego
-2 ząbki czosnku
-sól, pieprz, majeranek, suszona słodka papryka, ziele angielskie i liść laurowy

1. Fasolę wsypać do garnka i zalać zimną wodę kilka cm ponad jej powierzchnię. Odstawić na kilka godzin, a najlepiej na całą noc. 

2. Zlać wodę znad fasoli i dolać nową, znowu tak żeby sięgała kilka cm ponad powierzchnię fasoli. Postawić garnek na minimalnym gazie i gotować razem z zielem angielskim i liściem laurowym....kilka godzin, aż fasola będzie miękka (u mnie gotowała się ok. 1,5 godziny). Gdy zacznie już mięknąć dodać koncentrat pomidorowy. 

3. W międzyczasie pokroić kiełbasę w półplasterki. Podsmażyć ją na patelni i następnie dorzucić do garnka z fasolką. Doprawić całość solą, pieprzem i startym ząbkiem czosnku oraz  suszoną papryką. Zdjąć garnek z ognia i dosypać sporą ilość majeranku. Wymieszać i gotowe. 

SMACZNEGO!


środa, 23 września 2015

Food truck....dziękuję, postoję!

 Bardzo lubię gotować w domu, ale lubię też czasem zjeść coś na mieście. Nie szwendamy się wybitnie regularnie po knajpach, ale mimo wszystko myślę, że podwyższamy statystyki odwiedzin w restauracjach. I uwaga...to nie jest tylko kebab w pobliskiej budce (chociaż z Miśkosławem dobrym kebabsonem nie pogardzimy). Jednak pewna moda kulinarna do tej pory mnie omijała, o food trucki chodzi. Jakoś nam było do tej pory wybitnie nie po drodze. Może to kwestia tego, że te samochody w tygodniu parkują zazwyczaj w okolicach gdzie jest sporo biurowców, czyli np. w warszawskim Mordorze. Nawet w trakcie mojej większej aktywności zawodowej to była okolica bardzo rzadko odwiedzana przeze mnie, a teraz z wózkiem też się raczej tam nie zapuszczamy na spacery. 
W sezonie wiosenno-letnim były organizowane jeszcze zjazdy food trucków, ale też jakoś na nie trafić nie mogliśmy, aż do ostatniego weekendu. Nie powiem, w motywacji do ruszenia się na warszawski Plac Defilad, pomogły vouchery od KUKBUKa. Po tym pierwszym spotkaniu z food truckami mam bardzo mieszane uczucia. 

LA CHICA SANDWICHERIA-oglądaliście film "Szef"? Kojarzycie te kanapki, które robił główny bohater z synem w swoim food trucku. Do tej pory jak o tym myślę, to ślina mi cieknie po brodzie. Jak tylko znalazłam informacje, że po Warszawie jeździ samochód sprzedający kubańskie kanapki wiedziałam, że muszę go kiedyś dopaść. Niestety to nie takie proste. Od dłuższego czasu śledziłam ich trasę, ale do Mordoru jak wspominałam jest mi nie po drodze. Gdy się okazało, że mają parkować na zlocie była to kolejna zachęta do odwiedzin tego wydarzenia. 
Przemiła pani poleciła mi kanapkę z grillowanym kurczakiem i mango. Może na początku nie do końca byłam przekonana do tego mango, ale po 2 kęsach stwierdziłam, że zaskakująco dobrze pasuje. Kanapka była duża, warta swojej ceny. Przede wszystkim była przepyszna na tyle, że Miśko który nie bardzo lubi połączenie owoców z mięsem, też zamruczał z aprobatą. Bez problemu dostaliśmy nasze zamówienie zapakowane na wynos (czyt. kanapka w pudełko, pudełko w torebkę), bo niestety rozsiadanie się na dłużej tego nie dnia nie było nam dane przez Luśkę. 
Jeśli tylko zaparkują kiedyś bliżej centrum chętnie spróbuję pozostałych kanapek. Ewentualnie zbierzemy się na tyle wcześnie w któryś weekend, żeby dotrzeć na targ śniadaniowy. Jak dla mnie 5 +.



JACK'S TRUCK-to jest niestety food truck, który będę omijać szerokim łukiem. Ale od początku. Kanapka kubańska miała być dla mnie, burger miał być dla Miśka. Fakt, że akurat go obok mnie nie było jak zamawiałam nic nie zmienia. Wiedziałam, że ma być dobre mięso, pikantna papryczka i najlepiej, żeby porcja była spora co by mi się chłop najadł. No i cóż....spora porcja była, to fakt. Mięso było, ale czy dobre to ciężko ocenić, ponieważ ktoś zrobił sobie z nas kiepski dowcip. Może ja jestem niedoświadczona w kwestii zamawiania jedzenia w takich miejscach. Wydawało mi się że gdy mówię, że chcę burgera z czymś pikantnym to chyba nie muszę dodawać, że ma być jadalny. Miśko uwielbia wszystko co ostre i pikantne, ma naprawdę dużą odporność na tego typu przysmaki. Tyle tylko, że oboje nie przewidzieliśmy ponurego żartu obsługi. Jak dla mnie ekipa, która zaśmiewa się przy robieniu zamówienia, a następnie oddaje mi zamówienie z sarkastycznym "pani sobie śmietanę jeszcze kupi", robi sobie po prostu żarty z klienta. Kiedy go spróbowaliśmy okazało się, że jest niejadalny. Nie tylko dla mnie, ale i dla Miśka. Cały zapas papryczek i chyba z połowa opakowania sosu to nie jest coś co sprawia, że ktokolwiek może mieć przyjemność z jedzenia. Ilość papryki przekraczała ilość mięsa...tak więc nawet po wywaleniu ich nie dało się stwierdzić, czy to było doprawione i samo w sobie jadalne. 
Bardzo nie przyjemne podejście do klienta. 

SOUVLAK TRUCK-I jeszcze jeden food truck...tym razem z niego nic nie próbowałam, bo już miałam nadmiar jedzenia. Zaciekawili mnie jednak całkiem odmiennym stylem kuchni niż większość parkujących tego dnia w Warszawie wozów. Jednocześnie przypomniałam sobie wakacje w Albanii, gdzie wcinałam takie mięsko aż mi się uszy trzęsły. Popatrzyłam na ich trasę i na szczęście parkują często na ul. Przyokopowej. Może uda mi się do nich niedługo dotrzeć :)

poniedziałek, 21 września 2015

360. Pełnoziarnisty omlet z jabłkami na odchudzone śniadanie

 Jak już wspominałam postanowiłam odchudzić nieco swoje jestestwo. Z teorii jestem obkuta na blachę...jedz 5 posiłków, nie głodź się, pij dużo wody, nie spiesz się przy jedzeniu, dokładnie przeżuwaj, samodzielnie gotuj bo to trudne nie jest i wyeliminuj gotowce, śniadanie jest najważniejsze-jedz je do godziny od wstania itp. itd. No tak, to wszystko pięknie i mądrze brzmi. W teorii nawet brzmi nie tak trudno do wykonania. Niestety tylko w teorii, ale walczę wytrwale, póki co tylko ten punkt o piciu dużej ilości wody wychodzi mi bez problemów. Tak więc na blogu może pojawić się trochę przepisów lekko odchudzonych, pomagających wiecznie zabieganej Matce Polce Niedźwiadkowej na złapanie energii bez wyrzutów sumienia. Dziś zapraszam na puszysty omlet z mąki pełnoziarnistej z dodatkiem jabłek i cynamonu. 

PEŁNOZIARNISTY OMLET Z JABŁKAMI:
-1 jajko
-1 łyżeczka miodu
-1 łyżka mąki pełnoziarnistej (ja używałam pszennej ale można wymieszać pół na pół z żytnią)
-1 małe jabłko
-szczypta cynamonu

Jabłko obrać i pokroić na małe cząstki. 
Białko oddzielić od żółtka i ubić na sztywną pianę. Nie przerywając mieszania dodać do niego miód, następnie żółtko i mąkę. Tak przygotowaną masę wylać na rozgrzaną patelnię (najlepiej by było gdyby to była patelnia beztłuszczowa). Na omlecie rozsypać równomiernie jabłka i oprószyć je cynamonem. Smażyć na złotobrązowy kolor i przekręcić na drugą stronę. Gdy z drugiej strony omlet również się zarumieni zdjąć go z patelni i od razu można zjeść (u mnie zyskał jeszcze odrobinę pokruszonego twarogu koziego i kilka winogron).

SMACZNEGO!

piątek, 18 września 2015

359. Lekka tarta z winogronami i kremem miodowym

Ciąża dała ten efekt, że oprócz cudnego dziecięcia mam również kilka zbędnych wałeczków, o których wolałabym jak najszybciej zapomnieć. Chociaż przez te 9 miesięcy nie rzucałam się na jedzenie jakoś dramatycznie, to jednak pod koniec stanu błogosławionego ruszałam się raczej w stopniu niewielkim. W efekcie tu i ówdzie są fragmenty, które mi się nie podobają. Paradoksalnie w największe upały tegorocznych wakacji, kiedy większość ludzi ruszała się jak muchy w smole, ja postanowiłam wziąć się za siebie. Może się przegrzałam. Zaprzestałam już wymówek, że po cesarce nie mogę się forsować i zaczęłam fikać, machać nóżkami i skakać zawzięcie na skakance. Nie zwariowałam jednak na tyle, że zacząć się żywić listkiem sałaty przez cały dzień. Co to to nie. Za bardzo lubię jedzenie i za bardzo nerwowa bym była gdybym się głodziła. Ja po prostu staram się odchudzić nieco wszystko co przygotowuję. Do porannej kawy też przygotowałam ostatnio dobre i lekkie ciasto, a mianowicie tartę z kremem miodowym i winogronami. Leciutka jak puch, może nie zawsze jest idealnie równo ukrojona, ale niedoskonałości w wyglądzie nadrabia smakiem. I odrobinę mniejszymi wyrzutami sumienia po zjedzeniu.

LEKKA TARTA Z WINOGRONAMI I KREMEM MIODOWYM:
SPÓD CIASTECZKOWY:
-200g ciastek owsianych
-100g roztopionego masła

KREM MIODOWY:
-300g serka śmietankowego np. President lub Philadephia
-2 łyżeczki miodu
-odrobina esencji waniliowej

-garść winogron

1. Ciasteczka miksujemy w blendrze, lub rozkruszamy za pomocą tłuczka do kartofli. Mieszamy je z roztopionym masłem (całość powinna mieć konsystencję mokrego piasku) i wylepiamy nimi spód i brzegi foremki na tartę.

2. Serek mieszamy z wanilią i miodem. Wykładamy na spód ciasteczkowy i wyrównujemy. 

3. Na wierzchu rozkładamy równomiernie winogrona. Całość wstawiamy do lodówki co najmniej na kilka godzin, żeby nieco stężało. 

*gdyby komuś nie zależało aż tak bardzo na redukcji kalorii, natomiast chciałby bardziej sztywny krem, który trzymałby fason-polecam dodać tabliczkę rozpuszczonej w kąpieli wodnej białej czekolady. Powinna pomóc i krem dzięki niej będzie sztywniejszy.

** te mniejsze wyrzuty sumienia są po zjedzeniu jednego kawałka ciasta, a nie od razu całej blaszki :)


SMACZNEGO!


środa, 16 września 2015

358. Szakszuka, jajka z warzywami na śniadanie po arabsku

 W normalnych związkach, gdy facet coś przeskrobie daje swojej lubej kwiaty. U nas jest tak, że Miśko dał mi patelnię. Nawet mogłam kolor wybrać, żeby jak najbardziej sobie humor poprawić. Więc jak już mam taką ładną, fioletową patelnią to się nią pochwalę. A na tej patelni bardzo smaczne, sycące i dające moc energii śniadanie po arabsku, czyli szakszuka (shakshouka). Jednym słowem góra warzy, jajka, przyprawy i zielenina. Jako dopełnienie posiłku proponuję szklaneczkę ajranu. Pyszności.

SZAKSZUKA:
-1 duża cebula
-2-3 ząbki czosnku
-3 średniej wielkości pomidory
-papryka
-3-4 jajka
-pęczek natki pietruszki
-oliwa, sól, pieprz, kumin, papryka wędzona, harissa


Cebulkę obrać i drobno posiekać. Zeszklić ją na sporej ilości oliwy a następnie wrzucić posiekany czosnek. Do tego dodać pokrojoną w cienkie paski paprykę, a na końcu pokrojone w drobną kostkę pomidory. Całość oprószyć solą i pieprzem, oraz odrobiną kuminu i wędzonej papryki. Dodać również odrobinę harissy, tylko trzeba uważać żeby za ostre nie wyszło. Smażyć do momentu, aż pomidory rozpadną się na sos i całość nieco zgęstnieje. Posiekać natkę pietruszki i wymieszać dobrze z całością. Zmniejszyć ogień pod patelnią, zrobić zagłębienie w sosie i wbić w nie jajko/jajka. Trzymać na ogniu, aż białko się zetnie. 
Szakszukę podawać od razu, jeszcze gorącą, najlepiej w towarzystwie ajranu.

SMACZNEGO!

poniedziałek, 14 września 2015

Co wypanda a co nie wypanda

 Sama uwielbiam czytać książki i jak twierdzi Miśko, nie czytam czegoś tylko gdy śpię. Od jakiegoś czasu mamy też z Luśką rytuał czytania na dobranoc. Ot, taka nasza wersja akcji "cała Polska czyta dzieciom". Póki co lektury, które poznaje moje dziecko, to są po prostu książki aktualnie przeze mnie czytane. Czasem więc przerabiamy kryminały, czasem powieści czy książki podróżnicze, a niekiedy książki kucharskie. Taki przepis na królika z warzywami może być najpiękniejszą bajką, a jakie smaczne po nim są sny. 

Przygotowuję się już systematycznie na moment kiedy Lucynda zapragnie jednak bardziej bajkowych bajek. Kompletuje powoli naszą dziecięcą biblioteczkę, część pozycji to będą moje stare książki, część nówki sztuki jeszcze nie śmigane. Każdą nową książkę staram się wybierać w miarę rozsądnie. Powinna być piękną opowieścią, albo chociaż pięknie wydana. 

Tym razem na Luśkową półeczkę trafiła książeczka "Co wypanda a co nie wypanda" Oli Cieślak. Jest zbiór zabawnych wierszyków, które pomogą maluchom zrozumieć zasady dobrego wychowania. Urocza panda opowiada nam o tym, żeby w nosie nie dłubać i bąków nie puszczać, nie spóźniać się i nie mlaskać paszczą w trakcie posiłku. Żeby było zabawnie przyda się pewnie nie tylko maluchom, może to odświeży nieco przykurzoną wiedzę o savoir vivre niektórych dorosłych. 
Z recenzji innych mam wnioskuję iż każda mała dama i mały gentleman polubi wierszyki pandy. Mam nadzieję, że Luśce też się spodobają.

Szkoda, że dla dorosłych nie ma takich miłych i pożytecznych poradników co "wypanda" robić. Od jakiegoś czasu równie chętnie co blogi kulinarne przeglądam blogi parentingowe. Znalazłam bardzo przyjemną internetową mamę dwóch córek, lubująca się w pięknych, pastelowych wnętrzach, z całkiem sensownymi przemyśleniami. Zaczęłam czytać jej bloga i obserwować profil na instagramie. Do pewnego momentu było wszystko fajnie, pięknie, kolorow aż do momentu jednego zdjęcia......dziecię na nocniku. No żesz kurcze pieczone! Ja rozumiem wszystko, że to codzienność, że to blog o dzieciach, że to było urocze zdjęcie a pod nim toczyła się wartka dyskusja, a za kilka lat ciężko będzie odszukać to zdjęcie w odmętach internetu. Ale to zdjęcie na nocniku. Dziecko też ma swoją prywatność, nawet jeśli mówić jeszcze nie potrafi. Fakt, ja wychowywałam się w czasach gdy kompromitujące zdjęcia rodzice mogli pokazać jedynie u cioci na imieninach. Stety lub niestety teraz trochę czasy się zmieniły, ale część rodziców jakoś tego nie ogarnia. 

Dzieci są rozkoszne, nawet jeśli są umorusane w czymś, albo radośnie taplają się w wanience. Sama mam pełen komputer takich Luśkowych zdjęć, ale to są fotografie tylko na użytek moich najbliższych krewnych i znajomych.Na tyle uwielbiam swoje dziecko, że nigdy nie opublikuję zbyt prywatnych zdjęć, a więc takich na nocniku, w wanience, w stanie silnego zapłakania, w trakcie zmiany pieluchy, ubrudzonej jedzeniem, czy z glutem do pasa. To są zdjęcia intymne przeznaczone tylko i wyłącznie na użytek zachowania umykających chwil dla naszej rodziny, a nie dla uciechy gawiedzi. 

Miło byłoby gdyby rodzice pamiętali, że dzieciaki chociaż jeszcze nie mówią, nie są naszą własnością. Nie lekceważmy ich prywatności.....jak by się droga mama czuła gdyby ktoś opublikował jej zdjęcie na sedesie??

środa, 9 września 2015

357. Prosta szarlotka sypana z kaszą manny

Ponoć śniadanie należy zjeść w ciągu godziny od momentu gdy wstaliśmy z łóżka. Tak jest ponoć najzdrowiej dla organizmu. Zdrowo się prowadzę, bo się stosuję do tej zasady. Tyle tylko, że ja to pierwsze śniadanie mam takie bardziej po włosku, czyli kawa z dużą ilością mleka i coś słodkiego. Słodkie musi być, bo dzięki temu mam zapas energii do momentu, aż Luśka będzie miała 10 minut drzemki i zdążę zrobić sobie takie porządne śniadanie.
Jak już ustaliliśmy, że o poranku muszę mieć coś słodkiego to teraz trzeba to jeszcze zrealizować. Czasem mi się po prostu nie chce nic piec, czasem mnie leń dopada. Właśnie w takich momentach wpadam na pomysł, żeby wieczorem zajść do sklepu czy piekarni i kupić sobie coś miłego na poranek. Mam swoją ulubioną piekarnię w okolicy, ale nie zawsze Luśka po południu czy wieczorem chce na tyle współpracować, żeby tam dojść na spacerze. Czasem jej cierpliwości wystarczy tylko na krótką wizytę w pobliskim sklepie. Ostatnio właśnie tak szybko miałyśmy zrobić zakupy na słodkie śniadanie. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie.....starsza pani która obmacała wszystkie drożdżówki w sklepie. Nosz na Boga jedynego! Aż mnie zatrzęsło coś w środku. Obok wiszą sobie foliowe rękawiczki żeby można było, jak ktoś ma silną potrzebę, pomacać bułeczki. Ale nie trzeba gołym łapskiem. Babo jedna...tak się nie robi. Pieczywa nie jestem w stanie umyć, a nie wiem gdzie żeś te łapy wcześniej trzymała. 
Koniec końców, wyszłam stamtąd bez słodkiej buły, stanęłam przy garach i sama coś upiekłam. Na szczęście mam przepis na szarlotkę dla leniwców. Się sypie tylko parę składników, ściera jabłka (w wersji dla wybitnych leniwców robi to za nas maszyna) i tyle. Jednym słowem taka bardzo prosta szarlotka sypana z kaszą manny, pięknie pachnąca masłem, dla wybitnych leniwców dziś króluje na blogu :)

PROSTA SZARLOTKA SYPANA Z KASZĄ MANNY:
-ok. 1 kg jabłek
-szklanka cukru
-pół szklanki mąki
-3/4 szklanki kaszy manny
-2 łyżeczki proszku do pieczenia
-2 łyżeczki cynamonu
-pół kostki masła

1. Masło włożyć do zamrażalnika. 

2. Jabłka obrać, wykroić z nich gniazda nasienne i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Wymieszać z cynamonem. 

3. Wszystkie suche składniki wymieszać ze sobą dokładnie. 

4. Dno blaszki (ja używałam tortownicy o średnicy 26cm) wysmarować na grubo masłem. Na to wysypać równomiernie ok. szklankę suchych składników, na to połowę jabłek, znowu trochę suchego, resztę jabłek i na samą górę resztkę suchych składników. Na wierzch całości zetrzeć na tarce zmrożone masło. Wstawić całość do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 40-50 minut, aż wierzch się zarumieni. 
Gdy nieco ostygnie można już jeść.

SMACZNEGO!



poniedziałek, 7 września 2015

Tort marynarski na wieczór panieński

Moda na torty panieńskie z męskim przyrodzeniem jakoś mnie nie fascynuje. Dlatego też bardzo mnie cieszy, że na kolejny już wieczór panieński mogłam przygotować elegancki i stylowy tort. Tym razem był to tort z żaglówką, w stylu marynarskim. Kolory dominujące w nim to oczywiście biel, granat i czerwień. Dodatkowo na szczycie płynęła żaglówka. Z przodu zaś widoczna była kotwica dokładnie odwzorowująca ozdobę z zaproszenia ślubnego. 
Mam nadzieję, że wszystkim smakował....i przetrwał drogę na wybrzeże :)

piątek, 4 września 2015

356. Odwrócone ciasto ze śliwkami, karmelem i rozmarynem

W moim domu prawie zawsze jest jakieś ciasto albo ciasteczka do kawy, domowej roboty oczywiście. Naprawdę. Jedyny moment kiedy nie było nic takiego to okres tuż po porodzie. Większość krewnych i znajomych rozumiała tą sytuację, ale mi było ciężko znieść taki blamaż. 
Mało tego, że to ciasto powinno być to jeszcze powinno być w miarę efektowne. Wszystko przez to, że moja reputacja wielce-wybitnej-ą-ę-blogerki mogłaby ucierpieć przez zwykłego zakalca. Dlatego też staram się wymyślać coraz to nowe ciekawostki, albo przerabiać te bardziej znane wypieki. Gorzej, że jest jedna całkiem poważna przeszkoda....ja po prostu jestem nieco leniwa. Czasem wieczorami, zamiast stać przy garach wolę poczytać książkę, albo popatrzeć na Luśkę jak śpi, albo też poodgniatać sobie boczki przewracając się z jednej strony na drugą. Niestety karkołomne i wielce długotrwałe popisy kulinarne są nie dla mnie. Tylko raz na ruski rok się na jakiś skuszę. Wolę piec takie ciasta jak to odwrócone ze śliwkami, karmelem i jeszcze rozmarynem na dokładkę. Spełnia wszystkie moje wymogi. Jest łatwe, proste i przyjemne...i moja reputacja jest uratowana.Ufffff !

ODWRÓCONE CIASTO ZE ŚLIWKAMI, KARMELEM I ROZMARYNEM
(proporcje przewidziane na tortownicę o średnicy ok. 26cm)
-ok. 700-800g śliwek
-kilka gałązek świeżego rozmarynu
-4 łyżki wody
-szklanka cukru
-1,5 szklanki mąki (używałam tutaj mąkę typ 650 zmieszaną z pełnoziarnistę ale spokojnie można wziąć tortową)
-50g masła
-4 jajka
-1 łyżeczka proszku do pieczenia
-duża szczypta cynamonu

1. Na dno tortownicy rozsypać równomiernie pół szklanki cukru. Skropić je wodą i postawić na małym (wbrew pozorom najlepiej na największym palniku żeby równomiernie się wszystko podgrzewało). Podgrzewać do momentu, aż cukier się stopi na lekko brązowy karmel. Na gorący karmel równomiernie rozłożyć kawałki masła.

2. Śliwki umyć dokładnie, wydrylować i pokroić na ćwiartki. Igiełki rozmarynu rozsypać równomiernie na karmel, na nie położyć ćwiartki śliwek, jedna obok drugiej.

3. Wymieszać ze sobą jajka, resztę cukru i cynamon. Do tego dosypać mąkę z proszkiem do pieczenia i dokładnie zamieszać. Tak przygotowane ciasto wylać na śliwki. Blaszkę wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 30 minut. Po wyłączeniu piekarnika odczekać kilka minut, a następnie przekręcić ciasto do góry nogami na kratkę do studzenia lub talerz.

*zamiast śliwek można użyć innych owoców takich jak jabłka, gruszki, brzoskwinie, truskawki-zależnie co mamy pod ręką

SMACZNEGO!


środa, 2 września 2015

355. Idealny w swej prostocie makaron z sosem pomidorowym

Są pary, które jak już zaczną swoje amory to spędzają ze sobą każdy dzień. KAŻDY! Jak ktoś tak lubi proszę bardzo, nasz miśko-związek jest inny. Czasem lubię pozbyć się Miśkosława z domu, żeby od niego odetchnąć i zatęsknić i wreszcie nie potykać się o jego wiertarki i śrubki rozsiane po całym domu. Jak go nie ma to nie stresuję się też, że ktoś mi przypomni o moim odchudzaniu, gdy nakryje mnie przy wyjadaniu ptasiego mleczka. Jakoś w te wakacje więcej go w domu nie ma niż jest. Wpada na kilka dni, zachwyca się postępami Niuniusia, przepakowuje się i znowu znika. I tylko magnesów na lodówce przybywa z kolejnych miejsc, które odwiedził. 
Te wyjazdy mają też swoje zalety. Mogę na spokojnie kupować nowe elementy wystroju naszego mieszkania bez obaw, że w kimś się obudzi niespełniony architekt wnętrz. Mogę też na spokojnie się zastanowić nad trasą naszego wakacyjnego wyjazdu. Mogę też gotować to co naprawdę mam ochotę (a jak nie mam ochoty to nie gotować w ogóle). 
Zawsze wszystko przygotowuję po swojemu i doprawiam tak żeby mi smakowało. Jednak jest różnica w gotowaniu obiadu dla mężczyzny i takiego dla mnie. Chłop musi dobrze zjeść. Mięso musi dostać. Doprawione powinno być dobrze. Więc zazwyczaj na obiad jest coś treściwego i może nie do końca wysublimowanego. Co innego jak zostaję sama, mogę w końcu robić moje ukochane makarony każdego dnia. Teraz też zrobiłam z takim prostym sosem. Najprostszym i najwspanialszym. Taki makaron, którego składniki można policzyć na palcach jednej ręki. Po prostu prosty makaron z sosem pomidorowym. 

 PROSTY MAKARON Z SOSEM POMIDOROWYM:
-ok. 200-300g ulubionego makaronu (dobre będzie penne, spaghetti, tagliatelle, fusilli, paccheri)
-5-6 dużych bardzo dojrzałych pomidorów
-jedna mała cebulka
-2-3 ząbki czosnku
-trochę mozzarelli 
-garść świeżej bazylii 
-sól, pieprz, szczypta cynamonu, oliwa

1. Makaron gotujemy w dużej ilości mocno osolonej wody. Powinien być lekko twardawy.

2. W międzyczasie na sporej ilości rozgrzanej oliwy trzeba zeszklić cebulkę posiekaną na drobno. Następnie dodać posiekany bardzo drobno czosnek. Na koniec dodajemy pomidory, obrane ze skórki i pokrojone w drobne cząstki (niektórzy pozbywają się pestek-mi akurat w ogóle nie przeszkadzają). Całość dokładnie mieszamy i przykrywamy pokrywką. Trzymamy na ogniu, od czasu do czasu mieszając, do momentu gdy pomidory się rozpadną na sos. Dodajemy wtedy cynamon, sól i pieprz. Gdy jesteśmy pewni, że sos już jest gotowy należy zdjąć go z ognia i dodać posiekaną bazylię. 

3. Wymieszać ze sobą dokładnie makaron z sosem. Nakładać na talerze jeszcze gorące. Każdą porcję posypać startą mozzarellą. 

BUON APPETITO!

*faceci są jacyś dziwni...jedyny komentarz mojego brata na temat tego makaronu dotyczył zbyt małej (czyt. zerowej) zawartości mięsa w nim