poniedziałek, 30 listopada 2015

378. Czekoladowe ciastka pieguski z ziarnami kakaowca

Osiągnęłam już szczyt szczytów w nieogarnięciu (kuchennym). Znalazłam przepis, który wyglądał mi bardzo obiecująco. Przeczytałam go nawet kilka razy. Odkryłam, że w zasadzie to większość składników mam, ale brakuje mi jeszcze prażonych ziaren kakaowca, więc pogoniłam chłopa żeby mi takowe zakupił. Biedak przedzierał się przez siedem mórz i siedem rzek, pokonał smoka i złego ogra i zdobył je dla mnie (od razu w podwójnej ilości żeby się drugi raz nie męczyć). Jak już miałam te cholerne ziarna to zapał do pracy mi nieco oklapł i się zebrać nie mogłam czas znaczny. Jak się zebrałam to przeczytałam przepis jeszcze raz iiiii....tam wcale nie było ziaren kakaowca, tylko wiórki czekoladowe albo posiekana czekolada. No cóż. Peszek. Grunt, że chociaż z tej samej kategorii były te produkty. Zresztą jak po raz kolejny wczytałam się w przepis to mi wyszło, że jakaś taka ilość wyjdzie że nawet do jednej kawy nie wystarczy słodkości  i w ogóle do luftu ten przepis jest. Wcześniej chyba jakaś pomroczność jasna mnie dopadła.
Pokombinowałam nieco i wyszedł całkiem nówka-sztuka jeszcze nie śmigany przepis. Genialne te ciasteczka, do kawy cudne, bez kawy też. Chciałam szlachetnie zostawić trochę Miśkowi za fatygę z tymi ziarnami, ale mu się wyjazd służbowy przedłużył i już na ciasteczka się nie załapał biedak. Mógł nie pracować tylko szybciej wracać. Praca jest dla leszczy.

 CZEKOLADOWE CIASTECZKA PIEGUSKI Z ZIARNAMI KAKAOWCA:
 -pół kostki miękkiego masła
-1/3 szklanki cukru
-1 szklanka mąki pszennej
-1 jajko
-duży chlust esencji waniliowej
-1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej
-1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
-spora szczypta soli
-2 czubate łyżeczka kakao
-2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
-ok. 100g prażonych ziaren kakowca
-2 tabliczki czekolady (u mnie 1 biała i 1 mleczna)

1. Ziarna kakaowca obrać z łupinek i drobno posiekać. Obie czekolady również posiekać na małe kawałeczki. 

2. Masło utrzeć na puszystą masę z wanilią i cukrem. Następnie cały czas ucierając dodać jajko, sól, kakao, kawę oraz mąkę, sodę i proszek do pieczenia. Na koniec do masy wmieszać posiekane ziarna i czekoladę. Formować niewielkie kuleczki (mniej-więcej wielkości orzecha włoskiego) i układać je na blaszce przy okazji lekko spłaszczając. Trzeba zostawić spore odległości pomiędzy ciastkami, bo spore urosną. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 10 minut. Po tym czasie wyłączyć piekarnik i przełożyć ciasteczka do studzenia na kratkę. Uwaga, będą jeszcze miękkie. Najlepiej przechowywać je w szczelnej puszcze. 

*zamiast ziaren kakaowca można użyć orzechów, migdałów, rodzynek bądź suszonej żurawiny, albo po prostu dołożyć kolejną tabliczkę czekolady

SMACZNEGO!


niedziela, 29 listopada 2015

Tort z misiami dla misiów

 Tworzyć małe, słodkie misiaczki to ja lubię bardzo. Dlatego się silnie ucieszyłam, że mam zrobić tort dla Państwa Misiów, z misiami i misiowymi życzeniami. Co prawda te misiaczki z tortu jakieś 4 razy w ciągu jednej nocy zmieniały swoje położenie, bo koncepcja twórcza mi się zmieniała jak w kalejdoskopie. Ale według mnie efekt jest więcej niż zadowalający. 
Zresztą z pewnego źródła wiem, że Misiom też się tort z misiami bardzo spodobał. Smakował też bardzo :)

piątek, 27 listopada 2015

377. Zapiekanka z dyni z kaszą pęczak

Moje dziecko jada tylko kilka rzeczy, które mlekiem nie są. Jak czegoś nie chce zjeść to bardzo dosadnie to komunikuje. W sumie jej się nie dziwię. Ci starzy to czasem bardzo niekumaci są i nie ogarniają o co dziecku chodzi. 
Jednym z warzyw, które dostąpiło zaszczytu goszczenia w Luśkowych obiadkach jest dynia. Dlatego też mamy ją na swoim wyposażeniu w lodówce prawie cały czas. Tyle tylko, że czasem kończą mi się pomysły jak ją można przyrządzić. Bo że Luśka ma dostać zupę krem z ewentualną wkładką mięsną to ja wiem, ale co dla nas. Resztę warzywa jakoś dla nas muszę zawsze zagospodarować, a już zupa mi obrzydła. Przerabialiśmy już placuszki, omlety, kopytka dyniowe, a ostatnio padło na zapiekankę z dyni. I mogłam w niej przemycić moją ukochaną kaszę pęczak. Miśko jej niestety nie lubi, ale w zapiekance nie zauważył i dopiero przy drugiej dokładce ją odkrył. W takim momencie głupio mu było marudzić. 

ZAPIEKANKA Z DYNI Z KASZĄ PĘCZAK
-ok. 700g dyni
-pół szklanki suchej kaszy pęczak
-0,5 kg mięsa mielonego z indyka
-1 duża cebula
-2-3 ząbki czosnku
-3-4 pomiodory
-1 papryka
-kawałek pora i selera
-garść sezamu
-sól, pieprz, czerwona słodka papryka, rozmaryn, gałka muszkatałowa, chilli, oliwa
-2 jajka

1. Dynię obrać i pokroić na niewielkie kawałki. Lekko skropić oliwą i wstawić w żaroodpornym naczyniu do piekarnika rozgrzanego do 170st. Po ok. 20 minutach wyjąć dynię i dokładnie zmiksować ze szczyptą soli i pieprzu, oraz gałką muszkatałową i chilli. Gdy dynia nieco przestygnie wymieszać ją dokładnie z jednym jajkiem. 

2. Ugotować kaszę pęczak na sypko. Sezam uprażyć na suchej patelni.

3. Cebulę posiekać na drobno i podsmażyć na odrobinie oliwy. Dodać do niej drobno posiekane ząbki czosnku, a potem pokrojone w niewielką kostkę pozostałe warzywa. Do wszystkich warzyw dorzucić mięso i całość mocno doprawić solą, pieprzem i papryką oraz igiełkami rozmarynu. Zestawić z ognia, wymieszać z kaszą i z drugim jajkiem. 

4. Na dno naczynia żaroodpornego wyłożyć farsz mięsno-warzywny. Na wierzchu równomiernie rozłożyć pure z dyni, na którym z kolei rozsypać uprażony sezam. Całość wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na 15 minut. 

SMACZNEGO!




środa, 25 listopada 2015

O matko! Na basen z bobasem.

Do zajęć zorganizowanych dla niemowlaków mam dość niechętne podejście, ale basen to co innego. Głównie dlatego, że ja się bardzo lubię taplać w wodzie więc niech i bobas skorzysta nieco. 

Niby to nic trudnego nie jest. Trzeba spakować siebie i dziecko, pojechać, popływać i już. Zrobione, odhaczone. Ale...tu zaczynają się schody. 

Spakować się tak łatwo nie da, bo akurat w dniu basenu Lucy przypomina sobie, że jest nieszczęśliwym dziecięciem. Cały dzień siedzi mi na rękach, a odłożenie do łóżeczka skutkuje darciem się opętańczym. Założę się, że sąsiadka już ma jakiegoś egzorcystę w pogotowiu, bo te wrzaski normalne nie są.

Jak już, jakimś cudem, spakowane jesteśmy to jeszcze muszę zadbać o dobry humor. Bo jak bobas jest niewyspany, głodny, nieszczęśliwy, niewybawiony dostatecznie albo jak są plamy na słońcu a dzieci w Afryce głodują, to na zajęciach jest ryk. Oczywiście opętańczy. Zajęcia mamy o takiej porze, że z tym wyspaniem jest problem. Muszę przełożyć standardową (jedyną w ciągu dnia) drzemkę o godzinę. Łatwe nie jest, kto ma własnego bobasa wie jaki to drmata. Najpierw trzeba dziudziula przetrzymać odpowiednio długo i wytrzymać fochy, a potem położyć spać. Zazwyczaj na etapie położyć spać uaktywniają się moi sąsiedzi. Jeden jest niespełnionym budowlańcem i często słyszę jak się skrada z wiertarką. Drugi ma psa o głosie jak dzwon, sierściucha paskudnego. Roznosiciele ulotek czy inni świadkowie Jehowi też dzwonią do drzwi w ciągu tej godziny przeznaczonej na sen. Parę razy niestety użyłam słów, które damie nie przystoją w konwersacji. Wstydzę się tego, ale przynajmniej już nikt nieproszony do nas nie dzwoni.

Ufff....dziecię śpi. To teraz mam czas, żeby zrobić siku na zapas. Potem już nie mam jak, bo do basenu przecież nie wolno, a z Luśką na rękach to nieco niewygodnie. 

Jak się mały potworek budzi to teraz go szybko trzeba nakarmić, ubrać w znienawidzony przezeń kombinezon i cholerną czapeczkę. Jeszcze przytwierdzić do fotelika, bo bestia ostatnio nie chce siedzieć spokojnie. Kolejna okazja do darcia japy zaliczona. 

Dojechaliśmy. Teraz prędko, trzeba rozebrać bobasa z tych wszystkich warstw grzewczych, bo zaraz się zagotuje i zacznie się drzeć, a ktoś znowu dorzucił do pieca i basenową szatnię można pomylić z sauną. W szatni zresztą nie jest łatwo, bo ja łapię lekką depresję. Te wszystkie bardzo perfekcyjne matki, które z nami chodzą, zawsze tak sprawnie się i bobasa swojego przebierają, bałaganu wokół nie tworzą, ubrania w kosteczkę mają poskładane i maluch przy tym grzeczny jest. Taaaa...prawie jak ja i Luśka. Chaos i destrukcja to nasze pseudonimy artystyczne, zgadnijcie dlaczego. Grunt, że już za chwilę wejdziemy do basenu, bo z tego wszystkiego jestem spocona jak gladiator po walce, a pot cieknie mi strużką wzdłuż kręgosłupa.
 Zajęcia się zaczynają. Pozostałe maluchy grzecznie przebierają łapkami i radośnie się chlapią wykonując ćwiczenia zaproponowane przez instruktorkę. To robią inne maluchy, mój maluch ma jak zawsze swój pomysł na życie. Kiedy wszyscy radośnie bawią się zabawkami na dryfującej tratwie, Luśka zgarnia jak najwięcej zabawek pod pachy i głośno krzyczy gdy ktoś jej nieopacznie chcę jakąś zabrać. Kiedy reszta pływa na pleckach my życzymy sobie zabawę w samolocik lądujący w wodzie. Inni bawią się piłeczkami...Phi, to jest zabawa dla leszczy. Luśka zgarnia sobie całą stertę rękawków, napompowanych i czekających na kolejną grupę. Mamy trenować skoki do wody? Lepiej zaczepiać jakiegoś brodatego ojca obok, bo przecież taki podobny do Miśkosława jest i na pewno się nie obrazi że jakiś glonojad gryzie go rękę. 

Nerwy są, stres co tym razem zdemolujemy też. Jednak wszystko mija gdy widzę, że Lucy po raz pierwszy macha łapkami i samodzielnie płynie, a nie zachowuje się jak ciągnięta przez matkę boja. Boziuuuuuuuu! Moje dziecko pływa. Zadanie wykonane. Już wiem, że gdy zaatakują nas korsarze na morzu ona sobie da radę :) 

Z rozpędu i emocji, aż nas zapisałam na kolejny semestr zajęć. A co mi tam, stres do ludzka rzecz, podobno od stresu się chudnie. 

*razem z dziecięciem mym chodzimy na zajęcia prowadzone przez szkołę Bąbelki Pływają. Luśka jakby mogła to by wam sama zarekomendowała.

wtorek, 24 listopada 2015

376. Pulpety z indyka w sosie koperkowym...prawie jak u mamy

 Z przepisami na tradycyjne potrawy to u mnie trochę na bakier jest. Jednym słowem, żeby wykonać schabowego na obiad to się muszę nieźle napocić i kombinować, bo nigdy nie wiem czy mi wyjdzie i czy będzie w smaku przypominam ten z obiadów u mamy. 
Teraz sama zaczynam budować kulinarne wspomnienia Lucynki. Co wnikliwsi mogli już poczytać jak super i fantastycznie idzie mi rozszerzanie diety mojego niemowlaka. Wysmarowana buraczkami kocica też coś może powiedzieć na ten temat. Moje dziecko te wszystkie mdłe paciajki wypluwa szybciej niż je wzięła do paszczy. Za to cała szczęśliwa jest i dumna z siebie jak dostanie coś z dorosłego jedzenia (dostanie albo sama sobie zabierze-te małe rączki są strasznie szybkie). Poddałam się prawie bez walki. Tłumaczyć nie będę, wolę się i naszą dietę nieco dostosować. Przecież te papki marchewkowe są paskudne jak stare kapcie. 
Z takich bardziej dietetycznych i lekkostrawnych potraw przyszły mi do głowy pulpety w sosie koperkowym. To było jedno z pierwszych dań, które mogłam zjeść po porodzie i które mi smakowało. Dieta pooperacyjna miła i smaczna nie jest. Klei ryżowy na wodzie, zaserwowany mi parę godzin po całej akcji, do tej pory powraca do mnie w koszmarach sennych. Pulpety na drugi dzień były zdecydowanie lepsze. Ponieważ mama Krysia nie robiła w domu takich rarytasów (a przynajmniej ja w ogóle sobie tego nie przypominam) to nie musiałam się trzymać żadnego tradycyjnego przepisu i sama coś sobie wykombinowałam. I bardzo dobrze. Pulpeciki pierwsza klasa wyszły. Luśce też smakowały (aż pół jednego zjadła-żarta bestia), Miśko zadowolony z takiego obiadu, znaczy wchodzą do naszego obiadowego repertuaru na stałe. 

PULPETY Z INDYKA W SOSIE KOPERKOWYM:
-ok.500g mięsa mielonego z indyka
-duży pęczek koperku
-1 średniej wielkości cebula
-1 jajko
-ew. trochę bułki tartej
-sól, pieprz, suszona słodka papryka
-duży kubek jogurtu greckiego (400g)
-ok. 2l wody (ewentualnie bulionu) -może trochę mniej, musi przykrywać pulpety

1. Cebulkę i 1/3 pęczka koperku bardzo drobno posiekać. Dodać je do mięsa. Wbić jeszcze jajko, dosypać nieco soli i pieprzu oraz papryki. Całość dokładnie wymieszać. Jeśli mięso jest zbyt kleiste dosypać nieco bułki tartej. Zwilżonymi zimną wodą dłońmi formować pulpeciki wielkości orzecha włoskiego lub ciut większe. 

2. W średniej wielkości garnku zagotować wodę. Do wrzątku wrzucać delikatnie pulpeciki. Gdy mięso zmieni kolor zmniejszyć ogień i dolać jogurt grecki oraz dosypać resztę posiekanego koperku. Wymieszać całość i ewentualnie doprawić sos solą i pieprzem. Pogotować wszystko razem ok. 10 minut, a następnie zdjąć z ognia i podawać. Według mnie pulpety najlepiej smakują z kaszą gryczaną i ogórkami kiszonymi. 

SMACZNEGO!

środa, 18 listopada 2015

375. Gryczana tarta z gruszkami i serem ricotta

Tym razem nie będzie błyskotliwej i zabawnej dykteryjki na początek wpisu. Tym razem po prostu tarta gryczana z gruszkami ma mówić sama za siebie. Ja jedynie dodam, że biedna ta tarta czekała na swoją kolej bardzo długo, bo konkubent mój obiecał kupić mi ser ricotta...zajęło mu to tylko 1,5 miesiąca. Po drodze dostałam serek mascarpone i parę innych cudów, zanim udało się trafić na ten właściwy. Zaczynam się powoli przyzwyczajać, że dostaję nie do końca to o co prosiłam i muszę później kombinować. Jeśli tarta wam się spodoba to zerknijcie również na przepis na kruche ciasto z delikatnym kremem z mascarpone i gruszkami. Też było dobre :) 

TARTA GRYCZANA Z GRUSZKAMI I SEREM RICOTTA:
CIASTO:
-150g zimnego masła
-300g mąki gryczanej
-1 jajko
-50g cukru
-szczypta soli
-ew. łyżka jogurtu greckiego

NADZIENIE:
-250g sera ricotta
-4-5 dojrzałych gruszek
-2-3 łyżki miodu
-trochę cynamonu (ja używałam gotowej mieszanki Kamis-jest tam m.in. cynamon, kardamon, skórka cytrynowa) 

1. Z podanych składników zagnieść szybko ciasto. Powinno być elastyczne i nie kleić się do rąk. Jeśli jest za suche dodać jogurt grecki, jeśli za mokre ciut więcej mąki. Gdy będzie gotowe zawinąć je w folię spożywczą i wsadzić do lodówki na co najmniej godzinę. 

2. Schłodzone ciasto rozwałkować i wyłożyć nim przygotowaną foremkę (u mnie to była forma do tarty o średnicy 26cm i jeszcze 3 foremki do małych tarteletek).  Na ciasto położyć kawałek papieru do pieczenia i obciążyć np. suchym grochem, żeby nie wyrosło i wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na 15 minut. 

3. Gdy ciasto się piecze obrać gruszki i pokroić je w plasterki. Na podpieczony spód wyłożyć ser ricotta, na niego rozłożyć równomiernie gruszki. Wierzch oprószyć cynamonem i oblać miodem. Tak przygotowaną tartę wstawić do piekarnika na 20 minut. Gdy po upieczeniu ostygnie można już jeść. 

SMACZNEGO!

poniedziałek, 16 listopada 2015

Tort z klasyczną Myszką Minnie

To całkiem miłe uczucie, gdy znam bohatera, który ma być na torcie dla małego jubilata. Niestety jestem starym wapniakiem, który nie ogarnia tych wszystkich Ben10, Violetty, albo świnki Peppa (wiem tylko że ta ostatnia jest strasznie brzydka). Ostatnio miałam przyjemność zrobić tort dla małej Alusi, która bardzo lubi Myszki Miki i Minnie. W zeszłym roku również robiłam tort dla Alusi, tylko wtedy główną rolę grała Myszka Miki. Jak widać Ala jest bardzo stała w uczuciach :)

piątek, 13 listopada 2015

Gdzie zjeść - Manty, pierogi na parze

Chłop mój ukochany miał w tym tygodniu urodziny. Co roku dostaje ode mnie z tej okazji pizzę, ale postanowiłam wprowadzić małą zmianę do menu. Zabrałam go na kolację do niedawno otwartej restauracji uzbeckiej- Manty pierogi na parze. Restaurację można znaleźć na warszawskiej Woli, przy ul. Elektoralnej 24. 

Na pierwszy rzut oka restauracja wydaje się nieco pusta. Wszystko przez dosyć sporą wysokość pomieszczenia, gdzie spokojnie zmieściłaby się jeszcze antresola. Jednak przy tych stolikach, które są widać dekoracje i ozdoby przywodzące na myśl Samarkandę i Jedwabny Szlak. Klimatu dodaje również muzyka sącząca się w tle oraz przepiękne talerze, na których serwowane są dania.

Z jedzeniem, czyli sprawą podstawową mam pewien problem. Nie znam kuchni Uzbekistanu. Kojarzyła mi się jako coś pełnego przypraw i bardziej w kierunki ostrych smaków. Wszystko co jedliśmy było dobre, ale bez wielkiego zachwytu, jakby nieco niedoprawione. Wszystko oprócz mant z nazwy lokalu. Manty z wołowiną to mistrzostwo świata, które powoduje absolutne puszczenie w niepamięć mniej udanych (w naszym odczuciu) dań. Idealnie doprawione, soczyste, rozpływające się w ustach pierogi zachęcają do powtórnych wizyt. Dodatkowo do każdej porcji serwowany jest piekielnie ostry sos paprykowy, który szczególnie Miśkosławowi przypadł do gustu.
Oprócz nadzienia mięsnego można również wybrać manty ze szpinakiem i serem lub z warzywami. Taką wersję dostali moi rodzice, jako podzięka za trudy opieki na Luśką, gdy my randkowaliśmy. Według nich warzywne pierogi również były bardzo smakowite. 

Prócz mant próbowaliśmy również trójkącików z ciasta francuskiego z farszem warzywnym o nazwie samsa. Dobre, sycące i w wyjątkowo przystępnej cenie (5zł za sztukę). Oboje zjedliśmy również zupę shorpa. To taka wersja rosołu wołowego z dodatkiem papryki. Nieco za delikatnie przyprawiona według nas. Miśko zamówił jeszcze danie o nazwie lagman, czyli wołowinę z warzywami podane z ręcznie robionym makaronem. 

Na sąsiednim stoliku podejrzałam plov z baraniną, który bardzo zachęcająco wyglądał. Niestety gdy chcieliśmy go zamówić okazało się, że już się skończył. Szkoda, bo bardzo ładnie pachniał. Ale następnym razem może się uda. 

Jednym słowem chętnie tam wrócimy przede wszystkim na manty. Karta dań jest krótka i z pewnością wypróbujemy wszystkie dania z niej. Jednak to właśnie pierogi serwowane tutaj są gwiazdą i numerem jeden. To zdecydowanie ciekawsza propozycja niż wszechobecne burgery i sushi.
Shorpa
Lagman
Manty

czwartek, 12 listopada 2015

374. Razowe placuszki z cukinii z sosem tzatziki

Co tu dużo mówić (a właściwie pisać), te placuszki zrobiłam sobie na śniadanie głównie dlatego, że szukałam tego co będzie pasowało do sosu tzatziki. Lubię bardzo ten grecki sos czosnkowy. Ostatnio zrobiłam go ilości hurtowe, w zasadzie trudne do przejedzenia. Część podarowałam ojcu memu, co lubi sobie też dobrzej pojeść. Część idealnie się połączyła z pieczonymi ziemniaczkami z rozmarynem. Nieco sosu wzięłam do rzeczonych placuszków z cukinii. Reszta jeszcze czeka na zmiłowanie i jakiś ciekawy pomysł. 
Placuszki z cukinii swoją drogą to smaczne i sycące śniadanie, ewentualnie przekąska. Łatwo się je robi. Dla tych zarobionych o poranku (bo np. bobas drze się że głodny jest i dłużej na mleko nie będzie czekał) najłatwiejszą opcją jest zrobienie placuszków wieczorem i odgrzanie ich w piekarniku o poranku. 


RAZOWE PLACUSZKI Z CUKINII
-1 średniej wielkości cukinia
-pęczek natki pietruszki
-2-3 łyżki mąki żytniej razowej
-1 jajko
-sól, pieprz, nieco słodkiej suszonej papryki

Cukinię dokładnie umyć i zetrzeć na tarce o grubych oczkach (wraz ze skórką). Posolić ją lekko i odstawić na 10 minut. Odcisnąć dokładnie sok i wymieszać z resztą składników. Całość powinna mieć konsystencję gęstego jogurtu. Na rozgrzanej patelni smażyć placuszki po kilka minut z obu stron, aż się zarumienią.


TZATZIKI  
-250g jogurtu greckiego
-ogórek zielony
-3-4 ząbki czosnku
-świeżo zmielony pieprz, szczypta soli
-kilka kropel oliwy

Ogórek i czosnek zetrzeć na tarce o małych oczkach. Wymieszać je z jogurtem greckim. Doprawić całość solą i pieprzem oraz odrobiną dobrej oliwy. Całość szczelnie zamknąć i odstawić do lodówki na kilka godzin. 

SMACZNEGO! 

wtorek, 10 listopada 2015

373. Rogaliki orzechowe

Wspominałam już kiedyś, że dobrze mieć dużą, głośną, lubiącą dobrze zjeść rodzinę? Jeszcze lepiej mieć rodzinę, która oprócz jedzenia uskutecznia również gotowanie i pieczenie. Jak mi się wena twórcza nagle zatnie, to zawsze ktoś poratuje jakimś smakowitym przepisem. Niezależnie czy mi potrzeba jakiegoś pomysłu na coś słodkiego, na jakieś mięsiwo, czy może sałatkę, rodzina zawsze wyciągnie z opresji. A to, że powodują harmider i chaos wszędzie gdzie się pojawią to trudno. W pakiecie widać to jest wpisane. 
Przepis na te rogaliki orzechowe również został wysępiony od rodziny, od cioci dokładniej. Proste, kruche, o maślano-orzechowym aromacie, do kawy idealne. Jak zjadłam jednego wiedziałam, że muszę je odtworzyć w domu. Tylko, cholera jasna, wciąż pojąć nie mogę, że na tylu imprezach rodzinnych je ignorowałam, zamiast opychać się do nieprzytomności i jeszcze chować po kieszeniach zapasy.

 ROGALIKI ORZECHOWE:
-100g zmielonych orzechów laskowych
-kostka masła
-3 żółtka
-280g mąki pszennej
-szczypta soli
-70g cukru

+cukier z prawdziwą wanilią i trochę cukru drobnoziarnistego do dekoracji

Wszystkie składniki ciastek zagnieść ze sobą (masło powinno być miękkie) , aż do uzyskania elastycznego ciasta. Wstawić je na co najmniej godzinę do lodówki. Po tym czasie wyjąć ciasto i formować z niego małe rogaliki wielkości ok. 4-5cm (ja zrolowałam kawałek ciasta i kroiłam z niego plasterki jak na kopytka a następnie formowałam rogaliki). Gotowe ciasteczka układać na blaszce w niewielkiej odległości od siebie. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 10-12 minut, aż się zarumienią. Jeszcze gorące obtaczać w cukrze i przełożyć do szczelnej puszki. 

SMACZNEGO!

czwartek, 5 listopada 2015

372. Makaron z sosem dyniowym i suszonymi pomidorami

 To już chyba swego rodzaju tradycja. On wyjeżdża, a jak tuptam w stronę kuchni i gotuję makaron. Widocznie organizm w taki sposób domaga się uwagi i poprawy nastroju. Nawet jeśli tuż przed wyjazdem ten gamoń mnie zezłościł. No cóż, z chłopem w domu jest urwanie głowy, ale bez niego jakoś smutno. 
Ponieważ ukochanym warzywem naszego dziecka jest dynia, w zasadzie mamy ją w jadłospisie codziennie. W ramach urozmaiceń (no bo ile można jeść zupę dyniową) robiłam makaron z sosem z pieczonej dyni i z suszonymi pomidorami. Pachniało w domu obłędnie i tak też smakowało. Jak komuś trzeba poprawić nastrój to polecam gorąco, sprawdzono organoleptycznie. Danie rekomendowane przez lekarzy i farmaceutów :)

MAKARON Z SOSEM DYNIOWYM Z SUSZONYMI POMIDORAMI:
-ok. 400g makaronu np. farfalle
-ok. 500g dyni
- szklanka jogurtu greckiego
-kilkanaście (10-15) suszonych pomidorów 
-pęczek natki pietruszki
-1 cebula
-3-4 ząbki czosnku
-sól, pieprz, oliwa

1. Dynię pokroić na kawałki i skropić nieco oliwą. Dodać obrane ze skórki ząbki czosnku. Wsypać warzywa do naczynia żaroodpornego i wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st na ok. 30-40 minut, aż dynia zmięknie. Następnie całość zmiksować na gładką masę. 

2. Cebulkę posiekać w drobną kostkę. Zeszklić ją na odrobinie oliwy. Dodać do niej pure z dyni oraz jogurt grecki. Do sosu dodać posiekane suszone pomidory, natkę pietruszki oraz doprawić solą i pieprzem. Wymieszać sos z ugotowanym w międzyczasie makaronem, od razu podawać. 

SMACZNEGO!

wtorek, 3 listopada 2015

Tort dla kolejnej młodej gimnastyczki

 W wakacje poznawałam (wirtualnie co prawda ale się liczy) trudy  gimnastyki artystycznej w układach z maczugami. W efekcie powstał tort dla pewnej młodej gimnastyczki z maczugami właśnie. Teraz z kolei podziwiałam układ ze skakanką młodszej siostry poprzedniej jubilatki. Śmigają obie dziewczyny aż miło. Podziwiam, kibicuję i trzymam kciuki za kolejne sukcesy gimnastyczne.
A na urodziny zaproponowałam tort odzwierciedlający strój na zawody młodej gimnastyczki. Z pierwszej ręki wiem, że się bardzo spodobał i smakował też bardzo (w środku był krem z białej czekolady z malinami).