środa, 31 sierpnia 2016

442. Rolada malinowa

 Ostatnio mnie naszyły przemyślenia, że się nieco starzejemy, ja i moi znajomi. I wcale to nie był wynik przemyśleń po kolejnej 30-stce (czy 40-stce) świętowanej hucznie w gronie krewnych i znajomych. Tak mnie naszło po tym, gdy się okazało, że na ostatniej imprezie blisko połowa gości była z przedziału wiekowego 0-3 latka. Sama impreza natomiast zaczęła się koło południa, jej główną atrakcją był basenik, a pomieszczeniem które chyba wszyscy odwiedzili wcale nie była toaleta tylko sypialnia z przewijakiem. Gdzie ta policja przyjeżdżająca, żeby nie zakłócać ciszy nocnej. Dziś żadne z nas nie będzie hałasować zanadto wieczorem, bo się dzieciory obudzą i będzie trzeba znowu kombinować, żeby je uśpić. Alkohol nie może się lać strumieniami, bo trzeba kontrolować, żeby do tego strumienia żadne małe łapki się nie dorwały. O święty Jerzu. Już czas chyba farbować włosy nie tylko dla własnej fantazji, ale żeby siwiznę maskować. 
Na takie okazje mam przygotowane kilka przepisów na słodkości, żeby dzieciarnia (ta część która już spożywa coś poza mlekiem) też mogła spróbować. Oprócz nieśmiertelnej szarlotki dobrej zawsze i wszędzie i biszkopta z owocami, jednym z ulubionych moich ciast jest rolada z malinami. Świetnie nadają się też do niej inne owoce, które akurat mamy pod ręką takie jak truskawki, jeżyny, porzeczki, czy wiśnie. Kilka składników i pyszny efekt. Tylko trzeba pamiętać, żeby zrobić ją co najmniej kilka godzin wcześniej. 

ROLADA MALINOWA
CIASTO:
-3 jajka
-2 płaskie łyżki cukru
-3 czubate łyżki mąki pszennej
-1 łyżka kakao
MASA MALINOWA:
-ok. 200g malin
-mały (ok. 150ml) kubek jogurtu naturalnego
-galaretka truskawkowa lub malinowa

1. Białka oddzielić od żółtek i ubić na sztywną pianę. Nie przerywając mieszania dodać do nich cukier, następnie żółtka, a na koniec mąkę i kakao. Ciasto biszkoptowe wylać na blaszkę (taką dużą na cały piekarnik) wyłożoną papierem do pieczenia i rozsmarować po nim cienką warstwą. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 7-10 minut. Gdy ciasto będzie jeszcze gorące zwinąć je (razem z papierem) w rulon i związać gumką recepturką, a następnie odłożyć do wystygnięcia. 

2. Galaretkę przygotować w połowie wody podanej w przepisie (można nawet jeszcze trochę mniej użyć) i odstawić do przestygnięcia.

3. Maliny zmiksować z jogurtem. Dodać do nich przestudzoną galaretkę i wstawić krem do lodówki, żeby zgęstniał. Żeby przyspieszyć cały proces można przed miksowaniem włożyć maliny na trochę do zamrażalnika. 

4. Gdy krem już nieco zgęstnieje przygotować sobie duży kawałek folii aluminiowej. Rozwinąć biszkopt i oddzielić go od papieru do pieczenia. Na biszkopcie rozsmarować równomiernie krem malinowy, zostawiając tylko z jednego boku ok. 2 cm wolnego ciasta. Zacząć zwijać roladę od brzegu przeciwnego do tego który jest wolny. Zwiniętą roladę malinową zawinąć w folię aluminiową i wstawić do lodówki na kilka godzin, żeby krem zgęstniał do końca i całość się "skleiła".

SMACZNEGO!

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

441. Pieczona kukurydza z masłem i rozmarynem

Są takie momenty kiedy nie wiem co mam zrobić do jedzenia. Obezwładniający upał, konkubent który wrócił z wyjazdu i w kuchni zrobił taki burdel przy szykowaniu sobie kanapek, że aż mi słabo, i na dokładkę Lucy która postanowiła do reszty wyczerpać mój zapas cierpliwości i rozprowadziła po całym domu saszetki z kocią karmą. Niech się matka pobawi trochę w szukanie. No nie, wtedy jakoś mi się nie chce gotować, ani nawet myśleć o gotowaniu. Bycie idealną kurą domową, w odprasowanym fartuszku i z szerokim uśmiechem na ustach jakoś mi nie wychodzi. 
W sumie całe szczęście, że często dostaję jakieś dary losu w postaci fury pomidorów, kilku kobiałek malin czy innych kilogramów kukurydzy. Trzeba to przerobić jakoś, żal dopuścić żeby się zepsuło, więc rodzina ma co jeść. Z pieczoną kukurydzą było tak samo.  Gdyby nie to, że kukurydza już była w domu to by te oszołomy musiały się żywić chińskimi zupkami. 

PIECZONA KUKURYDZA:
-3 kolby kukurydzy
-pół kostki masła
-2-3 ząbki czosnku
-łyżeczka igiełek rozmarynu
-sól, pieprz, słodka papryka, kilka suszonych płatków chili
- limonka

1. Masło roztopić na małym ogniu, dorzucić do niego posiekany czosnek, rozmaryn, płatki chili i paprykę. 
 
2. Kukurydzę obrać z liści i włosków. Pokroić na połówki. Każdą połówkę ułożyć na kawałku folii aluminiowej.  Każdą połówkę kukurydzy oblać odrobiną masła i zawinąć szczelnie folią. Tak przygotowane pakieciki wstawić do piekarnika rozgrzanego do 200st, na około 15-20 minut. 

3. Gdy kukurydza się upiecze zostawić ją jeszcze na chwilkę w folii. Każdy kawałek oprószyć do smaku solą i skropić limonką. 

SMACZNEGO!


piątek, 26 sierpnia 2016

440. Chłodnik ogórkowy z koprem

-
 Po własnej osobistej mamie odziedziczyłam parę przyzwyczajeń kulinarnych. Obiad np. powinien zaczynać się od zupy, bo zupa jest dobra na wszystko, ciasto musi być w lodówce na wypadek wielkiego głodu, a z chłodników najlepszy jest ten z ogórków i kopru. To jest przepis mojej prababci, w oryginale zamiast jogurtu używało się serwatki, ale teraz zdobycie jej to wyczyn nie lada. Gdy już smak kopru i ogórków się przegryzie to inne chłodniki mogą się schować. Gazpacho może mu buty wiązać, a ten z botwinki to w ogóle leszcz jest wśród chłodników. Chłodnik ogórkowy w upały (a ponoć znowu się jakieś pojawią) przekonuje największego niejadka. A coś mi się wydaje, że w przyszłości Lucy będzie kontynuować rodzinną tradycję, bo już teraz zajada się tym chłodnikiem aż się uszy trzęsą. 

 CHŁODNIK OGÓRKOWY Z KOPREM
-2-3 l wody
-ok. 1 l jogurtu naturalnego (serwatki lub maślanki)
-1kg ogórków gruntowych
-2 garście baldachów kopru ogrodowego
-1 duża cebula
-sól, pieprz

1. Mocno osoloną wodę gotujemy z koprem przez około godzinę. Po tym czasie odstawiamy ją, żeby całkowicie wystygła (najlepiej zrobić to dzień wcześniej). 


2. Wyławiamy z wody koper, a za to dodajemy jogurt naturalny, pokrojone w półplasterki ogórki i posiekaną cebulkę. Doprawiamy całość pieprzem i odstawiamy na godzinę, żeby się przegryzły smaki. 

Najlepiej smakuje w towarzystwie podsmażanych z cebulką ziemniaków :) 

SMACZNEGO!

czwartek, 25 sierpnia 2016

439. Mus czekoladowy z malinami

Każdy z nas ma jakieś popisowe danie na wypadek randki, wizyty papieża czy też dysponowania nadmierną ilością wolnego czasu u rodziny która zapowiada najazd. A jak już ma być teściowa (albo przyszła teściowa) w odwiedzinach to już w ogóle trzeba się czymś pysznym popisać. Ale nie za bardzo, żeby jej nie przyćmić i nie podpaść za bardzo. 
Mam jedno ciasto, które zostało już przetestowane na teściowych kilku. W sensie nie zawsze teściowa była moja, ale dzięki temu wiemy że sprawdza się w każdej sytuacji. Jest pyszne, o dziwo bardzo proste w wykonaniu i do tego zachwyca każdego. Dlatego, że chyba każdy lubi połączenie czekolady z owocami. 
Moi kochani, gdy teściowa zapowiada wizytę na szczycie, marsz do kuchni miksować wszystko na mus czekoladowy z malinami. Tytuł perfekcyjnej pani domu i medal z ziemniaka będzie wasz :) 

MUS CZEKOLADOWY Z MALINAMI:
CIASTECZKOWY SPÓD:
-150g herbatników 
-2 łyżeczki kakao
-100g roztopionego masła

MUS CZEKOLADOWY:
-250g serka mascarpone
-300ml śmietanki 36%
-200g gorzkiej czekolady
-chlust rumu
-szczypta soli
-kakao
-ok. 100-200g malin

1. Herbatniki rozdrobnić na drobno w mikserze. Wymieszać je dokładnie z kakao i roztopionym masłem. Tak przygotowaną mieszanką wyłożyć spód przygotowanej blaszki (używałam tortownicy o średnicy 22cm). Ugnieść lekko herbatniki i wstawić całość do lodówki.

2. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej.

3. Schłodzoną śmietankę ubić na sztywno. Dodawać do niej stopniowo serek mascarpone, a następnie przestudzoną czekoladę, sól i rum. 

4. Na ciasteczkowym spodzie rozłożyć równomiernie maliny. Na owoce wyłożyć przygotowany mus czekoladowy i wygładzić wierzch szpatułką. Wierzch oprószyć kakao i wstawić mus do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na całą noc. 

*w musie czekoladowym świetnie sprawdzą się też truskawki, jeżyny lub wiśnie

SMACZNEGO!

wtorek, 23 sierpnia 2016

Piękna Polska: Nadwiślańska Kolejka Wąskotorowa

Chociaż wydawało mi się, że Lubelszczyznę znam dosyć dobrze to jednak są miejsca, które potrafią mnie pozytywnie zaskoczyć w tym regionie. Całą, liczną familią zapakowaliśmy się w ostatni weekend do samochodów i pojechaliśmy w stronę Opola Lubelskiego. 
Ponieważ na pokładzie mieliśmy dwoje małoletnich gagatków wszelkie atrakcje planowaliśmy ze szczególnym uwzględnieniem ich potrzeb i możliwości. Jeden dzień spędziliśmy w Magicznych Ogrodach koło Janowca (o Magicznych Ogrodach pisałam już tutaj), a następnego główną atrakcją była ciuchcia.

Nadwiślańska Kolejka Wąskotorowa zabiera na swój pokład pasażerów w każdą niedzielę od maja do końca września, oraz dodatkowo 3 maja. Jej początki sięgają XIX wieku. Początkowo kolej spełniała funkcje głównie towarowe, później częściowo pasażerskie. Obecnie jest już tylko atrakcją turystyczną. 
Można wybrać różne opcje podróżowania ciuchcią. My po burżujsku zafundowaliśmy sobie full-opcję, czyli wyjazd o poranku z miejscowości Karczmiska, dojazd do Opola Lubelskiego, następnie powrót do Karczmisk i dalej ognisko w Polanówce. Pokonanie całości trasy ze wszystkimi postojami zajmuje ok. 4 godzin. Wyjazd jest o 11:00, przyjazd po ognisku ok. 15:00. 

Trasa do Opola Lubelskiego wiedzie wśród urokliwych łąk, pól, lasów i stawów. Jest bardzo malownicza i zachwycająca. Nasze maluchy były zachwycone zmieniającym się, tuż obok wagoników, krajobrazem. Mieliśmy szczęście znaleźć miejsca w wagonie odkrytym, bez szyb, który był rewelacyjny w trakcie upału. Do dyspozycji pasażerów są też wagony zakryte, z uchylnymi (na szczęście) oknami. 

Przejazd kolejką wąskotorową zachwycił chyba wszystkich. Tym bardziej że widoki były naprawdę piękne. Jedynym słabym punktem było niestety ognisko. Odbywa się na polanie gdzie drzewa zostały dopiero niedawno posadzone więc cienia od nich nie uświadczysz. Na polanie są postawione dwie altany ze stołami, ale żeby zająć w nich miejsce trzeba by chyba wyskoczyć z pociągu zanim ten jeszcze się zatrzyma. Ze śpiącą Lucy na rękach nie miałam szans.
Żądni atrakcji, posiadający zbyt ciężki portfel, mogą również w trakcie ogniska przejechać się bryczką po okolicy. Podobno taka atrakcja kosztuje 5zł od osoby....podobno bo nie sprawdzaliśmy. Koni żal w tym upale. 
Dla tych mniej zapobiegliwych, którzy nie zaopatrzyli się w kiełbachy czy napoje istnieje możliwość zakupienia wiktuałów na miejscu. 

Miłośnicy kolei, którym mało będzie obcowania z zabytkowym taborem, po powrocie do Karczmisk mogą jeszcze odwiedzić stację w Karczmiskach, gdzie istnieje kolekcja muzealna. 

Nadwiślańska Kolejka Wąskotorowa:
Ceny biletów zależne są od długości trasy, która wybieramy (szczególnie polecamy trasę do Opola Lubelskiego) , dzieci do 6 lat podróżują bezpłatnie. 
Nie ma możliwości zarezerwowania biletów wcześniej, ale według obsługi nie zdarzyło się jeszcze żeby dla kogoś zabrakło miejsca w pociągu.  
Odjazd kolejki ze stacji w Karczmiskach o 11:00, ale pociąg podstawiany jest już o 10:30 i warto wtedy już być gotowym do zajęcia miejsca. W składzie są wagony odkryte i zakryte-w upalny dzień w tych odkrytych jest przyjemny przewiew.  


Lucy jest wielką miłośniczką kolei, a jej ulubioną książeczką jest "Lokomotywa" Juliana Tuwima. Po wyrazie pyśka wnioskuję, że wycieczka ciuchcią jej się bardzo podobała.

piątek, 19 sierpnia 2016

438. Ciasto drożdżowe na białkach z truskawkami

Są na świecie cukiernicy perfekcyjni. Co sobie wymyślą to im wychodzi, sernik nigdy nie opada, nie zdarzą im się wrzucić sfermentowanych jabłek do szarlotki, z biszkopta nie robi się sflaczały naleśnik, a w murzynku zakalca nie uświadczysz. Są też ludzie kreatywni, co wiedzą że jakby co trzeba mieć zawsze w szafce składniki na polewę czekoladową, trochę świeżych owoców w lodówce lub też cukier puder w ilościach hurtowych, którym można oprószyć lekko zdeformowane ciasto o wyglądzie Quasimodo. 
Tak, dokładnie, ja jestem z tych zapobiegliwych, którzy wiedzą że zawsze może pójść coś nie tak. Przepis na chałkę na białkach miałam wydrukowany i czekał na mnie już od dłuższego czasu. Wszak pomysły na nadprogramowe białka zawsze w cenie, zwłaszcza gdy nie opanowało się pieczenia bezy.  Do tego blog na, którym go znalazłam wydawał mi się całkiem wiarygodny. Chęci zebrałam, drożdże zakupiłam i no i zaczęłam wyrabiać. I jeszcze białek nie dodałam, a już przeczuwałam że coś pójdzie nie tak. Do elastycznej kulki to ciasto nie podobne było, raczej do rozdyźdanego kartofla. Zgrabnego warkoczyka chałki to ja z tego nie uplotę. Czas pogodzić się z porażką i ratować sytuację. Dlatego z chałki śniadaniowej powstało ciasto drożdżowe z truskawkami do kawy, bo życie ściśle według planu byłoby nudne. 

CIASTO DROŻDŻOWE NA BIAŁKACH Z TRUSKAWKAMI:
 -1/2 szklanki cukru
-3/4 kostki miękkiego masła
-pół szklanki ciepłego mleka
-2 szklanki mąki pszennej
-skórka z 1 cytryny
-3 białka
-ok. 30 g drożdży

-ok. 200g truskawek lub innych ulubionych owoców

-ewentualnie kruszonka (2 łyżki masła, 1 łyżka mąki pszennej, 1 łyżka cukru, bardzo duża szczypta cynamonu)


1. Do dużej miski wsypać mąkę, cukier, skórkę z cytryny, wkruszyć drożdże i dolać mleko. Zacząć wyrabiać całość i dodać masło oraz białka. Ciasto wyrabiać przez kilka minut, tak żeby wszystkie składniki dokładnie się połączyły, po czym odstawić na pół godziny miskę w ciepłe miejsce. 

2. Ciasto przełożyć do przygotowanej foremki (u mnie to była blaszka wielkości ok. 25x30cm). Na wierzchu ułożyć truskawki. Truskawki zaś posypać przygotowaną kruszonką. Tak przygotowane ciasto drożdżowe wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 30 minut. Po tym czasie wyłączyć piekarnik i ostudzić w nim ciasto. 

SMACZNEGO!

środa, 17 sierpnia 2016

437. Zupa krem z pieczonych pomidorów

Podobno gust kulinarny dziecka kształtuje się już od poczęcia. Jedząc w ciąży różne ciekawostki kobieta przyzwyczaja malucha do poszczególnych smaków. Znaczy się to nie przypadek, że Lucynda lekko wariuje na widok pomidorów. Zupa pomidorowa babci Krysi jest zawsze pochłaniania w ilościach hurtowych (zadziwiających jeśli weźmie się pod uwagę rozmiar tego małego brzuszka), sałatki, kanapki z keczupem czy też zapiekanki z sosem pomidorowym też znajdują uznanie u mojego dziecka. A już największe jaja są gdy położę sobie plasterek pomidora na kanapce. Mały chochlik podbiega do stołu, ściąga pomidora z kanapek i ucieka z diabolicznym śmiechem w kąt gdzie spokojnie może zjadać swój ulubiony przysmak. No i co zrobisz...no nic nie zrobisz. Trzeba po prostu kroić więcej pomidorów, biorąc pod uwagę preferencje dziecka. 
Dlatego też ostatnio zrobiłam bardzo esencjonalną i pomidorową zupę. To był krem z pieczonych pomidorów. Genialny i bardzo smakowity zapach roznosił się po całym domu. Grzaneczki rozkosznie chrupały, a Miśko postarał się jeszcze o pesto i sery jako dodatek do zupy. Wyszły pyszności takie, że wszyscy wzięliśmy dokładki zupy. Widać nie tylko babcia robi pyszną pomidorową.

ZUPA KREM Z PIECZONYCH POMIDORÓW:
-ok. 1 kg dojrzałych pomidorów
-0,5l bulionu warzywnego
-1 duża cebula
-2-3 ząbki czosnku
-garść świeżej bazyli
-sól, pieprz, oliwa
-ewentualnie jogurt naturalny, parmezan, pesto, mozzarella do podania

1. Pomidory umyć i osuszyć. Przekroić w poprzek na pół i ułożyć na blaszce przecięciem do góry.  Skropić wszystkie pomidory oliwą i lekko oprószyć solą i pieprzem. Wstawić pomidory do piekarnika rozgrzanego do 200st, na około 30 minut.

2. Cebulę i czosnek posiekać w miarę drobno. Zeszklić je na rozgrzanej oliwie. Dorzucić na patelnię z cebulą upieczone pomidory, całość dobrze wymieszać i smażyć przez chwilę.

3. Bulion podgrzać mocno. Dodać do niego upieczone pomidory z cebulą i czosnkiem oraz posiekaną bazylię. Całość zmiksować blenderem. Doprawić jeśli trzeba solą i pieprzem (u nas już więcej nie doprawialiśmy). Jeśli ktoś ma nadmiar wolnego czasu polecam przetrzeć powstałą papkę przez sitko, uzyskamy wtedy idealnie gładki krem.
Nakładać zupę na talerze. W zależności od ulubionych smaków dodać do każdej porcji jogurt naturalny, pesto, parmezan lub mozzarellę.

SMACZNEGO!
 

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Torty z samochodami dla młodego miłośnika aut

Mój rozkoszny bratanek skończył właśnie 2 latka. Miałam kilka pomysłów na tort dla niego (jako miłośnik ketchupu może by się ucieszył gdyby dostał tort jak butelka ulubionego specjału), ostatecznie zwyciężyły oczywiście auta. Żeby ciotka nie miała zbyt prosto, to musiałam zrobić jeden tort na kinder bal w żłobku i jeden na kolację z dziadkami. 
Żłobkowej reakcji na tort nie widziałam, ale przy rodzinnym świętowaniu już byłam obecna i widziałam radość gagatka. I strach w oczach, żeby aut nie pokroić też widziałam. Już myślę, co trzeba będzie wykombinować za rok dla takiego znawcy samochodów jak Kubuś, bo wiem że łatwo nie będzie. Każdy kolejny rok to coraz większe wyzwania :)


piątek, 12 sierpnia 2016

436. Sernikobrownie z malinami

 Mój konkubent zawzięcie twierdzi, że jestem nadaktywnym robotem. Ciągle coś robię, sprzątam, krzyczę na niego że robi bałagan, gotuję, krzyczę na niego że mi coś wyjadł z lodówki, bawię się z Lucy, a w międzyczasie skrobię coś na bloga i oczywiście znowu krzyczę na niego. Ponoć nawet czasem go przerażam swoją aktywnością i tymi krzykami. 
Ale nawet robot potrzebuje czasem naładować bateryjki. Coś mi się wydaje, że nie dorosłam jeszcze do roli matki polki wielodzietnej, bo tydzień z czwórką dzieciarni pod opieką wykończył mnie wprost niewyobrażalnie. Na dokładkę jeszcze dwie zarwane nocki i lepienie tortów dla mojego szalonego chrześniaka , wcale nie przysporzyły mi wigoru. Kurde, chyba się człowiek starzeje, bo i w kościach czasem strzyka i w krzyżu nieraz łupnie i już noc trzeba przespać a nie balować albo co gorsza pracować. Jednym słowem muszę teraz odchorować i odpocząć po tych aktywnych dniach. Znalazłam pyszne lekarstwo na zmęczenie i osłabienie. Wykrzesałam z siebie resztki energii i upiekłam wreszcie ciasto do którego się zbierałam już od kilku miesięcy, sernikobrownie z malinami. Po mieszkaniu rozszedł się oszałamiający zapach czekolady, wanilii i malin. Już od samego aromatu ślinka cieknie i moc przybywa. Do tego jeszcze kubek ulubionej kawy w garść, dziecię ukochane uśpione pochrapuje w pokoju, i kawałeczek ciasta na talerzu i już można zacząć jakoś funkcjonuję i przetrwam kolejny dzień. 

SERNIKOBROWNIE Z MALINAMI:
MASA CZEKOLADOWA:
-200g gorzkiej czekolady
-3 jajka
-kostka masła
-pół szklanki cukru
-2/3 szklanki mąki pszennej
-szczypta soli

MASA SERNIKOWA:
-ok. 500g sera zmielonego na sernik
-2 jajka
-1/3 szklanki cukru
-laska wanilii

-ok. 150-200g malin
-ewentualnie cukier puder do posypania ciasta

1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i odstawić do przestygnięcia. Masło utrzeć na puszystą masę z cukrem. Pojedynczo dodawać do masy maślanej jajka, a następnie rozpuszczoną czekoladę. Na koniec dodać i dokładnie wymieszać mąkę i sól. 3/4 masy czekoladowej wylać do przygotowanej blaszki (ja używałam takiej o wymiarach 20x30cm).

2. Ser wymieszać dokładnie z wanilią, cukrem i jajkami. Masę serową wylać na masę czekoladową w blaszce.

3. Na wierzchu ciasta rozłożyć równomiernie maliny. Na maliny zaś wylać w miarę równomiernie resztę masy malinowej (można zrobić to za pomocą rękawa cukierniczego). Tak przygotowane serwnikobrownie wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 50-60 minut. Po tym czasie wyłączyć piekarnik, uchylić lekko jego drzwiczki i ostudzić ciasto. 

SMACZNEGO!

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

435. Muffiny z borówkami

 Wspominałam już, że mam bardzo zdolne i pracowite dziecko. Dziecina moja uwielbia wpadać do kuchni, otwierać szafki po kolei i wywalać wszystko co wpadnie jej w łapki. Szafki z bardziej delikatnymi sprzętami są już co prawda zabezpieczone i Lucynda nie umie jeszcze pokonać tych zabezpieczeń. Zostawiłam jednak dwie szafki z garnkami i foremkami, które są bardziej odporne na zniszczenie, żeby nie pozbawiać jej całej zabawy. Gorzej, że wymyśliło moje kreatywne dziecko nową zabawę. Wyjmuje sobie foremki, leci na balkon i wyrzuca jak najdalej się da. Im matka głośniej krzyczy tym większa radocha. Leciały już kwiatki, doniczki, butelka z mlekiem (!) i moje ulubione foremki z muffiny. Dziecina kochana zapewnia mi odrobinę ruchu i dba również o ćwiczenia wzroku, gdy wypatruję pod którym krzakiem leży zguba. Dobrze, że drugie piętro nie takie wysokie, a pod naszymi oknami nikt nie chodzi. Większych szkód nie ma, a ja przynajmniej przypomniałam sobie o robieniu muffinów, jak już po te foremki maszerowałam. Dlatego też gdy potrzeba mi było odpowiedniej ilości cukru zrobiłam muffiny z borówkami. Takie klasyczne blueberry muffins zajadałam w czasach pracy w kawiarni. Powrót do przeszłości sobie dzięki temu zafundowałam.

MUFFINY Z BORÓWKAMI:
-2 jajka
-pół kostki rozpuszczonego masła
-150g maślanki
-chlust esencji waniliowej
-ok. 250g przesianej mąki pszennej
-ok. 100g cukru
-łyżeczka proszku do pieczenia
-garść borówek

-ewentualnie przygotować jeszcze kruszonkę ( proporcje 2:1:1-2 łyżki masła, 1 łyżka mąki, 1 łyżka cukru-szybko zagnieść tak żeby całość miała konsystencję mokrego piasku)

Jajka roztrzepać z masłem, maślanką i esencją waniliową. W drugiej misce wymieszać sypkie produkty. Kilkoma ruchami szpatułki wymieszać suche i mokre składniki, ale nie mieszać za długo bo muffiny wyjdą za twarde. Nakładać do foremek ciasto do 2/3 wysokości. Na wierzch każdej muffinki ułożyć po kilka borówek i ewentualnie nasypać kruszonkę. Wstawić foremki do piekarnika rozgrzanego do 180stopni, na około 15 minut, aż się zarumienią. Po wyłączeniu piekarnika zostawić do ostygnięcia wewnątrz. 

SMACZNEGO!

czwartek, 4 sierpnia 2016

434. Lemoniada z hibiskusa i malin

 Uznałam, że z tylko jednym szalonym dzieckiem będzie mi nudno. Więc sprowadziłam sobie do domu jeszcze trójkę gagatków. Nikomu ich nie porwałam, nikt mi ich na siłę nie wciskał. Sama nawet zgłosiłam się na ochotnika na niańkę. Moje rodzeństwo cioteczne przyjechało (a raczej sama pojechałam po nich Hondzią) i teraz mam dom wariatów. Dosłownie. Cioteczka kochana dzwoni tylko i z troską w głosie pyta czy już zwariowałam z nimi czy jeszcze resztki rozsądku się gdzieś tlą. Warszawę poznaję na nowo, bo część miejsc odwiedziłam ostatni las w czasach prehistorycznych, a i fantazja mi się rozwija, bo trzeba posiłki wykombinować takie co wszyscy zjedzą. Ubaw po pachy, kłótnie o spanie na materacu, bitwy o mycie nóg, przepychanki kto ma pchać wózek z Lucy, marudzenie przy kolacji. Chciałam to mam.
W ramach ratowania zdrowia psychicznego dostałam buteleczkę nalewki malinowej, ale cholera nie mam nawet jak ją wypić. Bo dzieciarna niepełnoletnia. Młodocianych rozpijać nie będę, do lusterka też jakoś głupio. Znaczy abstynencja mi grozi przez najbliższe dni. Zamiast tego mam bąbelki smaczne i bezalkoholowe w postaci lemoniady z hibiskusa i malin. Orzeźwiająca lemoniadka doda sił kiedy matka polka wielodzietna podupada nieco na duchu.
Każdemu polecam takie wakacje :) 

LEMONIADA Z HIBISKUSA I MALIN:
-2-3 łyżki suszonych kwiatów hibiskusa
-3-4 łyżki soku malinowego
-sok z połówki cytryny
-ok. 0,5l wrzątku
-trochę wody gazowanej
-ewentualnie 2-3 łyżki cukru

1. Wrzątkiem zalać kwiaty hibiskusa i odstawić całość do przestygnięcia. Dodać cukier i zamieszać.

2. Napar hibiskusowy wymieszać z sokiem z malin i sokiem z cytryny. Dodać kostki lodu i dopełnić wodą gazowaną.Podawać od razu :)

SMACZNEGO!

wtorek, 2 sierpnia 2016

Piękna Polska: Muzeum Domków dla Lalek w Warszawie

 Jest w Warszawie takie magiczne miejsce. Przechodzi człowiek przez drzwi od szafy i nagle znajduje się w cudownym świecie. Tutaj starsi się uśmiechają, bo nagle wracają do przeszłości i do czasów dzieciństwa. Młodsi się cieszą, bo nagle widzą cuda i cudeńka, które ktoś ścibolił i tworzył zawzięcie. Najmłodsi zaś cieszą się bo widzą ferie barw i mnóstwo zabawek (chociaż dotknąć ich nie można). 

Tym magicznym miejscem jest Muzeum Domków dla Lalek w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. W jednym miejscu zgromadzono kilkadziesiąt domków, sklepików, pokoików czy szkół dla lalek. Samych lalek jest tutaj też bez liku. Niektóre o nieco psychodelicznym wyrazie twarzy, ale widać taka ich uroda. Mnóstwo akcesoriów, bardzo dużo przedmiotów w mikroskopijnych rozmiarach, które zachwycają. A wszystko przepięknie opisane, więc wiadomo gdzie i kiedy powstał dany fragment wystawy. 

Nas najbardziej zachwyciły lalki sakralne. Dla zdrowia psychicznego niektórych chyba lepiej, że zdjęcia zakonnicy w trumnie wyszły nieostre. A jaki ładny trup jest. Te lalki miały za zadanie oswoić dzieci z tematem śmierci i Boga. No cóż, nie wiem kogo oswoiły kogo przeraziły. Zdecydowanie warto je zobaczyć. 

Fantastyczne też były sklepy mięsne, salon sukien ślubnych, sklep bławatny, apteka, szkoła pełna szczurów, czy domek urządzony w starym chlebaku.....jednym słowem fantastyczne było chyba wszystko. Uśmiech nie schodził nam z twarzy i co chwile ktoś nawoływał resztę ferajny do jakiejś czarownej gabloty z kolejnym eksponatem.

Blogerki również znalazły coś dla siebie. Ola z Bałkanów według Rudej mogła podpatrzeć jak wyglądać powinien pokój prawdziwego podróżnika. Ja zaś mogłam nasycić oczy śliczną francuską kawiarnią. 

Dodatkowo mogłam zakupić stylowe mebelki do domku dla lalek Lucy. Oprócz mebelków możecie zakupić wanny, prysznice, naczynia, przepiękne filiżanki, skrzynki z winem czy nawet talerz z sushi. Wszystko oczywiście w rozmiarze mikrym, idealnym żeby wstawić do domku. W sprzedaży jest też książka o odpowiedniej tematyce, czyli "Miniaturzystka"-Jessie Burton. 

Muzeum Domków dla Lalek
pl. Defilad 1, Warszawa
czynne codziennie 9:00-19:00
bilety normalne 20zł, ulgowe 15zł (ale naprawdę warto wczytać się w cennik bo może jednak przysługuje wam jakaś zniżka) 
Strona internetowa: Muzeumdomkow.pl