wtorek, 23 maja 2017

514. Kruche ciasto z rabarbarem i budyniową pianką

 Imprezę rodzinną nie jest łatwo zorganizować. Mam poczucie, że muszę się wspiąć na wyżyny organizacji i jeszcze wymyślić takie menu, żebym mu podołała a jednocześnie, żeby wszyscy byli zadowoleni. Są jednostki jak mój brat czy konkubent, które zadowolić łatwo. Wystarczy zrobić w fikuśny sposób kotlety mielone. Ale co z resztą. Co gotować? Jak żyć? Jak opanować ten rozwiany w szale włos i mętny wzrok?  Jak nie zamordować konkubenta, który na dzień przed imprezą strategicznie dał nogę? Zniknął skubany jak sen jaki złoty, na cały (tak CAŁY) dzień i się dziwi, że wieje ode mnie chłodem. A jeszcze szanowna jubilatka z jej nadmiarem energii i ogromną chęcią pomocy (ewentualnie żądzą słodkiego) próbuje palcem wyjeść cały krem do tortu. A jeszcze jak próbuję ją odgonić to gówniara zwraca się do mnie tekstem nauczonym od ojca-"nie krzycz Kaśka!nie krzycz". Kocica za to ledwo łap nie poparzy lawirując między palnikami, bo mięso poczuła. Obłęd. Czysty obłęd. 
Za to kinder-bal się chyba udał. Były nawet tańce do jakże zacnego przeboju "Kółko graniaste". Stężenie cukru we krwi młodzieży zbliżyło się do niebezpiecznej granicy, po której dzieciarnia już nigdy nie poszłaby spać. Starzy zaś mogli w spokoju porozmawiać. Wśród rozmów zaś przebiły się hasła, że szczególnie udało mi się ciasto z rabarbarem. Łapcie więc przepis na to cudo, bo prosty, a pyszny jest i zagniatajcie to kruche ciasto z rabarbarem i budyniową pianką. 

KRUCHE CIASTO Z RABARBAREM I BUDYNIOWĄ PIANKĄ:
(proporcje przewidziane na blaszkę o rozmiarze ok. 25x35cm)
CIASTO:
-2 szklanki mąki pszennej
-kostka masła
-4 łyżki cukru pudru
-6 żółtek
-2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
-szczypta soli

PIANKA BUDYNIOWA:
-6 białek
-2 opakowania budyniu waniliowego (razem 120g)
-3 łyżki cukru trzcinowego
-chlust esencji waniliowej
-skórka otarta z cytryny

-ok. 300-400g rabarbaru
-duża szczypta cynamonu

1. Ze wszystkich podanych składników zagnieść szybko cisto. Zawinąć je w folię spożywczą i włożyć na godzinę do zamrażalnika. Po tym czasie wyjąć ciasto i zetrzeć 3/4 na tarce na przygotowaną blaszkę. Ciasto lekko ugnieść palcami i włożyć do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 15 minut.

2. Rabarbar umyć, obrać i pokroić w plasterki o grubości ok. 2cm. Obsypać je sporą ilością cynamonu i odstawić na chwilę.

3.. W czasie gdy kruchy spód się piecze ubić pianę z białek. Nie przerywając ubijania stopniowo dodawać cukier. Następnie, wciąż ubijając, dodać cytrynę, proszę budyniowy oraz esencję waniliową. Tak przygotowaną piankę budyniową wylać na podpieczony kruchy spód. Na wierzchu rozsypać równomiernie rabarbar. Na rozłożony rabarbar, zetrzeć na tarce resztę ciasta, jako kruszonka. Gotowe ciasto piec w piekarniku rozgrzanym do 180st, przez około 45-50 minut.

Upieczone kruche ciasto można oprószyć cukrem pudrem.

SMACZNEGO!


piątek, 19 maja 2017

513. Pierogi leniwe ze szparagami i parmezanem

Swoje dziecko uwielbiam miłością ślepą i bezwarunkową. Jednak gdy tylko mogę się samodzielnie wyrwać z domu, chociażby tylko na zakupy w biedrze, to traktuję to jak największe święto. Tym razem miałam mieć jeszcze większą fiestę, taką z zakładaniem szpilek, czystego ubrania bez przyklejonych na zadku chrupek i w makijażu wieczorowym. Znaczy szłam się ukulturalnić i obejrzeć balet. Wieczór tylko dla mnie i jeszcze 30-stu łabędzi pląsających po scenie. 
A tu Miśko mi robi jeszcze niespodziankę i w południe oświadcza, że skoro na wieczór ich opuszczam, to oni już teraz sobie pojadą do babci. Naiwniak myślał, że się zmartwię. Pół dnia dla siebie...matko i córko! od 2 lat nie miałam takiego luksusu. Jeszcze na odchodnym coś mi zamamrotał, że mamunia to mu da prawdziwy obiad (prawdziwy czyli ziemniory, kotlecior i mizeria). Jeszcze Lucy wymagała szybkiej zmiany garderoby po zbyt wolnym biegu do łazienki. Jeszcze się musieli zapakować z tymi wszystkimi niedźwiedziami i balonikami, które koniecznie trzeba było zabrać i już....już mam wolne.  
Aż zgłupiałam ze szczęścia i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Spać, czytać, biec na zakupy, śpiewać. No to finalnie poszłam do kuchni. Ulepiłam sobie szybciutko kluseczki leniwe, podsmażyłam czosnek i szparagi , starłam trochę parmezanu. Miodzio taki obiad. I nikt nie jęczy, że mu mięsa brakuje. I nikt nie pertraktuje zamiany zupy na czekoladę. Cisza, spokój i dobre jedzenie. Czasem dobrze móc zatęsknić za ukochanymi huraganami. 

PIEROGI LENIWE ZE SZPARAGAMI I PARMEZANEM:
(proporcje przewidziane na 2 spore porcje)
LENIWE:
-1 jajko
-250g twarogu
-1 łyżka mąki ziemniaczanej
-2 łyżki mąki pszennej
-sól, pieprz, łyżeczka czarnuszki

DODATKI:
-pęczek zielonych szparagów
-1 mała cebulka
-2-3 ząbki czosnku
-2-3 suszone pomidory
-pół pęczka natki pietruszki
-oliwa, sól, pieprz
-parmezan
 
1. Przygotować kluski leniwe. Jajko wymieszać z twarogiem. Dodać obie mąki i przyprawy i całość dokładnie wymieszać. Na lekko podsypanej mąką stolnicy układać partię ciasta, rolować w wałeczki o średnicy ok. 2 cm, a następnie kroić je ukośnie na małe kluseczki. Tak przygotowane pierogi leniwe wrzucać na mocno osolony wrzątek i gotować 2-3 minuty po wypłynięciu na powierzchnię. Odłowić na talerz. 

2. Szparagi umyć, osuszyć i odłamać zdrewniałe końcówki. Pozostałe części szparagów pokroić na ok. 1-2cm kawałki.

3. Na sporej ilości oliwy zeszklić drobno posiekaną cebulkę. Dorzucić do niej zmiażdżone i posiekane ząbki czosnku. Dodać jeszcze szparagi i posiekane suszone pomidory. Podsmażać całość chwilę, aż szparagi nieco zmiękną. Dorzucić kluski leniwe i całość dokładnie zamieszać. Zdjąć z ognia posypać hojnie startym parmezanem i posiekaną natką pietruszki. 
*tak przygotowane leniwe ze szparagami świetnie smakują w towarzystwie jaja sadzonego

SMACZNEGO! 


środa, 17 maja 2017

512. Ciasto cytrynowe z borówkami

 Wpadłam w jakiś taki słodko-pierdzący nastrój. Cieszę się, że mogę spokojnie wyjść na balkon i nie paść z przerażenie, że mróz ściął mi wszystkie rośliny. Mogę też podlać kwiaty bez zakładania na grzbiet grubej katany. Sezon na tonę piachu w butach wyniesioną z piaskownicy też wreszcie się rozpoczął. Jednym słowem raduję się z nadejścia wiosny. A jak wiosna to zaczynam intensywnie opróżniać zamrażalnik. Przez całą jesień i zimę ściboliłam te wszystkie owoce, żeby starczyło na ciasta i torty, które miały mnie ratować przed brakiem witamin. Teraz trzeba szybko zjeść to co nam zostało i przygotować brzuchy na te wszystkie truskaweczki, maliny i inne pyszności. 
Jeśli też macie zalegające w zamrażalniku owoce to upieczcie proste ciasto cytrynowe np. z borówkami. Nawet Miśkosław, który twierdzi że ze słodyczy to najbardziej lubi kotlety, się rzucił na to ciasto jak szczerbaty na suchary. 

CIASTO CYTRYNOWE Z BORÓWKAMI:
-3 jajka
-2 szklanki mąki
-pół szklanki cukru
-szklanka maślanki lub kefiru
-pół szklanki oleju rzepakowego
-2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
-szczypta soli
-skórka i sok z 1 cytryny
-ok. 250g borówek (mogą też być wiśnie, truskawki, maliny lub inne owoce)

1. Białka oddzielić od żółtek i ubić na sztywną pianę. Do piany z białek dodać połowę cukru. 

2. Resztę cukru ucierać z żółtkami do momentu aż masa zbieleje. Nie przerywając ucierania cienkim strumieniem wlewać olej. Następnie dodać maślankę i sok oraz skórkę z cytryny. Na końcu dodać przesianą mąkę z solą i proszkiem do pieczenia. Do tak przygotowanej masy na ciasto dodać pianę z białek i delikatnie wymieszać łopatką. 

3. 1/3 masy przelać do przygotowanej blaszki (używałam tortownicy o średnicy 22cm). Wysypać na wierzch połowę owoców. Wlać resztę ciasta. Na górze ciasta cytrynowego rozłożyć równomiernie resztę owoców. Ciasto wstawić do piekarnika rozgrzanego na 180st, na około 40 minut. Patyczkiem sprawdzić czy ciasto już jest gotowe. 
Gorące ciasto cytrynowe oprószyć cukrem pudrem i ewentualnie ozdobić kilkoma borówkami.

SMACZNEGO!

poniedziałek, 15 maja 2017

Tallinn, gdzie jeść i co kupić

Czasy wybitnie-niskobudżetowych wyjazdów, gdzie zabierałam zapas paprykarza szczecińskiego i sucharów, szczęśliwie już minęły. Niestety, budżetów jak Tasteaway  jeszcze nie posiadam, a za to kilka ograniczeń by się znalazło. Po pierwsze Lucy uwielbia zupy i w zasadzie obiad dla niej mógłby się na tym zakończyć. Po drugie Ula, która była z nami na wyjeździe, nie je glutenu i mięsa. Po trzecie wreszcie, ja po prostu lubię dobrze zjeść.
Jednym słowem, o ile śniadanie i kolacje robiłyśmy sobie same w hostelu i raczej nie było z tym problemu, o tyle znalezienie lokalu na obiad było już całkiem trudne. Dlatego też gdy już znalazłyśmy restauracje, która spełniała wszystkie nasze wymagania, stołowałyśmy się w niej przez cały wyjazd.

Gdyby ktoś przegapił, pierwszą część naszych wrażeń możecie znaleźć we wpisie-Tallinn, city break z dzieckiem.
 

 LIDO- Estonia puiestee 9, Tallinn (na I piętrze C.H.Solaris)-blisko starówki. 
czynna w godzinach 10:00-22:00
Lido, to restauracja samoobsługowa, gdzie znajdziemy dania z kuchni łotewskiej. Jest duży wybór zup, ryb (grillowane i smażone) są też mięsa, sałatki, które można samodzielnie skomponować i warzywa przyrządzane w przeróżny sposób. Dla łasuchów są też naleśniki i gofry. Do picia znajdziecie kompoty, koktajle owocowe, soki, kawy jak również piwa. Za obiad z dwóch dań, z napojami i czymś słodkim na deser zapłacimy kilkanaście euro.

Nas przede wszystkim  zachęciła spora ilość lokalsów, zarówno spożywających na miejscu, jak i zabierających obiady na wynos. Dodatkowo, krążąc z tacą i wybierając pyszności, można podpatrzeć co wybierają Tallińczycy (o dziwo bardziej niż ryby kręci ich mięsiwo według mnie). 

Jest tak duży wybór, że każdy wybredny gust można zaspokoić za niewielkie pieniądze. Restauracja znajduje się na tyle niedaleko Starówki, że można do niej wpaść w przerwie zwiedzania. 

Są też stoliki i krzesełka dla dzieci.  Można płacić kartą. 





 MUZEUM MARCEPANU "KALEV":
Pikk 16, Tallinn
otwarte w godzin. 10:00-18:00

 Będąc w Tallinnie koniecznie trzeba spróbować marcepanu. Legenda głosi, że to właśnie w tym mieście, prawie 600 lat temu, w pewnej aptece powstał lek na złamane serce w postaci pasty z migdałów. Marcepan doczekał się tu nawet własnego muzeum. Znajdziemy go w okolicy pl. Ratuszowego, w samym centrum Starego Miasta. Wypatrujcie dobrze, bo łatwo go przeoczyć.

Znajdziecie tutaj około 200 marcepanowych figurek w najróżniejszych kształtach i kolorach. Na rycinach i fotografiach obejrzycie historię migdałowego smakołyku. Cały czas można też podpatrywać panią, która na bieżąco lepi kolejne figurki.
Obok muzeum znajdziecie najstarszą w Estonii kawiarnia „Maiasmokk” (Łasuch). Spróbujecie tutaj kaw, czekolad, pysznych ciast i oczywiście marcepanu.




 CO PRZYWIEŹĆ:
Z Estonii polecam przywieźć 2 podstawowe rzeczy, czyli marcepan i likier Vana Tallinn. 
Marcepan znajdziecie zarówno w wersji kilogramowych opakowań, podobnych do kiełbasek, jak i cukierków czy batoników. W sklepach dostępne są również bajeczne marcepanowe figurki z kilka euro. 

Vana Tallinn to słodki likier na bazie rumu. Jest całkiem mocny. Na jego bazie stworzone są też delikatniejsze i słodsze alkohole. 

Oprócz tego ja przywiozłam jeszcze zestaw matrioszek, którymi uwielbia bawić się Lucy, kilka książeczek dla mniejszych i większych dzieci, nasiona pomidorów i zielonego groszku oraz oczywiście magnesy na lodówkę. 
Jeśli macie ograniczenia w budżecie poszukajcie pamiątek w marketach Rimi i Prisma. Mają całkiem spory wybór np. magnesów i innych gadżetów.

środa, 10 maja 2017

511. Sałatka z grillowanymi szparagami, serem feta i suszonymi pomidorami

 Jak się zazwyczaj staram nie marudzić na pogodę nadmiernie, tak teraz czuję się już wkurzona. Niby świeci za oknem słońce, ale jak się człowiek wyjdzie na spacer to gluty w nosie zamarzają, a jedynym słusznym ubraniem wydają się ocieplane majtki z golfem sprezentowane przez teściową (przyszłą-niedoszłą). Chociaż Lucy jest przeszczęśliwa z codziennej dawki skakania po kałużach, to ja bym już chciała założyć baletki bez obaw o odmrożenia 3 stopnia. I co noc tak wieje złem, że zastanawiam się czy mój ogród na balkonie jakoś to przetrwa.  Jednym słowem ta wiosna to sobie chyba jaja robi. 
O wszelkich wiosennych pysznościach szczerze mówiąc zapomniałam. Dopiero wyprawa na ulubiony bazarek przypomniała mi szparagach, rabarbarze i młodej kapuście. Może trzeba odtańczyć jakiś taniec do pradawnych bogów, żeby wiosna jednak zdecydowała się przyjść. Żeby mieć siły na dzikie harce proponuję wam sałatkę z grillowanymi szparami, serem feta i suszonymi pomidorami, a ty zimo idź już sobie.

SAŁATKA Z GRILLOWANYMI SZPARAGAM, SEREM FETA I SUSZONYMI POMIDORAMI:
-pęczek zielonych szparagów
-2 słodkie pomidory malinowe
-4-5 suszonych pomidorów
-garść czarnych oliwek
-ok. 100g sera feta
-kilka listków rukoli
-niepełna łyżeczka czarnuszki
-sól, pieprz, skórka otarta z połowy cytryny

1. Cytrynę sparzyć i wyszorować. Szparagi umyć, wysuszyć, odłamać im zdrewniałe końcówki i grillować przez 1-2 minuty, na rozgrzanej i posmarowanej odrobiną oliwy,  patelni grillowej. 

2. Szparagi pokroić na mniejsze kawałki, główki zostawić do dekoracji. Pomidory pokroić na mniejsze kawałki, suszone pomidory posiekać na drobno, oliwki przepołowić. Wszystko razem wymieszać. Dodać jeszcze listki rukoli i pokruszony ser. Oprószyć całość świeżo zmielonym pieprzem i ewentualnie odrobiną soli, oraz skórką z cytryny. 
Najlepiej podawać od razu gdy szparagi są jeszcze ciepłe. 

SMACZNEGO!

poniedziałek, 8 maja 2017

Tallinn, city break z dzieckiem



Udało nam się w końcu wyrwać trochę dalej w świat, niż na wycieczkę po Polsce. Na miejsce pierwszej samolotowej eskapady Lucy, zostało wybrane miejsce nieco egzotyczne i niedoceniane, chociaż bliskie. Naszym celem podróży był Tallinn, czyli stolica Estonii. 

Walutą obowiązującą w Estonii jest euro.

Do Tallinna latają m.in. nasze rodzime linie czyli LOT. Bilety ustrzelone na promocji to koszt ok 290zł w dwie strony-Lucy jako małoletnia, przed drugimi urodzinami poleciała za jakieś parę złotych. 

Noclegi można wybierać wśród szerokiej gamy cenowej. My zdecydowałyśmy się na "rodzinny" pokój w hostelu z własną łazienką. Koszt takiego pokoju dla 2 dorosłych osób i dziecięcia to ok. 24 euro za noc-rezerwowane przez Booking.com ze sporym wyprzedzeniem. 
Nasz hostel znajdował się na samej starówce, więc miałyśmy wszędzie blisko. 
Munkenof-16 eur Hostel (strona internetowa jest tutaj

Z praktycznych informacji warto wiedzieć, że rodzice podróżujący z małymi dziećmi, mogą w Tallinnie jeździć komunikacją miejską za darmo. Bezdzietni podróżnicy mają do wyboru kilka wyjść, albo przemieszczać się pieszo (jeśli planują zwiedzanie tylko w obrębie centrum-to nie są duże odległości), albo kupować bilety jednorazowe u kierowcy (koszt ok. 2 euro), albo to co wydaje mi się najrozsądniejsze w sieci R-kiosk zaopatrzyć się w kartę Smart Card (koszt 2 euro) i zakodować na niej bilet na kilka dni. 5-cio dniowy bilet to koszt 8 euro. Na jednej karcie mogą być zakodowane bilety dla kilku osób, a samą kartę można zwrócić i odzyskać pieniądze za nią, do 6-ciu miesięcy od pierwszego użycia.
R-kiosk znajdziecie na terminalu lotniska. Z lotniska do centrum można dojechać autobusem linii 2, tylko uwaga-wsiadajcie w ten jadący w kierunku Reisisadam.



CO ZWIEDZAĆ W TALLINNIE:
Ze względu na obecność Lucy, odpuściłyśmy sobie wszelkie muzea czy chodzenie po zabytkowych kościołach. Pierwszego dnia wybrałyśmy spacer po naprawdę pięknej, malowniczej i autentycznej Starówce.

 Tallińskie Stare Miasto okalają mury miejskie, które najbardziej okazale wyglądają od strony dworca autobusowego Balti Jaam. Ich historia sięga XIII w. Okalają całe Dolne Miasto.

Wzgórze zamkowe, Toompea, można zdobyć po pokonaniu całkiem sporej różnicy wysokości, bo aż 50m. Na górze można obejrzeć panoramę miasta na licznych punktach widokowych. Obejrzeć siedzibę rządu, oraz piękny sobór Aleksandra Newskiego.

Spacerując po Starówce z maluchem uwzględnijcie, że wszędzie jest bruk i dla każdego wózka może to być wyzwanie. Jeśli jest możliwość zostawcie go i lepiej skorzystajcie z nosidełka lub siły własnych nóg.




ROCCA AL MARE
Na obrzeżach miasta znajduje się skansen wsi estońskiej o nazwie Rocca al Mare. Można do niego dojechać autobusem linii 21. Znajdujący się nad samym morzem, kilkuhektarowy las skrywa w sobie kompletnie urządzone wiejskie chaty ze wszystkich rejonów Estonii. Są również rosyjskie chaty znad jeziora Pejpus. Są również przeniesione z różnych stron kraju dobrze zachowane wiatraki. Znajdziemy tu również budynki użyteczności publicznej jak szkoły, kościół, szynk czy kuźnie. Dla małych miłośników zwierząt są również kury, kozy, konie i inne wiejskie zwierzęta. 

Wstęp na teren skansenu to 9 euro. Mapka całego obiektu kosztuje 1euro. Przy wejściu dostajecie naklejkę, którą później należy nakleić na wielką mapę, żeby oznaczyć skąd przyjechaliście.

W sezonie przygotowane są również miejsca piknikowe i plac zabaw dla najmłodszych. Jest również restauracja, gdzie można coś dobrego zjeść.
Przy wejściu znajduje się sklepik z rękodziełem, nasionami roślin, ludowymi książeczkami dla dzieci, magnesami, przetworami lub innymi pięknymi przedmiotami idealnymi na pamiątki.



 MUZEUM LENNUSADAM SEA HARBOUR: 

Tutaj znajdziecie całą historię estońskiej marynarki w pigułce. I jest to pigułka naprawdę duża i z wieloma atrakcjami.

Dla najmłodszych przed muzeum zbudowany jest przepiękny morski plac zabaw. Na nabrzeżu znajdziecie okręty, żaglówki i mniejsze statki. Na niektóre można wejść i obejrzeć ich wyposażenie.

Ekspozycji we wnętrzu muzeum niestety nie udało nam się obejrzeć, bo głód zajrzał w oczy Lucyndy i trzeba było szybko szukać ciepłej zupy.
Żałuję bardzo, bo z relacji i opowieści zapowiadało się całkiem zacnie. Interaktywna wystawa pokazuje jak zachowywać się na morzu, jak wzywać pomocy, można wcielić się w dowódcę ekipy ratunkowej. Jest również historyczny okręt podwodny Lembit

Do muzeum dojedziecie autobusem nr. 73.



4 dni w Tallinnie pozwoliły delikatnie poznać to piękne miasto, ale zostawiły spory niedosyt. Wiem, że gdybyśmy miały jeszcze jeden dzień to byśmy popłynęły promem do Helsinek. Kolejny dodatkowy dzień pozwoliłby nam odwiedzić tallińskie ZOO. Na kolejne na pewno jeszcze byśmy coś znalazły, więc wniosek jest jeden-trzeba tam wrócić.

Wybierając się do Tallinna pamiętajcie, że temperatura jest tam o kilka stopni niższa niż u nas. Jednocześnie gdy słońce mocno świeci przydaje się krem z filtrem, żeby nie przypalić sobie twarzy jak my. Ciepła czapa zaś przydaje się podczas spacerów nad morzem.
Pakujcie ciepłe ubrania i w drogę :)

piątek, 5 maja 2017

Kwietniowe torty z Miśkowej cukierni

W kwietniu zrobiłam kilka tortów. W większości wiązało się to z siedzeniem w nocy, bo inaczej mój mały pomocnik za bardzo mi pomagał i np. zjadał za dużo masy cukrowej, czekolady lub cukrowych posypek. Jednym słowem za duże straty w materiałach mam gdy Lucy szaleje w kuchni. 
Prawie każdy tort w innym stylu, i co mnie wybitnie cieszy nie wszystkie pełne masy cukrowej. 
TORT KRÓLIK Z AJERKONIAKIEM-zrobiony dla własnej przyjemności i potrenowania używania szprycy cukierniczej. Przepis na ten tort znajdziecie tutaj na blogu.

TORT Z ANIOŁEM NA CHRZCINY-nietypowy, bo wcale nie obłożony masą cukrową, a zrobiony w stylu drip cake, tort kawowy. Mnóstwo zabawy przy oblewaniu tortu czekoladą i układaniu słodyczy i jeszcze musiał się gdzieś pośród tych różności aniołek zmieścić. Przepis na taki tort również znajdziecie na blogu (tort kawowy)


TORT NA CHRZCINY CHŁOPCA Z BUCIKAMI-bardziej klasyczny tort na chrzciny, bo cały w bieli i błękicie z malutkimi, rozkosznymi bucikami. 

 TORT URODZINOWY W KSZTAŁCIE PIŁKI-klasyczny tort urodzinowy dla chłopca...żeby było zabawnie 2 lata temu również robiłam tort piłkę na urodziny Dominika. Jak widać nie zmieniły mu się zainteresowania :)


TORT WESELNY Z RÓŻAMI, PIKOWANY-prosty, skromny tort na niewielkie przyjęcie weselne. Róże, pikowanie i nieco złotych perełek to klasa sama w sobie