piątek, 31 października 2014

275. Puszyste placuszki dyniowe na śniadanie

Nowego święta Halloween nie obchodzę i póki co udaje mi się obchodzić je szerokim łukiem. Jakiś paskudnych ciastek w kształcie mózgu też nie piekę. Co więcej, nawet w życiu żadnej dyni nie wydrążyłam, żeby z niej lampion zrobić. Są zdecydowanie ciekawsze sposoby zagospodarowania dyni. Można np. zrobić sobie (i przy okazji głodnej bardzo rodzinie) śniadanie na słodko w postaci pysznych, puszystych placuszków dyniowych. Proste są i dobre bardzo i można je zjeść same, z cukrem pudrem, z konfiturą jakąś dobrą, albo w mojej ulubionej wersji z twarożkiem.

PLACUSZKI DYNIOWE:
-ok. 300g purée z pieczonej dyni
-2 łyżki jogurtu greckiego
-2 jajka
-2 łyżki cukru
-3 łyżki roztopionego masła
-3/4 szklanki mąki
-łyżeczka proszku do pieczenia
-duża szczypta soli oraz cynamonu, odrobina gałki muszkatołowej i esencji waniliowej

1. Dynię obrać i pokroić w małe kawałki. Włożyć ją do naczynia żaroodpornego i włożyć do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 30 minut, aż będzie miękka. Po wyjęciu zmiksować całą dynię na gładko. 
Cały ten etap można zrobić dzień wcześniej, a nadmiar dyniowego purée  można zamrozić.

2. Dynię wymieszać dokładnie z jogurtem, następnie stopniowo dodawać jajka, cukier, masło, mąkę i przyprawy.  Gotowe ciasto powinno mieć dosyć gęstą konsystencję. Smażyć na rozgrzanej patelni (nie trzeba już używać żadnego tłuszczu bo w środku już jest), po kilka minut z każdej strony, aż się zarumienią.
 Jeść z tym co akurat nam najbardziej pasuje :)

SMACZNEGO!

czwartek, 30 października 2014

Dziewczęcy tort z Hello Kitty

W weekend robiłam tort urodzinowy dla 3-letniej Matysi. Matylda jest wnuczką najlepszego przyjaciela taty Lesia (wszyscy krewni i znajomi raczej wiedzą o kogo chodzi). Sama Matysia zaś jest wielką przyjaciółką mojej kotki Zołzy. Nie wiem jak to robią, ale się dogadują we dwie znakomicie. Specjalnie dla niej właśnie powstało różowe cudo z Hello Kity i wnętrzem pełnym czekolady, bitej śmietany i wiśni....z pierwszej ręki wiem, że się spodobało bardzo :)

wtorek, 28 października 2014

274. Ciągnik, ciasto ekstremalnie czekoladowe specjalnie na 2.urodziny bloga

Jak zwykle nawet nie zwróciłam w ogóle uwagi na to, że blog miał swoje urodziny. Tyle się dzieje w moim życiu kury domowej, że no naprawdę nie ogarniam. Więc jak już się wzięłam i zorientowałam to jednak postanowiłam coś miłego dla podniebienia upiec. Padło na ciasto naprawdę bardzo czekoladowe. Wybitnie fotogeniczne nie jest, bo się środek rozpływa, a tylko na zewnątrz jest chrupka skorupka. Dlatego polecam zrobić je w jakimś ładnym naczyniu i ewentualnie łyżką wyjadać, bez bawienia się w przenoszenie na talerz.
A co do urodzin blogowych to mogę tylko powiedzieć, że pomysły na przepisy na szczęście jeszcze mi przychodzą do głowy. Jak można było zauważyć przez ostatni rok, oprócz samych kulinarnych tematów, pojawiały się też relacje z większych i mniejszych wycieczek oraz zdjęcia moich tortowych dzieł. W najbliższym czasie pojawią się też wpisy z innej kategorii, ale powiązanej z kuchnią co nieco. Tak ogólnie co mam się oszczędzać, skoro mi się wywraca mój ład i porządek do góry nogami to na blogu też mogę zrobić rewolucję :)

CIĄGNIK
-200g gorzkiej czekolady
-pół kostki masła
-4 jajka
-pół szklanki cukru
-3/4 szklanki mąki
-1 łyżeczka proszku do pieczenia
-duża szczypta soli i chlust esencji waniliowej

1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej razem z masłem.

2. Jajka wymieszać dokładnie z cukrem, dodać do nich mąkę z proszkiem, solą i wanilią. Gdy wszystko będzie już wymieszane na gładko, wlać do tej masy czekoladę z masłem. Gdy masa będzie już równomiernie czekoladowa przelać ją do foremki (np. do tarty o średnicy ok.24cm). Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 220st, na równo 12 minut....wtedy będzie skorupka na wierzchu i płynny środek w środku :)
*żeby się łatwiej nakładało na talerze można wstawić ciasto na jakiś czas do lodówki, wtedy środek lekko zgęstnieje.

SMACZNEGO!


Jestem delikatnie aspołeczna, dlatego brzydko mówiąc przez jakiś czas olewałam zabawę pt.Liebster Award. Ostatnio zostałam wciągnięta w jej podróżniczą odmianę, a że nominowała mnie do niej Olka z Bałkanów według Rudej, która jakby nie patrzeć za chwilę będzie moją rodziną, więc nie wypada olewać rodziny. Dlatego poniżej odpowiedzi na jej pytania.
 
1. Jeśli nie Bałkany, to co?
To zapewne Lubelszczyzna lub Podlasie. A poza tym jeśli nie Bałkany to każdy kawałek świata, w którym jeszcze nie byłam, albo byłam już dawno temu, albo który lubię.
 
2. Bez jakiej rzeczy nie możesz/nie możecie obyć się w podróży?
Bez wielu rzeczy, a bez jakich konkretnie to można sobie poczytać w moim wpisie "Co zabrać ze sobą w podróż na koniec świata"
 
3. Jakie jest Twoje/Wasze najbardziej zatrważające wspomnienie z podróży?
Chyba takich nie było....ewentualnie to, że jeden włoski kierowca nadmiernie mówił o miłości, kiedy zabrał mnie i koleżankę "na stopa" z Bari do Wenecji.

4. Twój/Wasz ulubiony alkohol, który przywozisz/przywozicie z innych krajów? (jeśli nie pijasz alkoholu, to jaki jest Twój ulubiony napój przywożony spoza Polski?)
Ulubionego nie mam...jako młody miłośnik alkoholu wszelakiego przywożę to co akurat mają lokalnego i dobrego.

5. Podróżniczy idol/wzór do naśladowania. Czy masz/macie kogoś takiego?
Anthony Bourdain :)

6. Czego mogą nas nauczyć podróże?
Jedzenia różnych dziwnych rzeczy 

7. Twoja/Wasza ulubiona książka podróżnicza (lub z motywem podróży)?
Chyba jednej podróżniczej nie mam ulubionej, zresztą ja w ogóle nie umiem odpowiedzieć na pytanie o ulubioną książkę, bo za dużo ich lubię. Aktualnie to:"Mali książęta"-Connor Grennan

czwartek, 23 października 2014

273. Zupa krem z dyni

Dobra zimno się robi. I raczej dość ponuro też jest. Najchętniej nie wychodziłabym spod koca przez najbliższe kilka miesięcy, w sensie aż do wiosny (takie niedźwiedzie to mają super pomysł z tym snem zimowym). Na rozgrzewkę dziś, bo jednak czasem trzeba wyjść spod koca, zupa krem z dyni. Przepis przywieźli mi rodzice od mojej osobistej chrzestnej. Dosyć zabawnie jest odtwarzać smak, którego się nigdy nie próbowało. Udało mi się to dopiero po trzech latach prób i błędów. Warto było, bo strasznie smaczne to wyszło :)

ZUPA KREM Z DYNI:
(proporcje są przewidziane na mały kociołek zupy idealny dla wiecznie głodnej rodziny na 2 dni)
-2-3 kg dyni
-2-3 średniej wielkości ziemniaki
-3l bulionu warzywnego
-200g sera ricotta
-duża szczypta kurkumy i słodkiej czerwonej papryki, mała szczypta gałki muszkatołowej i kminku, sól i pieprz
-ewentualnie kilka łyżek jogurtu greckiego do podania 

Ziemniaki i dynię obrać i pokroić i we w miarę drobną kostkę. Bulion przelać do garnka, postawić na ogniu i wrzucić do niego warzywa. Gotować do momentu, aż warzywa będę już miękkie. Zestawić z ognia, odlać ok. pół szklanki bulionu i dokładnie zmiksować warzywa.  W pozostawionym bulionie rozmieszać ser ricotta, wlać go do garnka ze zmiksowanymi warzywami. Całość postawić jeszcze na chwilę na małym ogniu i dodać przyprawy, z tym że kminek dodawać na samym końcu.
Do każdej porcji zupy można dodać trochę jogurtu greckiego (lub śmietany jeśli ktoś woli) i np. grzanki lub pestki dyni.

SMACZNEGO!


wtorek, 21 października 2014

Tort na chrzciny z bombą dla małego Ahmeda terrorysty

W ostatnią niedzielę mój rozkoszny bratanek miał chrzest. Ciotka się więc musiała postarać i coś ładnego ulepić z tej okazji. Zamówienie było, na buciki na torcie...trzeba się było nauczyć je składać, ale się udało (chyba). Reszta pomysłów rodziców młodego terrorysty co chwila się zmieniała. A ode mnie dostał malutką bombę,bo nie wiedzieć czemu jego osobisty ojciec coś przebąkuje, że młody terrorystą jest i spokoju rodzicom nie daje. Nawet padł pomysł, żeby na drugie imię dostał Ahmed :)

piątek, 17 października 2014

A Roztocze takie cudne na weekend albo dłużej

W ostatni weekend (lekko przedłużony) razem z Miśkosławem wybraliśmy się na Lubelszczyznę, a dokładniej objechaliśmy kawałek Roztocza. Mam pewne podejrzenie, że Miś chciał być miły przed swoją kolejną długą nieobecnością i dlatego chciał mnie zmęczyć na wyjeździe.
Zaczęliśmy od odwiedzin na moim kawałku ziemi, czyli na działce gdzie zaliczyliśmy chyba ostatnie w tym sezonie ognisko i grill.

Następnym przystankiem był Nałęczów, ale delikatnie nas odstraszył tłumami ludzi w parku zdrojowym. Jedynym pocieszeniem był wiewiór, który sobie radośnie śmigał po parku, więc tradycyjnie śmigałam za nim z aparatem.

Na drodze z Nałęczowa do Zamościa różne pojazdy mijaliśmy....może szykują się już na wojnę.

Zamość powitaliśmy wieczorem, oglądając ładnie podświetloną starówkę, oraz fontanny na Rynku Wodnym.

Polecam wejście na wieżę przy katedrze. Taka przyjemność kosztuje całe 3 złote, a widok piękny...chociaż nie powiem, jak usiłowałam wtarabanić się na górę to dostałam lekkiej zadyszki. Jednak jest to 122 stopnie do pokonania :)

Dostaliśmy zadanie specjalne, czyli obfotografowania wnętrza Apteki Rektorskiej. Znajduje się przy rynku, ale niestety jest zamknięta w niedziele więc oglądać ją można tylko w tygodniu lub wczesnym rankiem w soboty. A warto zajrzeć, bo powstała na początku XVII wieku.

Z Zamościa, lekko dziurawymi, aczkolwiek bardzo malowniczymi drogami dotarliśmy do Krasnobrodu. Znajduje się tam szereg kapliczek, a spod jednej z nich (kaplica św.Rocha-na wodzie) bije źródełko o uzdrawiających właściwościach. Ponieważ my już lekko stetryczali jesteśmy i oboje mamy fragmenty, w których nas łupie albo strzyka więc żeśmy wymoczyli co trzeba. Może przejdzie. Dla rodziców nabraliśmy świętej wody w butelkę.

Z Krasnobrodu już niedaleko do Zwierzyńca. Jako delikatnie patologiczna para oczywiście udaliśmy się tam do browaru. W piątki, soboty i niedziele można zwiedzać wnętrze browaru w godzinach 10-16:30. Niestety w tygodniu taka przyjemność jest niedostępna. Na szczęście pijalnia piwa obok browaru jest otwarta przez cały tydzień. Przy browarze jest również wypożyczalnia rowerów, więc można w ten sposób pozwiedzać okolicę, a w lecie działa kino pod chmurką.

Ostatnim przystankiem na naszej trasie był Szczebrzeszyn. Chciałam sobie chrząszcza (przez Misia zwanego chrabąszczem) pooglądać. Są dwa. Jeden jest na rynku, łatwo go znaleźć, drugi jest bardziej ukryty. Na rynek trafić łatwo, do drugiego chrząszcza (zdecydowanie większego i wyrzeźbionego w drewnie) trzeba kierować się na młyn. Jak już znajdziemy młyn to trzeba zaparkować, przejść na drugą stronę i zajrzeć w dziurę i się chrząszcza znajdzie. Niedawno jakieś łobuzy zabrały mu smyczek od skrzypeczek, ale już jest kompletny. Wstydźcie się gagatki.

A po powrocie można zająć się pamiątkami  podróży.

Miś się lekko obruszył, że nie wspomniałam nic o jednym bardzo ważnym członku naszej wyprawy. Dzielnie pokonywał wszystkie boczne drogi, które przemierzaliśmy (tak! jestem świetnym pilotem i nie lubię głównych dróg, bo są nudne). Moja rywalka o Misiowe względy....HONDZIA!!!
 

czwartek, 16 października 2014

272. Ciasteczka korzenne na czarną godzinę

Każdy chyba czasem tak ma, że musi zjeść coś słodkiego bo inaczej zwariuje. Przeszukiwanie kolejnych szafek daje marne rezultaty, bo ukochana rodzina już się wcześniej obok nich przeszła. Nie uświadczysz ani kawałeczka czekolady, ni złamanego ciasteczka. Jedyne co jest to Misio-miętusy (mój ukochany różne ciekawostki przynosi do domu-np. kilogram czy dwa cukierków miętowych), ale ile można jeść cukierki miętowe. I właśnie w takich kryzysowych sytuacjach przydają się ciasteczka korzenne. Pasują do herbaty (do kawy mnie nie ciągnie ostatnio więc nie testuję tego połączenia), smaczne bardzo, się nie zsychają i nie starzeją, a do tego filozofii w ich robieniu nie ma żadnej. Wszystko co do nich potrzebne zazwyczaj w domu jest, jedyna trudność to taka, że gotową mieszankę przypraw trzeba mieć (o matko!blogerka kulinarna używa gotowców...toć się zaraz piekło otworzy i mnie pochłonie za takie świętokradztwo :)). Mieszanka się przydaje, bo przynajmniej nie trzeba myśleć nad smakiem za bardzo...a wiadomo że w stanie zamroczenia z powodu niedoborów cukru to za dobrze się nie myśli :)

CIASTECZKA KORZENNE:
-300g mąki pszennej
-100g cukru pudru
-kostka masła
-2 żółtka
-opakowanie przyprawy do ciastek korzennych Kamis
-2 duże łyżki miodu
-1 łyżeczka proszku do pieczenia

Wszystko razem zagnieść na elastyczne ciasto, owinąć w folię spożywczą i wstawić na godzinę do lodówki. Po tym czasie wyjąć, rozwałkować w miarę cienko (ok. 0,5cm), wykrawać ciasteczka (myśmy się nie spinali w żaden sposób i używałyśmy w tym celu kieliszka). Piec około 10 minut w  175st. Można zrobić polewę czekoladową, lukier, albo jak się komuś nie chce to można tylko posypać cukrem pudrem.
*a przechowywać można w jakiejś puszce szczelnej, ale niekoniecznie bo i tak nie twardnieją z czasem :)

SMACZNEGO!


wtorek, 14 października 2014

Tort słoik Nutelli dla prawdziwych czekoladoholików

Bardzo się ubawiłam przy robieniu tego tortu. Kiedyś sama potrafiłam wyjeść cały słoik Nutelli siedząc akurat przed telewizorem. Trochę mi już przeszły takie skłonności (chociaż czekoladę nadal uwielbiam), ale tort z miłą chęcią zrobiłam dla pewnej małej miłośniczki czekolady.

piątek, 10 października 2014

271. Chrupiąca sałatka z pomarańczami i zielonym ogórkiem

Krótko, prosto i na temat....wszystko chrupie w tej sałatce. Jesień na szczęście jest łagodna i bardzo ciepła, więc nie potrzeba na talerz ładować nic ciężkiego i rozgrzewającego. Dlatego też tym razem na talerzu znalazły się proste 3 składniki. Bardzo soczyste samo zdrowie.

SAŁATKA Z POMARAŃCZAMI I ZIELONYM OGÓRKIEM:
(proporcje absolutnie dowolne)
-sałata lodowa
-2-3 pomarańcze
-duży zielony ogórek
-kilka kropli oliwy
-sól, pieprz
-krem balsamiczny

Sałatę poszatkować na drobne kawałki, ogórka umyć dokładnie i pokroić na małe kawałeczki, pomarańcze obrać i również pokroić na małe cząstki. Wszystko dokładnie wymieszać, oprószyć odrobiną soli i pieprzu oraz skropić kilkoma kroplami oliwy. Do każdej porcji dodać również kilka kropli kremu balsamicznego.

SMACZNEGO! 


wtorek, 7 października 2014

270. Tarta z karmelizowanymi jabłkami i domowym budyniem

Kiedyś tak sobie myślałam, że jak wreszcie nie będę musiała jeździć do mojej korpo-pracy to będę miała mnóstwo czasu i czego to ja nie zrobię wtedy. No cóż...ostatni tydzień pokazuje, że raczej rozmemłana jestem, a organizację pracy to mam lepszą jak mam więcej zajęć obowiązkowych. Walczę ze sobą i jest szansa, że się kiedyś lepiej zorganizuję ze wszystkim. Póki co udało mi się zebrać w sobie i zrobić pyszną tartę. Przepis był inspirowany jednym z cudów z Moich Wypieków, nie byłabym sobą jakbym nieco nie pozmieniała całego przepisu. Zamiast gruszek, karmelizowałam więc jabłka, które według mnie lepiej tutaj pasują ze względu na lekko kwaskowaty smak. Trochę babrania się jest przy tej tarcie, ale w sumie jak się ma dużo czasu to czemu nie :)

TARTA Z KARMELIZOWANYMI JABŁKAMI I DOMOWYM BUDYNIEM:
CIASTO:
(podane proporcje są na 2 porcje ciasta, przy użyciu blaszki o średnicy ok. 30cm-ale nadmiar kruchego ciasta zawsze można zamrozić)
-300g mąki pszennej
-3 łyżki kakao
-100g cukru
-125g masła
-2 żółtka
-łyżka śmietany
-1 łyżeczka proszku do pieczenia

DOMOWY BUDYŃ:
-2 szklanki mleka
-2 jajka
-2 opakowania cukru waniliowego
-3 łyżki cukru
-3 łyżki mąki pszennej

KARMELIZOWANE JABŁKA:
-3-4 spore jabłka
-1 łyżka masła
-4 łyżki cukru
 
1. Zagnieść w miarę szybko ciasto ze wszystkich podanych składników-nie powinno się kleić do rąk (ewentualnie modyfikować jego lepkość za pomocą mąki lub śmietany). Zawinąć je w kawałek folii spożywczej i wsadzić na pół godziny do lodówki. Po tym czasie wyjąć, podzielić je na dwie równe części i jedną z nich rozwałkować na grubość około 5 mm, a następnie przełożyć do formy do tarty o średnicy około 30cm (drugą zamrozić lub upiec drugie ciasto:)). Nakłuć ciasto widelcem, wyłożyć pergaminem i wysypać suchym grochem lub fasolą (żeby nie urosło). Piec w piekarniku rozgrzanym do 180st, przez około 10 minut, a następnie zdjąć obciążenie z grochu i piec jeszcze przez 10 minut. 

2. W czasie pieczenia się ciasta przygotować krem budyniowy. Większość (zostawić tylko pół szklanki) mleka wlać do garnka i podgrzewać razem z cukrem waniliowym. Jajka roztrzepać z pozostawionym mlekiem, cukrem i mąką. Kiedy mleko w garnku zacznie się gotować, zmniejszyć ogień do minimum, dolać jajeczną mieszaninę i cały czas mieszać, aż do momentu kiedy cały krem zgęstnieje. Nie trzymać za długo na ogniu, bo krem lubi się przypalać. Kiedy już będzie gęsty wylać cały budyń na upieczony spód i odstawić na bok.

3. Jabłka obrać i pokroić na ósemki. Na dużej patelni roztopić masło, dosypać do niego cukier i poczekać, aż ten zacznie się topić (całą operację przeprowadzać z użyciem małego ognia). Nie mieszać w międzyczasie. Kiedy cukier zacznie się delikatnie brązowić wrzucić na patelnię jabłka i smażyć je przez parę chwil z każdej strony, aż delikatnie zmiękną i dokładnie pokryją się karmelem. Tak przygotowane jabłka ułożyć na wierzchu budyniu. Poczekać, aż całe ciasto wystygnie i już można jeść.

SMACZNEGO!


czwartek, 2 października 2014

269. Brioszki z jabłkami, chociaż wyszło bardziej ciasto drożdżowe z jabłkami

Po intensywnym, pracowitym i lekko szaleńczym okresie kilkunastu ostatnich dni nareszcie mam czas na leniwe śniadanie. Co więcej mam czas, żeby to śniadanie sobie upiec rano i nacieszyć się nim...a nie pochłaniać je w 5 minut, bo dłużej już nie bo kolejka ucieknie. Więc na mój pierwszy dzień bez korpo-pracy upiekłam sobie briosze (brioche) z jabłkami według przepisu Rachel Khoo. W sumie to oryginalny przepis był na brioszki z masą krówkową, ale że na balkonie leżą jabłka zerwane z drzew na działce to grzech byłoby ich nie wykorzystać. Miały wyjść małe zgrabne bułeczki, troszkę za duże urosły i wyszło prawie ciasto, ale całkiem przyjemnie się odrywa po kawałku takiego ciasta. No i takie śniadanie to ja rozumiem i się cieszę, że przez najbliższe miesiące takie mogą być :)

BRIOSZKI Z JABŁKAMI:
-pół kostki masła
-pół szklanki mleka
-20g drożdży
-400-500g mąki pszennej
-100g cukru
-duża szczypta soli
-1 czubata łyżka śmietany 12%
-1 jajko
-skórka otarta z połówki cytryny
-chlust esencji waniliowej
-3-4 jabłka i duża szczypta cynamonu

1. Masło rozpuścić w rondelku, zdjąć je z ognia, dolać do niego mleko, dosypać szczyptę cukru i wkruszyć drożdże. Odstawić zaczyn w ciepłe miejsce, aż zacznie pracować.

2. Wszystkie składniki ciasta wsypać/wlać do dużej miski, zaczyn również. Zacząć wyrabiać ciasto. W razie potrzeby dodać trochę mąki lub śmietany. Powinno powstać elastyczne ciasto, które nie będzie kleiło się do rąk. Odstawić w ciepłe miejsce.

3. Jabłka obrać i pokroić w małe cząstki. Dokładnie obsypać wszystkie cząstki cynamonem. 
Ciasto rozwałkować na prostokąt o dość długim dłuższym boku (mniej-więcej 50x20cm). Obsypać go w miarę równomiernie jabłkami i zwinąć w roladę. Tak przygotowanego zawijańca pokroić w plastry grubości ok. 1,5-2cm. Ułożyć je wszystkie na blaszce w sporej odległości od siebie(moja miała średnicę ok 25cm i była za mała jak się okazało). Odstawić na godzinę w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Po tym wstawić je do piekarnika rozgrzanego do 160st, na około 30-40 minut. Przed pieczeniem można wierzch posmarować rozmąconym jajkiem.

SMACZNEGO!