środa, 24 czerwca 2015

Tylko spokój nas może uratować

Źródło: http://thinkpynk.com/thinkpynk-12-common-characteristics-of-independent-women-womenshistorymonth/

Takie to wszystko było piękne. Postanowiliśmy powiększyć naszą komórkę społeczną, się udało, byłam w ciąży, a teraz mamy cudną Luśkę. I wszystko byłoby różowo i cukierkowo gdyby nie....brak instrukcji obsługi bobasa.

Bo niestety przy pierwszym dziecku to człowiek za dużo nie wie co i jak się ogarnia. Pierwsze samodzielne przewijanie (i przy okazji przebieranie) Lucindy wspominam dosyć dramatycznie. Zbierałam do niego siły chyba z 10 minut. Po powrocie ze szpitala też różowo nie było, ale już mniej-więcej po 2-3 dniach razem z Miśkosławem byliśmy dumni i bladzi, że już chyba powoli zaczynami chwytać o co chodzi naszemu dziecku. Nawet najstraszniejszy horror rodziców, czyli kąpanie, zaczęło nam wychodzić i Lucy zaczęła być zadowolona....a potem przyszła położna środowiskowa. I to był pierwszy moment bolesnego zderzenia z dobrymi radami. Bo dostałam cały zestaw dobrych rad, z których wynikało, że wszystko to co żeśmy z taką pilnością się nauczyli na szkole rodzenia to teraz możemy sobie wsadzić...tam właśnie gdzie słońce nie dochodzi. I w ogóle to chyba chcemy zrobić krzywdę dziecku skoro robimy coś według wytycznych ze szpitala.

Biorąc pod uwagę moją burzę hormonów, niewyspanie, niewiedzę i parę innych jeszcze ciekawostek to na słowa tej położnej zareagowałam w jedyny możliwy sposób. Czyli rycząc do spółki z córką.

Ale od tamtej wizyty chyba zaczynam być bardziej nieczuła, tudzież uodporniona, bo niestety dobre rady mnie otaczają. Praktycznie co drugi napotkany człowiek ma mi coś mądrego (w jego przeświadczeniu) do powiedzenia. Zazwyczaj jest to zanegowanie jakiegoś mojego zachowania względem Lucy. 
Na wszelkie krytyczne uwagi staram się za bardzo nie zgrzytać zębami. Staram się nawet być miła i łykam magnez, żeby przypadkiem szczękościsku nie dostać. Łatwo nie jest, ale mam pełną świadomość tego, że Lucynka to moje dziecko i sama wiem co jest dla niej dobre. Jak mam jakieś pytania i wątpliwości to szukam na nie odpowiedzi, a za dobre rady bardzo dziękuję, ale z nich nie skorzystam. Co najwyżej ukrócę kontakt z natrętem.

A więc moi mili jestem wyrodną matką, bo nie kąpię swojego dziecka wieczorem tylko rano (bo mi tak wygodniej a jak są upały to Luśka lepiej funkcjonuje po kąpieli), bo wietrzę całe mieszkanie a dziecko często zostawiam na balkonie (bo mi lepiej gagatek śpi jak się przewietrzy), bo czapeczkę nie zawsze zakładam (bo nie widzę potrzeby w ciepłym pomieszczeniu zakładać znienawidzonego przez moją córkę czapajewa), bo jem wszystko na co mam ochotę (bo wyrodna jestem i nie mam zamiaru się żywić gotowanym kurczakiem i ryżem jeśli nie ma potrzeby). Ostatnio nawet dałam popis swojego zwyrodnienia bo zabrałam 5-cio tygodniową córkę na prawie całą noc, na wesele. Na tym weselu to Luśka robiła furorę jako najgrzeczniejsze dziecko w okolicy...i zdecydowanie lepiej je zniosła niż wiecznie niewyspana własna matka :)

I jedyny moment keidy całkowicie tracę spokój i mam już dość to kiedy słyszę słowo "cycuś". Nosz na Boga jedynego. Cycuś-srycuś. Na pytania czy karmię cycusiem to już warczę. Tak samo na zachwyty że mi dziecko tak pięknie do cycusia się przytuliło.
Nie mam cycusia...mam piersi. A sposób karmienia malucha to mój wybór nad którym nie życzę sobie dyskusji. 

P.S. W ramach odstresowania się polecam małe zakupy do dziecka np. na stronie Modne dzieciaki 
Drukuj to!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz