piątek, 26 czerwca 2015

339. Ciasto czekoladowe z czereśniami i morelami

Pierwotnie chciałam upiec brownie....ale ktoś mi bestialsko zeżarł część czekolady przeznaczonej na ten cel. Mam dwoje podejrzanych, ale Luśka jest jeszcze za mała trochę i w sumie póki co to preferuje wyroby mleczne, więc chyba zostaje mi jeden podejrzany. 
Na szczęście trochę czekolady ocalało. Z tego co zostało i z owoców, które przywieźli mi rodzice z działki powstało całkiem miłe dla podniebienia ciasto. Gęste, aromatyczne, pełne owoców. Do letniej kawy w sam raz. 

CIASTO CZEKOLADOWE Z CZEREŚNIAMI I MORELAMI:
 -100g gorzkiej czekolady
-2 czubate łyżeczki kakao
-100g cukru
-100g przesianej mąki pszennej
-125g masła
-2 jajka
-1 łyżeczka proszku do pieczenia
-duży chlust esencji waniliowej i szczypta cynamonu
-szczypta soli
-garść wydrylowanych czereśni i kilka moreli

1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. W międzyczasie miękkie masło utrzeć na gładką masę z cukrem. Następnie, nie przerywając miksowania, dolać roztopioną czekoladę, jajka i esencję waniliową, cynamon i kakao. Gdy wszystko będzie już dokładnie wymieszane dosypać mąkę z proszkiem do pieczenia i szczyptą soli.
2. Gotowe ciasto przelać do przygotowanej wcześniej blaszki (u mnie to była taka mała blaszka ok. 30x40cm) i rozsypać na nim równomiernie wydrylowane i ewentualnie pokrojone na mniejsze cząstki (morele) owoce. Ciasto piec w piekarniku rozgrzanym do 170st, przez około 20-30 minut, aż z wierzchu utworzy się skorupka.

SMACZNEGO!

338. Szybki i prosty makaron ze szparagami i fetą

 Wspominałam już może, że odkąd Luśka jest z nami, to wszystkie potrawy które robimy muszą być błyskawiczne w przygotowaniu? Pewno wspominałam. To taka swoista gra towarzyska pt. "zdąży matka coś zrobić czy nie zdąży". Marudziłam parę tygodni temu, że się nie wyrabiam ze wszystkim to się doigrałam. Minęły chyba bezpowrotnie czasu 4-5 godzinnych drzemek w ciągu dnia. Teraz przeskoczyliśmy na wyższy stopień wtajemniczenia i drzemki są zdecydowanie krótsze, a do tego dochodzą dni z fochem u bobasa. 
Ale pomimo tego, że już czasem chodzę na rzęsach, pijemy kawę hektolitrami, Miśko kolejny raz zaspał do pracy i zaplanować niczego się nie da, bo może akurat bobas postanowi się sfajdać jak nieboskie stworzenie, to całkiem podoba mi się ten stan. Adrenalina codziennie buzuje...uda się zrobić to co było zaplanowane czy się nie uda. 
Ostatnio się udało zrobić makaron ze szparagami. Chociaż Miśko ma już dość moich makaronów, to jak były ze szparagami nie marudził wybitnie. Raczej mruczał, że dobre. 

MAKARON ZE SZPARAMI I FETĄ:
-ok. 400g makaronu fusilli lub penne
-pęczek zielonych szparagów (bo szybciej się je ogarnia-nie trzeba obierać)
-3-4 duże pomidory
-garść czarnych oliwek
-2 ząbki czosnku
-1 mała cebulka
-opakowanie sera typu feta (ok.200g)
-oliwa, sól, pieprz

1. Szparagi umyć i odkroić/odłamać im zdrewniałe końce. Ugotować w lekko osolonej wodzie, tak żeby pozostały lekko twardawe. Pokroić na ok. 2cm kawałki.

2. Na patelni rozgrzać spory chlust oliwy. Zeszklić na niej posiekaną na drobno cebulkę. Następnie dodać czosnek oraz pokrojone w drobną kostkę pomidory (jak ktoś czuje potrzebę może obrać pomidory ze skórki-ja na takie zabiegi czasu nie miałam). Przykryć całość i smażyć na małym ogniu, aż pomidory się całkiem rozpadną. Gdy na patelni będzie już sos pomidorowy dodać ugotowane szparagi, pokrojone w plasterki oliwki i pokruszony ser. Doprawić do smaku solą i pieprzem. 

3. W międzyczasie ugotować makaron, w dużej ilości mocno osolonej wody, tak żeby był al dente. Tak przygotowane kluchy, odcedzić z większości wody, powinno zostać ok. 1/3 szklanki. Wsypać makaron do sosu i wlać wodę pozostawioną po gotowaniu. Wszystko dokładnie wymieszać i do razu podawać. 

SMACZNEGO!

środa, 24 czerwca 2015

Tylko spokój nas może uratować

Źródło: http://thinkpynk.com/thinkpynk-12-common-characteristics-of-independent-women-womenshistorymonth/

Takie to wszystko było piękne. Postanowiliśmy powiększyć naszą komórkę społeczną, się udało, byłam w ciąży, a teraz mamy cudną Luśkę. I wszystko byłoby różowo i cukierkowo gdyby nie....brak instrukcji obsługi bobasa.

Bo niestety przy pierwszym dziecku to człowiek za dużo nie wie co i jak się ogarnia. Pierwsze samodzielne przewijanie (i przy okazji przebieranie) Lucindy wspominam dosyć dramatycznie. Zbierałam do niego siły chyba z 10 minut. Po powrocie ze szpitala też różowo nie było, ale już mniej-więcej po 2-3 dniach razem z Miśkosławem byliśmy dumni i bladzi, że już chyba powoli zaczynami chwytać o co chodzi naszemu dziecku. Nawet najstraszniejszy horror rodziców, czyli kąpanie, zaczęło nam wychodzić i Lucy zaczęła być zadowolona....a potem przyszła położna środowiskowa. I to był pierwszy moment bolesnego zderzenia z dobrymi radami. Bo dostałam cały zestaw dobrych rad, z których wynikało, że wszystko to co żeśmy z taką pilnością się nauczyli na szkole rodzenia to teraz możemy sobie wsadzić...tam właśnie gdzie słońce nie dochodzi. I w ogóle to chyba chcemy zrobić krzywdę dziecku skoro robimy coś według wytycznych ze szpitala.

Biorąc pod uwagę moją burzę hormonów, niewyspanie, niewiedzę i parę innych jeszcze ciekawostek to na słowa tej położnej zareagowałam w jedyny możliwy sposób. Czyli rycząc do spółki z córką.

Ale od tamtej wizyty chyba zaczynam być bardziej nieczuła, tudzież uodporniona, bo niestety dobre rady mnie otaczają. Praktycznie co drugi napotkany człowiek ma mi coś mądrego (w jego przeświadczeniu) do powiedzenia. Zazwyczaj jest to zanegowanie jakiegoś mojego zachowania względem Lucy. 
Na wszelkie krytyczne uwagi staram się za bardzo nie zgrzytać zębami. Staram się nawet być miła i łykam magnez, żeby przypadkiem szczękościsku nie dostać. Łatwo nie jest, ale mam pełną świadomość tego, że Lucynka to moje dziecko i sama wiem co jest dla niej dobre. Jak mam jakieś pytania i wątpliwości to szukam na nie odpowiedzi, a za dobre rady bardzo dziękuję, ale z nich nie skorzystam. Co najwyżej ukrócę kontakt z natrętem.

A więc moi mili jestem wyrodną matką, bo nie kąpię swojego dziecka wieczorem tylko rano (bo mi tak wygodniej a jak są upały to Luśka lepiej funkcjonuje po kąpieli), bo wietrzę całe mieszkanie a dziecko często zostawiam na balkonie (bo mi lepiej gagatek śpi jak się przewietrzy), bo czapeczkę nie zawsze zakładam (bo nie widzę potrzeby w ciepłym pomieszczeniu zakładać znienawidzonego przez moją córkę czapajewa), bo jem wszystko na co mam ochotę (bo wyrodna jestem i nie mam zamiaru się żywić gotowanym kurczakiem i ryżem jeśli nie ma potrzeby). Ostatnio nawet dałam popis swojego zwyrodnienia bo zabrałam 5-cio tygodniową córkę na prawie całą noc, na wesele. Na tym weselu to Luśka robiła furorę jako najgrzeczniejsze dziecko w okolicy...i zdecydowanie lepiej je zniosła niż wiecznie niewyspana własna matka :)

I jedyny moment keidy całkowicie tracę spokój i mam już dość to kiedy słyszę słowo "cycuś". Nosz na Boga jedynego. Cycuś-srycuś. Na pytania czy karmię cycusiem to już warczę. Tak samo na zachwyty że mi dziecko tak pięknie do cycusia się przytuliło.
Nie mam cycusia...mam piersi. A sposób karmienia malucha to mój wybór nad którym nie życzę sobie dyskusji. 

P.S. W ramach odstresowania się polecam małe zakupy do dziecka np. na stronie Modne dzieciaki 

wtorek, 23 czerwca 2015

337. Frappe, mrożona kawa z Grecji specjalnie dla taty

Co prawda dziś upału nie ma za bardzo, ale za to jest Dzień Ojca. A kawę frappe nauczyłam się robić specjalnie dla naszego ojca...w sensie Luśkowego taty Miśkosława, bo Miśko jest kawopijem ogromnym. Dla niego podstawowy napój o poranku to mocna siekiera, zalewajka, z dwoma czubatymi łyżeczkami cukru. Tylko, że taka kawa to jest dobra w przez większość roku, ale w wakacje to już tak nie bardzo. W wakacje lepsze jest jednak coś zimnego do picia, a jak jeszcze to zimne jest pobudzające i dające kopa to już tylko same zalety. Wszystko dlatego, że Lucinda niby spać nam daje, ale jednak jakoś tak śpiący jesteśmy przy niej ogromnie. Dziś też Misia-Lusia dała o poranku koncert specjalnie dla taty. Niech tata też wie że ma córkę o zdrowych płuckach.

FRAPPE
-2 czubate łyżeczki kawy rozpuszczalnej
-3/4 szklanki zimnej wody
-kilka kostek lodu

+specjalnie dla tych nie umiejących żyć bez cukru syrop waniliowy

Do wymieszania wszystkiego użyłam shaker'a. Po prostu wszystkie składniki do niego wsypałam/wlałam i już. Można też wymieszać taką kawę za pomocą spieniacza do mleka, albo zwykłego słoika. Polecam na ochłodę i pobudkę o poranku.

SMACZNEGO!

*Miśko  chociaż pije zazwyczaj czarną kawę, to robi wyjątek dla kawy mrożonej w kostkach którą pije z mlekiem. Mój pomysł na podanie takiej kawy można znaleźć tutaj.

piątek, 19 czerwca 2015

336. Sałatka szparagowo jajeczna...dla głodnego chłopa

Moja babcia to dla mnie źródło mądrości wszelakich. Od niej mogę się dowiedzieć czego najlepiej nie jeść, bo można od tego paść trupem (żółty ser i cebula-trucizna wszech czasów), że papierosy pomagają na ból gardła, albo że nie należy nadawać kotce imienia Zołza bo jej przykro będzie. Od niej też wiem o sprawie najważniejszej, czyli...że chłopa trzeba karmić. Kiedy mieszkałam z rodzicami, przy każdej bytności Miśkosława u nas, babcia kazała mi "daj chłopu jeść". Jednym słowem jest to jej wersja popularnego "przez żołądek do serca" :)
Jak ktoś zna mojego chłopa to wie, że raczej odkarmiony jest dobrze, a jak będzie głodny to się upomni. Ostatnio się upomniał o sałatkę, którą zrobiła moja mama. To kolejny z jej jakże udanych eksperymentów kulinarnych. Sałatka zawiera wszystko co Miśki lubią najbardziej, czyli zielone szparagi, jajo i majo oraz ostra musztarda. Ja co prawda zrobiłam wersję trochę lżejszą, bo zamiast majonezu używałam jogurtu greckiego, ale jak komuś nie zależy na ilości spożytych kalorii niech ładuje to co chce. I jedna i druga wersja jest smaczna. A co najważniejsze ta sałatka jest na tyle łatwa do zrobienia, że głodny chłop sam jest w stanie ją sobie zrobić :)

SAŁATKA SZPARAGOWO JAJECZNA:
-pęczek zielonych szparagów
-3-4 jajka
-pęczek natki pietruszki
-pęczek szczypiorku
-łyżeczka majonezu
-łyżeczka ostrej musztardy
-2 łyżki jogurtu greckiego

1. Szparagi umyć i ugotować w lekko osolonej wodzie, tak żeby były lekko twarde. Jajka ugotować na twardo. Jedne i drugie ostudzić.

2. Szparagi pokroić na małe kawałki. Jajka, pietruszkę i szczypiorek posiekać na drobno. Majonez, musztardę i jogurt wymieszać ze sobą dokładnie. Wszystko razem wymieszać i ewentualnie doprawić solą i pieprzem. 
Sałatka jest najsmaczniejsza gdy uda jej się postać chociaż godzinę w lodówce.

*Miśko w swojej wersji miał jeszcze cebulę i zdecydowanie więcej majonezu, ale jak dla mnie to był nadmiar szczęścia :)

SMACZNEGO!

środa, 17 czerwca 2015

335. Lekkie ciasto greckie z truskawkami i jagodami

W moich wyobrażeniach po pojawieniu się Niedźwiadka miało być trochę inaczej, ale jest jak jest. A jest tak, że wszelkie eksperymenty kulinarne należą obecnie do mamy Krysi. To ona znajduje nowe przepisy, testuje je i co najważniejsze przynosi nam do zrobienia kontroli jakości. Ja co najwyżej wybieram sobie z jej arsenału przepisów te, które nie dość że pyszne, to jeszcze proste, szybki i bezbolesne do wykonania.. Bo czasu na babranie się w kuchni jest mikroskopijnie mało. To ciasto spełnia wszelkie kryteria. Da radę je zrobić pomiędzy jednym karmieniem, a drugim karmieniem Bobinia. Piecze się je podczas kąpania gagatka. A w gratisie dostaje się jeszcze genialny zapach truskawek unoszący się w całym domu. No bajka po prostu...i jedynie szkoda, że tak szybko znika.

CIASTO GRECKIE Z TRUSKAWKAMI I JAGODAMI:
-2 duże kubeczki jogurtu greckiego (ok. 800g)
-pół szklanki cukru
-3 łyżki oleju
-4 jajka
-2 opakowania budyniu waniliowego
-duży chlust esencji waniliowej
-3 garści truskawek (ok. 300g-u mnie jeszcze było trochę jagód kamczackich)
-kilka listków mięty i cukier puder do dekoracji

1. Truskawki i jagody umyć i odszypułkować. Truskawki pokroić na połówki lub ćwiartki jeśli są duże.

2. Białka oddzielić od żółtek i ubić na sztywną pianę (można dodać szczyptę soli dla ułatwienia).

3. Żółtka utrzeć na jasną masę z cukrem. Cały czas ucierając dodać jogurt, esencję waniliową, olej i budyń waniliowy. Delikatnie dodać i wmieszać pianę z białek.

4. Na dno przygotowanej blaszki (używałam tortownicy o średnicy 26cm) wylać połowę ciasta. wyłożyć na nie połowę przygotowanych owoców, na to resztę ciasta i na wierzch pozostałe owoce. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180 st, na ok 40-50 minut. Po tym czasie wyłączyć piekarnik i zostawić w nim ciasto do całkowitego ostygnięcia.

Gotowe ciasto oprószyć cukrem pudrem i udekorować listkami świeżej mięty.

SMACZNEGO!


czwartek, 11 czerwca 2015

334. Proste francuskie ciasteczka z kremem rabarbarowym


Ktoś kto wymyślił gotowe ciasto francuskie powinien dostać kulinarną nagrodę Nobla. Co prawda większość tych kupnych ciast nie umywa się smakiem do takiego ręcznie robionego, pachnącego masełkiem i pysznego. Pozwalają za to stworzyć w iście ekspresowym tempie coś dobrego do jedzenia. Przyznaję się bez bicia, że posiadając Lucynkę u boku, używam gotowca ze sklepu ile wlezie, bo na inne kulinarne wyskoki po prostu brak mi czasu (i chęci też trochę brak).
Ostatnio więc, jak już stworzyłam słoik pysznego kremu rabarbarowego, to jakoś samo z siebie powstało połączenie z ciastem francuskim. Jedno i drugie robi się błyskawicznie. W ten jakże szybki sposób, powstały proste ciasteczka z kremem rabarbarowym.
Biorąc pod uwagę, że potrzebne są tylko dwa składniki do zrobienia tych ciastek, to chyba ciężko jest nazwać przepisem sposób ich przygotowania. To po prostu pomysł na wykorzystanie składników, które mam w lodówce. Ale za to bardzo smaczny pomysł.

FRANCUSKIE CIASTECZKA Z KREMEM RABARBAROWYM:
-opakowanie ciasta francuskiego
-krem rabarbarowy (przepis na rabarbarowy curd)

 Ciasto francuskie pokroić na prostokąty o wymiarach ok. 3x4cm. Na połowę z tych prostokątów nałożyć czubatą łyżeczkę kremu rabarbarowego. Przykryć pozostałymi kawałkami ciasta. Lekko przycisnąć je widelcem, żeby obie części ciasta dobrze się skleiły, można też lekko nakłuć górną warstwę ciasta.
Tak przygotowane ciasteczka przełożyć na blaszkę i wstawić do piekarnika rozgrzanego do 200st, na około 10 minut. Gdy lekko się zarumienią już są gotowe do pałaszowania przy kawie :)

SMACZNEGO!


wtorek, 9 czerwca 2015

333. Rhubarb curd, czyli krem rabarbarowy


Przez ostatni miesiąc trochę musiałam poprzestawiać rzeczy na liście swoim priorytetów. Teraz często staję przed dylematem co zrobić: przespać się, zrobić pranie Niedźwiadkowe (to niesamowite ile taki bobas może wyprodukować brudnych ubranek), zrobić cokolwiek do jedzenia, albo zrobić coś fajnego do jedzenia i przy okazji zdjęcia na bloga. No cóż. Jak to mówią "lajf is brutal". Blog niestety jest na ostatnim miejscu, bo najczęściej wybieraną opcją jest pranie albo spanie, taki los matki polki niedźwiadkowej.
Jednak bez czegoś słodkiego do porannej (często pitej już o 18:00) kawy to ja jednak funkcjonować nie potrafię. A wyszłam z założenia, że zdecydowanie lepsze jest coś słodkiego przygotowane w domu niż kolejna paczka kupnych ciastek. Co prawda mama Krysia dostarcza nam co chwilę coś dobrego, ale apetyt na słodkości mamy całkiem spory razem z Miśkosławem. 
Ten rabarbar czekał na przerobienie chyba ze 2 tygodnie. W międzyczasie został wrzucony do zamrażalnika, żeby mu nie zaszkodziło. Finalnie powstał z niego krem, podobny do lemon curd, tylko z rabarbaru i cynamonu. Idealny do ciastek, naleśników, tostów na słodko czy omletów. Całkiem spory słoik zrobił się praktycznie w 3 minuty. Może nie wygra w konkurencji na najładniejsze danie roku, ale za to w smaku jest genialny. No i ten czas przygotowania zdecydowanie jest wielką zaletą. 
RHUBARB CURD, KREM RABARBAROWY:
-7-8 łodyg rabarbaru (ok. 400-500g)
-3 żółtka
-3-4 łyżki cukru
-duża szczypta cynamonu
-łyżka masła

1. Rabarbar umyć, obrać i pokroić w plasterki ok. 2 cm grubości.Wsypać rabarbar do rondelka, zasypać go łyżką cukru i odstawić na chwilę, aż zacznie puszczać wodę. Następnie na małym ogniu podgrzewać całość, aż rabarbar zmięknie. Zestawić z ognia aż trochę przestygnie i w międzyczasie zmiksować na gładką masę.

2. Żółtka utrzeć na gładką, jasną masę z resztą cukru, dodać szczyptę cynamonu. Masę jajeczną przelać do zmiksowanego rabarbaru. Postawić całość jeszcze raz na małym ogniu i dodać trochę masła. Mieszać cały czas, aż masa lekko zgęstnieje.
Następnie można przełożyć na jakieś ciastka, ciasto czy co tam mamy pod ręką, lub przelać do słoika (w lodówce może postać ok. 7 dni).

SMACZNEGO!

poniedziałek, 1 czerwca 2015

332. Placuszki z kaszy jaglanej z rabarbarem

Ależ ten maj był dla nas szalony. Początek wypełniony lekko nerwami, miliardem badań i pobraniami krwi co chwila (w pewnym momencie wyglądałam jak spuchnięty narkoman co się nie mógł wkłuć w żyłę). Za to równo od połowy miesiąca była jazda bez trzymanki na karuzeli. Ten nasz brzdąc, chociaż grzeczny bardzo, to jednak na tyle absorbujący, że ciągle jakoś brak czasu na wszystko. Na leniwe śniadania też niestety już brak czasu...szczerze mówiąc to ogólnie brak czasu na jakiekolwiek śniadanie. Ostatnio doszłam do tego, że owsiankę, którą rano sobie zrobiłam zjadłam już o 16:00. No Lucynka, złota dziewczynka, nie da mamie przytyć za bardzo :) 
Ale jakby ktoś jednak posiadał trochę więcej czasu, ewentualnie był trochę bardziej ogarnięty niż my to może wypróbuje przepis na pyszne placuszki. Placuszki jeszcze w czasach matki polki ciężarowej zrobiłam, są z kaszy jaglanej, twarogu i rabarbaru. Do tego bukiet pachnących konwalii, szklanka mrożonej kawy i wiosenne śniadanie jest w pełni gotowe. 

PLACUSZKI Z KASZY JAGLANEJ Z RABARBAREM:
-0,5 szklanki kaszy jaglanej
-ok. 150-200g twarogu półtłustego
-2 jajka
-2-3 łodygi rabarbaru
-łyżka lub dwie miodu
-duża szczypta cynamonu
-2 łyżki mąki

1. Kaszę ugotować z odrobiną soli i odstawić do przestygnięcia. Rabarbar obrać i pokroić w plasterki o grubości ok. 1cm. Twaróg rozdrobnić widelcem.

2. Wszystkie składniki placuszków dokładnie ze sobą wymieszać. Smażyć z obu stron na rozgrzanej patelni, aż się zarumienią. Najlepiej smażyć bez użycia tłuszczu a jeśli nie mamy dobrej patelni to po smażeniu odsączyć placuszki na ręczniku papierowej.

Najsmaczniejsze są na gorąco z odrobiną jogurtu greckiego.

SMACZNEGO!