niedziela, 31 stycznia 2016

Tort na chrzciny z pszczółką Mają

Przez ostatnie kilka dni cała nasza trójka była wyłączona z życia przez jakieś wściekłe wirusy. Jedynie kocica nie gorączkowała. Już wracamy do świata żywych. A na pocieszenie i na szybsze zebranie sił można popatrzeć na zdjęcia tortu, który udało mi się zrobić tuż przed naszą małą epidemią. W zeszłą niedzielę miałam przyjemność robić tort na chrzciny dla małej Majeczki, oczywiście obowiązkowo z pszczółką Mają siedzącą na szczycie. Ponieważ mama Majeczki coś niecoś miała do czynienia z kwiatami i roślinami ozdobnymi to tort został obsypany cukrowymi kwiatkami. Tak ładnie i dziewczęco wyszło...miodzio :)


wtorek, 26 stycznia 2016

393. Domowa kawiarnia i klasyczna caffe latte

Dawno temu, w odległej galaktyce...nie lubiłam kawy. A potem poszłam na studia. Na studiach stałam się smakoszem i wybierałam z którego automatu mi kawa bardziej smakuje. 
Wyższy stopień wtajemniczenia nastąpił gdy poszłam do pierwszej prawdziwej pracy i zaczęłam być baristką. Bardzo lubiłam stanie przy parującym, wielgachnym ekspresie i przy hałasującym młynku do kawy, oraz wyżywanie się przy ubijaniu kawy tamperem w kolbie. Wtedy też odkryłam, że kawa rozpuszczalna to za bardzo kawy nie przypomina i zamarzył mi się prawdziwy ekspres w domu. Niestety taki, który mi się zamarzył kosztuje taką potworną ilość pieniędzy, że albo muszę sprzedać nerkę albo wziąć kredyt hipoteczny. 
Ekspresom na kapsułki nie wierzę i nawet bardzo przystojny George Clooney mnie do nich nie przekona. Taka jestem, że lubię mieć kontrolę nad tym co piję i lubię od czasu do czasu coś po swojemu zmodyfikować, a przy kapsułkach trochę jest to utrudnione. 

Żeby nie zbankrutować przy wizytach w kawiarniach (swoją drogą kawa w kawiarniach jest według mnie nieadekwatnie do swojej wartości droga i zawsze za gorąca) musiałam znaleźć sposób na kawę w domowym zaciszu. Wystarczyło zaopatrzyć się (lub poprosić św. Mikołaja o prezent) w trzy proste i stosunkowo niedrogie sprzęty, które na dodatek mogę zawsze ze sobą zabrać w podróż. Żeby zrobić najpopularniejszy rodzaj kawy, czyli caffe latte albo cappuccino, domowym sposobem wystarczy młynek do kawy, kawiarka i spieniacz do mleka. 

Młynek do kawy potrzebny jest nam do zmielenia kawy :) Niestety gotowa kawa zmielona szybko traci swój cudny aromat i nie bardzo pomaga przechowywanie w szczelnej puszce. Dodatkowo nie zawsze jesteśmy pewni co tam dokładnie zostało zmielone. Co prawda na każdej dostępnej w sklepach kawie widnieje napis "100% arabica" ale wybitnej pewności czy to prawda niestety nie ma. Młynek nie jest kosztowną inwestycją na szczęście, a zapach świeżo zmielonej kawy często pobudza bardziej niż sam napar. Warto nabyć taki, w którym możemy wybrać stopień grubości mielenia. 
Kawę ziarnistą najlepiej przechowywać w szczelnym opakowaniu w suchym i chłodnym miejscu, ale nie w lodówce, bo niszczone są wtedy olejki eteryczne z kawy, czyli substancje odpowiedzialne za jej wspaniały zapach. 

Kawiarka potrzebna jest nam do zaparzenia espresso. Sposób parzenia w niej jest dziecinnie prosty. Do dolnej części nalewamy wody tak żeby sięgała do małego zaworka. Na to wkładamy sitko z kawą. Kawy sypiemy tyle, żeby wypełniała całe sitko, ale jej nie ubijamy w żaden sposób. Na sitko przykręcamy górną część ze zbiorniczkiem i stawiamy całość na gazie. Czekamy kilka minut, aby gotująca się woda pod ciśnieniem przeszła przez sitko z kawą i wylała się w zbiorniczku. Usłyszymy wtedy bardzo charakterystyczne bulgotanie. Należy w takim momencie zdjąć kawiarkę z ognia, żeby kawa się nie spaliła. Można też dolną część kawiarki zanurzyć pod strumień zimnej wody. 
Ja używam kawiarki, w której teoretycznie za jednym razem robi się porcja na 3 espresso, ale praktycznie są to raczej dwie kawy. Często piję kawę w towarzystwie więc od razu mogę przygotować 2 porcję, albo to jedno espresso zostaje mi na później,ale przyznaję bez bicia że takie zimne jest już mniej smaczne.

Gdy mamy już espresso do akcji wkracza spieniacz do mleka. Wybieramy swój ulubiony kubek lub filiżankę i odmierzamy taką ilość mleka, żeby zapełniła go mniej więcej do 3/4 wysokości, chyba że chcemy zrobić cappuccino to wtedy trochę mniej mleka nam potrzebne. Mleko nieco podgrzewamy, ale nie gotujemy. Powinno mieć temperaturę ok. 60stopni Celsjusza, czyli mocno ciepłe, ale nie parzące. Podgrzane mleko bardzo łatwo spienić. Jeśli ma to być caffe latte spieniamy tylko trochę, jeśli cappuccino piany musi być duży i spieniamy dłużej. Przelewamy mleko do szklanki, dopełniamy kawą i już. 

Żeby jeszcze bardziej zaszaleć można zakupić syropy smakowe, posypki, lody albo inne cuda wianki. Oferta sklepów jest przeogromna, można też pokusić się o zrobienie samodzielnie syropu. Polecam eksperymenty w domowej kawiarni...a do kawiarni na mieście też warto od czasu do czasu się wybrać, żeby podpatrzyć może jakieś nowe ciekawe pomysły na kawę.


piątek, 22 stycznia 2016

Tort piracki dla małej dziewczynki

 Lubię robić torty, ale przyznaję szczerze  że czasem się zacinam. Zacinam się np. w momentach kiedy dostaję ogólny zarys motywu,, a wena twórcza mnie opuszcza. Tak było przy tym torcie pirackim, bo...miał on być dla małej dziewczynki. Wszystkie czachy, kościotrupy i panowie z drewnianą nogą nie wchodziły w grę. Ale taka mapa skarbów pirackich to już się dla dziewczynki nadaje, jeszcze dorzuciłam skrzynię pełną złota i kilka palm na plaży. I nawet dorosły chętnie poszukałby skarbów z taką mapą.

czwartek, 21 stycznia 2016

392. Owsianka na mleku kokosowym z mango

 Są takie dni kiedy konkubent wkurza tak, że ma się jedynie ochotę lać takiego po łbie i patrzeć czy równo puchnie. Kiedy kocurzyca ma na celu zdemolowanie wszystkiego co wpadnie w jej czarne łapki. Bobas dopasowując się do nastroju w domu postanawia pokazać, że tytuł "Największego harpagana w okolicy" należy się właśnie jej. Są takie dni, że najchętniej uciekłabym od tej całej trójki Drombo z wielkim krzykiem. Nie uciekam, bo wiem, że jak już wrócę to zastanę jeszcze większe pobojowisko i zgliszcza.
Są takie dni że tylko spokój nas uratuje. Zamykam tylko za sobą drzwi od kuchni i udaję, że nie słyszę tych wrzasków i wołań o pomoc. W końcu przewinięcie własnego dziecka to nie jest zadanie na miarę rozbrojenia bomby atomowej. Żeby nie zwariować wypiję sobie kawę i zjem owsiankę z mango. Może doda mi to trochę sił i na chwilę chociaż przeniosę się w ciepłe kraje gdzie słońce świeci trochę bardziej. 
Są po prostu takie dni. Dobrze, że takie dni nie zdarzają się aż tak często.

OWSIANKA NA MLEKU KOKOSOWYM Z MANGO:
-ok. 2-3 łyżki płatków owsianych 
-ok. 200ml mleczka kokosowego
-pół mango
-ewentualnie trochę miodu lub cukru palmowego

Płatki owsiane zalać mlekiem kokosowym tak żeby były w całości przykryte. Najlepiej zrobić to poprzedniego dnia wieczorem i odstawić takie płatki na całą noc do lodówki, żeby nasiąkały mlekiem. 
Nasiąknięte płatki przełożyć do rondelka i zalać resztą mleka. Postawić całość na małym ogniu i podgrzewać. Ewentualnie posłodzić cukrem lub miodem. Gdy płatki będą już całkiem miękkie przełożyć owsiankę do miseczki i dodać pokrojone mango. Podawać od razu.

SMACZNEGO!

wtorek, 19 stycznia 2016

391. Rozgrzewająca zupa z soczewicy z czarnuszką

Kultura arabska jest dla mnie fascynująca. Kompletnie odmienna od naszej, pełna smaków i aromatów, oraz barw. To co mnie najbardziej interesuje to oczywiście kuchnia, a ta jest pyszna, z zadziwiającymi potrawami. Jednocześnie jest to kultura, która w wersji wykoślawionej i źle zrozumiałej jest niebezpieczna. Jako kobieta cieszę się, że mogę ją oglądać z boku, a raczej czytać o niej, bo przyznaję bez bicia, że zwyczajnie bałabym się odwiedzić teraz któryś z krajów arabskich. Nawet Egipt, kiedyś tak popularny, nie byłby odpowiednią destynacją na wakacyjny wyjazd. Zresztą jak pamiętam z wyjazdu właśnie tam kilka lat temu, w miejscach turystycznych kultury było jakby mniej, a więcej plastikowych sfinksów i rosyjskich przebojów z rozkręconych na maksa magnetofonów. Natomiast gdy zawędrowało się nieco w bok, było bardziej autentycznie, ale za to mnie policji. Lajf is brutal. Pewnie się niestety nie czułam. 
Zostaje mi poczytać coś. Ostatnio przeczytałam dwie części opowieści Marshan Mehran "Zupa z granatów"  i "Woda różana i chleb na sodzie". Autorka przedstawia losy trzech sióstr pochodzących z Iranu, które zawędrowały do małego irlandzkiego miasteczka i otwierają w nim kawiarnię. W pierwszej części jest dokładnie opisany powód ich ucieczki z Iranu. Ciekawe, trochę skojarzyło mi się z książką "Tysiąc wspaniałych słońc" Khaleda Hosseini. Los kobiet zarówno w Iranie jak i w Afganistanie jest ciężki, jeśli nie powiedzieć okrutny. Tylko tutaj mamy wersję którą kończy ewidentny happy end. Dość dramatyczne irańskie losy sióstr przetykane są opowieściami z "teraźniejszości" (ta teraźniejszość to dla nich lata 80-te XX wieku więc też wybitnie kolorowo w Irlandii nie mają), oraz przepisami wprost z irańskiego domu. Polecam przeczytać i jednocześnie rozgrzać się w zaciszu domowym aromatyczną zupą z soczewicy z czarnuszką.


ZUPA Z SOCZEWICY Z CZARNUSZKĄ:
-2 szklanki czerwonej soczewicy
-6 cebul
-3 ząbki czosnku
-pęczek natki pietruszki
-duża szczypta kurkumy, kminu rzymskiego, papryki słodkiej
-sól, pieprz, oliwa, liść laurowy, ziele angielskie
-łyżka nasion czarnuszki
-ok. 2l bulionu

1.  Cebule (oprócz jednej) obrać i posiekać w drobną kostkę. Zeszklić na rozgrzanej oliwie, dodać do niej zmiażdżony i posiekany czosnek oraz kurkumę, kmin i paprykę. Dokładnie wymieszać.
2.Bulion podgrzać z liściem laurowym i zielem angielskim. Gdy zacznie się gotować wsypać do niego soczewicę oraz cebulę z przyprawami. Całość doprowadzić do wrzenia i zmniejszyć ogień do minimum, a następnie gotować jeszcze przez ok. 30 minut, aż soczewica się nieco rozpadnie. W międzyczasie doprawić solą, pieprzem i sporą ilością czarnuszki.

3. Ostatnią cebulę posiekać na drobno i zeszklić na oliwie. Natkę pietruszki drobno posiekać. Do każdej porcji zupy wsypać hojną ręką natkę pietruszki i zeszkloną cebulkę.

SMACZNEGO!

niedziela, 17 stycznia 2016

Bajecznie kolorowy tort na 30-ste urodziny

 Bratowa moja miała urodziny (trochę mnie boli które to były urodziny bo jesteśmy z tego samego rocznika). Żeby jej osłodzić nieco świętowanie sprezentowałam tort. Zamiast lekko oklepanych haseł na torcie, czy jakiś dziwnych dekoracji miały być baloniki, szał kolorów i feria smaków. Wedle zamówienia były baloniki, girlandy, gwiazdy i biała czekolada z malinami w środku. 
Tort zdecydowanie przypadł do gustu i wywołał oczekiwane okrzyki zachytu :)

piątek, 15 stycznia 2016

Mięsożercy na wege obiedzie w nowym Falafel Bejrut


Są takie miejsca, które mija się codziennie, a jednak zawsze coś przeszkodzi do nich zajrzeć. O Falafel Bejrut przy ul. Senatorskiej słyszałam już od dawna, że pysznie, że niepowtarzalnie, że mnóstwo aromatów i jednym słowem wspaniale. Przyznaję, ile razy przechodziłam obok ślinka mi ciekła gdy czułam te zapachy rozchodzące się po całej ulicy, ale...chyba już nieco za stara jestem na tą miejscówkę. W tej niewielkiej klitce powstają pyszności, jednak czasem ciężko się do niej wcisnąć samodzielnie, a co dopiero mówić o wjechaniu z wózkiem (aż tak wyluzowana żeby zostawiać Lucy samodzielnie gdy matka by jedzenie zamawiała nie jestem). Letni ogródek z leżaków i skrzynek po piwie też jakoś nie do końca do mnie trafił, ale przyznaję bez bicia, że jestem już chyba ze zbyt starego pokolenia. Kiedyś w końcu udało nam się z Miśkiem skosztować falafeli stąd i byliśmy zachwyceni. Obydwoje jesteśmy zadeklarowanymi mięsożercami, ale to było tak dobre, że chcieliśmy wrócić po więcej, tylko warunki lokalowe nam nieco stały na przeszkodzie.

Ale ale moi mili jest nadzieja i dla takich wapniaków. W zeszłą sobotę został otwarty kolejny Falafel Bejrut w bardziej sprzyjających dla starszych państwa warunkach. No Muranowie (swoją drogą w tym samym budynku jest bardzo smaczna Pizzeria na Nowolipkach) jest lokal przestronny, z kilkoma przytulnymi stolikami. Można zamawiać na wynos, można też zjeść na miejscu w ludzkich warunkach. Jak określił Miśko, został otworzony niebezpiecznie blisko naszego mieszkania, więc istnieje ryzyko częstego odpuszczania stania przy garach na rzecz Falafela.  

Zdjęć naszych falafeli nie uświadczycie, bo zbyt apetycznie wyglądały i zanim wyciągnęłam aparat już je zjedliśmy. Zamówiliśmy na wynos, bo Luśka akurat nie przejawiała chęci na dłuższe biesiadowanie. Miśko miał klasycznego falafela, ja w wersji greckiej z serem feta. Oboje dostaliśmy pity wypełnione dodatkami, mnóstwo ziół, pomidorów, marynowanej rzepy i oczywiście wege kotleciki. Było smacznie, jednak nie było tego uderzenia zachwytu jak przy falafelach na Senatorskiej. Wszystko przez to, że żadne z nas nie dostało do swojego posiłku sosu. Swoją drogą uważajcie, bo sos średnio ostry jest sosem naprawdę ostrym, nawet dla kogoś lubiącego pikantne smaki. 
Brak tego sosu w "kanapkach" był odczuwalny, brakowało tej przysłowiowej wisienki na torcie. Szkoda. Jednak oboje liczymy, że wpadka była spowodowana po prostu dużym ruchem w dniu otwarcia (byliśmy już wieczorem więc obsługa miała prawo być zmęczona), albo potknięciem i brakiem wprawy. Wrócimy tam na pewno sprawdzić czy tym razem sos dostaniemy, jak również spróbować pozostałe pozycje z menu, bo te aromaty zdecydowanie zachęcają do rozkoszowania się libańskimi smakami. 

*ceny w Falafel Bejrut są bardzo miłe dla portfela. Duży klasyczny falafel kosztuje 12 zł, a jest to porcja, którą może się nasycić dorodny mężczyzna.   
Adres to ul. Nowolipki 15, Warszawa 

czwartek, 14 stycznia 2016

390. Ciasto makowe z kokosem na samych białkach, a dodatkowo ciekawa lektura

Nie lubię jak się marnuje jedzenie. W trakcie świąt i całego tego bałaganu poświątecznego w wielu potrawach używałam same żółtka, białka zbierając w kubku. Trochę dodałam do jajecznicy, ale znowuż nie jemy jajecznicy każdego dnia, tak żeby przerobić takie ilości. Bez ciągle nie umiem zrobić, więc jakoś nie miałam ochoty na kolejne eksperymenty i wywalanie do kosza kolejnej cukierniczej klapy. Kokosanki na białkach jeszcze czasem robię, ale na suche ciasteczka też jakoś amatorów nagle zabrakło. Padło na ciasto makowe z kokosem na samych białkach. Kilka ładnych lat temu triumfy na wszelkich imprezach od imienin u cioci, po firmowe śledziki, święciło ciasto o wdzięcznej nazwie cycki murzynki. Całkiem dobre to było i akurat do moich celów idealne, bo jedna z warstw składała się z ciasta makowego na białkach. Tak więc zrobiłam swoją wersję cycków murzynki, tyle że bez cycków. Na wierzch lekki krem i nieco czekolady i już jest gotowe naprawdę bardzo zacne ciasto. Do tego filiżanka aromatycznej kawy i dobra lektura i można się rozkoszować....15 minutami relaksu podczas drzemki małego harpagana :)
CIASTO MAKOWE Z KOKOSEM NA BIAŁKACH:
-6 białek 
-3/4 szklanki cukru
-szklanka suchego maku
-szklanka wiórków kokosowych

Białka ubić na sztywną pianę. Stopniowo dodawać do nich cukier, następnie delikatnie wmieszać mak i wiórki kokosowe. Tak przygotowane ciasto makowe wylać na przygotowaną blachę (ja używałam takiej o wymiarach ok. 25x30cm) i wstawić do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 30 minut. 

Gdy ciasto ostygnie można je posmarować ulubionym dżemem (polecam malinowy lub wiśniowy) lub lekkim kremem. Można użyć np. takiego:
-tabliczka białej czekolady
-2 łyżki masła
-chlust esencji waniliowej
-ok. 300g serka naturalnego np. President

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Masło utrzeć z wanilią i serkiem, dodać do niego czekoladę i wszystko wymieszać na gładki krem. 

SMACZNEGO!


 Pod choinką znalazłam bardzo ciekawą lekturę "Okupacja od kuchni-kobieca sztuka przetrwania" Aleksandry Zaprutko-Janickiej. Historia raczej nie należała do moich ulubionych przedmiotów, ale ta książka jest naprawdę ciekawie napisana. Przywołuje pomijane fakty z historii, przytacza dykteryjki o życiu codziennym w okupowanej Polsce. Historie o pomysłowości szmuglerów, handlarzy czy zwyczajnych pań domu zaskakują, na dokładkę mamy menu z kilku lokali gastronomicznych. Niestety o takich rzeczach nie uczą na lekcjach historii, a szkoda bo może więcej osób byłoby zainteresowanych tematem. 
Z jednej strony tą książkę czyta się bardzo dobrze, bo jest napisana przystępnym językiem. Z drugiej ciężko to objąć rozumem, komuś kto bombardowany jest reklamami jedzenia i widzi półki uginające się pod towarami wszelakimi. Ktoś w niedalekiej przeszłości chciał z rozmysłem zagłodzić cały naród. Z tego właśnie względu nie jest to kolejna lekka opowiastka. Polecam żeby przeczytać, przemyśleć i docenić, że teraz spokojnie możemy usiąść w fotelu i napić się prawdziwej kawy, a nie naparu z żołędzi.

środa, 13 stycznia 2016

389. Pulpeciki arabskie w sosie miętowym

 Z jednej strony cały czas siedzę w kuchni, a z drugiej nie mam co na bloga włożyć :) Torty wyfruwają jeden po drugim, obiady też (no bo chłop i dziecię jeść muszą), ale ciasta do kawy już dawna nie miałam okazji zrobić. Może chociaż moje biodra mi za to podziękują. Jakiś taki zakręcony czas od Nowego Roku się zrobił. Obiady jednak trzeba robić, ale już z długotrwałym staniem przy garach, albo wymyślaniem czegoś bardzo skomplikowanego już mi trochę pod górkę jest. Ponieważ usłyszałam kiedyś, że mięsa mielonego nie da się zepsuć to dlatego wszelkie klopsiki, pulpeciki i kotleciki, jak również zapiekanki, są grane i lubiane. Tym razem padło na lekko inspirowany kuchnią arabską pomysł, czyli pulpeciki z miętą i w sosie miętowym. 
A na tradycyjne kotlety mielone tradycyjnie będziemy chodzić do mamy na obiad.

PULPECIKI ARABSKIE W SOSIE MIĘTOWYM:
-ok. 0,5 kg mielonej jagnięciny
-1 cebula
-2 ząbki czosnku
-duża szczypta kminu rzymskiego, papryka mielona słodka, sól, pieprz,  cynamon
-pęczek natki pietruszki i świeżej mięty
-nieco bułki tartej 
-oliwa

SOS MIĘTOWY:
-2 ząbki czosnku
-ok. 400ml jogurtu greckiego
-pęczek świeżej mięty
-sól, pieprz

1. Przygotować pulpeciki. Cebulę, czosnek i zioła posiekać bardzo drobno. Dodać je do mięsa, dosypać hojnie przyprawy i wszystko razem dokładnie wyrabiać i wymieszać. Formować małe pulpeciki, trochę większe niż orzech włoski, każdy obtoczyć w bułce tartej i smażyć na rumiany kolor na rozgrzanej oliwie. Po usmażeniu odłożyć pulpeciki na ręcznik papierowy, żeby odsączyć z nich nadmiar tłuszczu.

2. Na patelnię (i tłuszcz) po smażeniu pulpecików, wrzucić posiekane ząbki czosnku i chwilę smażyć. Dolać jeszcze jogurt grecki i wrzucić posiekaną miętę. Doprawić wszystko solą i pieprzem. Sos przelać na pulpeciki. 

*proponuję podawać np. z ryżem (przepis ze specjalną dedykacją dla mojego brata który odkrywa ostatnio tajniki kuchni). Ryż ugotować z dodatkiem cynamonu, gałki muszkatołowej, kminu rzymskiego i imbiru. 

SMACZNEGO!

wtorek, 5 stycznia 2016

Związek partnerski w nowym wydaniu


Czasy kiedy to facet polował na mamuta, a kobieta miała siedzieć w jaskini i pilnować ogniska już dawno minęły. Teraz modne są związki partnerskie, w których mamy się po równo dzielić obowiązkami. U nas też tak prawie jest. 

Ostatnio był jasny podział obowiązków...ja ogarniam obiad i ewentualnie nakarmię Luśkę jak się obudzi, a ty masz posprzątać. Nie zważając więc na mróz i grasujące po ulicy białe niedźwiedzie wyskoczyłam na szybkie zakupy. Jeszcze utuliłam dziecko nieszczęśliwe, że matka je na chwilę porzuciła i śmierdzi-bombę z gaci ogarnęłam co się tam pojawiła znienacka. Jeszcze falafela ukręciłam i usmażyłam, warzywka do niego pokroiłam i sosiki ze dwa stworzyłam. Dziecię nakarmiłam pyszną zupką, a łatwe to nie jest. Kota nawet zdążyłam pogłaskać i ze trzy strony w książce przeczytać. 

....a mój luby w tym czasie zdołał wybrać sobie muzykę, której będzie słuchał podczas odkurzania. 

Muszę kupić sobie zapas melisy, jakbym nie kochała to bym chyba ubiła na miejscu :)

poniedziałek, 4 stycznia 2016

388. Pasta kanapkowa z awokado

 Chyba w końcu dorosłam do postanowień noworocznych. Nawet są spisane w sekretnym kajeciku (a raczej Sezonowniku który w tym roku służy mi za kalendarz) i liczę na to że spisanie pomoże w ich dotrzymaniu. Jak 90% ludzkości w Nowym Roku marzy mi się figura modelki, i to nie takiej XXL, tylko takiej szczupłej, pięknej, że aż dech zapiera. Co za tym idzie odstawiam od piersi niezdrowe jedzenie i obiecuję sobie, że już nie będę co dziennie na śniadanie pochłaniała grzanek z serem brie i żurawiną. Z bólem serca to robię, ale cóż jak się jest już starym i zgrzybiałym to biodra rozrastają się w zastraszającym tempie, a fałdek brzuszny to od samego patrzenia na słodycze się powiększa. 
Na pierwszy ogień w tym nowym, lepszym roku idą śniadania. Na śniadanie zaś proponuję pastę z awokado, które choć pełne tłuszczów, to zbawienne dla naszego zdrowia. Nic tylko zajadać zamiast masła i pięknieć w oczach. 

PASTA KANAPKOWA Z AWOKADO:
-1 dojrzałe awokado
-1 mała czerwona cebulka
-mała papryczka chilli lub trochę płatków suszonego chilli
-sól, pieprz, sok z cytryny
-ewentualnie łyżka serka śmietankowego

Awokado obrać, oddzielić od pestki, skropić sokiem z cytryny i dokładnie rozgnieść widelcem. Cebulkę i papryczkę drobno posiekać. Dodać do awokado i dokładnie wymieszać, doprawić całość solą i pieprzem i odstawić na chwilę do lodówki. Najlepiej smakuje gdy ma czas przez kilka godzin na "przegryzienie się" smaków. 

SMACZNEGO!