wtorek, 31 maja 2016

418. Ajran, orzeźwiający napój z Turcji

Co prawda każdego dnia wypijam całkiem spore ilości wody, ale czasem lubię lekką odmianę w wyborze napoju. Dawno, dawno temu, czyli jeszcze na studiach, wybrałam się z koleżankami do Turcji i tam właśnie pierwszy raz posmakowałam bardzo smakowitego i orzeźwiającego napoju, ajran. Połączenie jogurtu, wody i przypraw jest zaskakująco dobrze się sprawdza gdy potrzebujemy ugasić pragnienie. Co prawda można znaleźć kupny ajran w każdym większym sklepie, a także oczywiście w każdej budzie z kebabem, ale bez problemu zrobimy go w domu. W tym domowym możemy modyfikować smak dodając miętę, czosnek, pieprz lub inne ulubione przyprawy. Polubią go i duzi i mali....Luśka właśnie wypiła prawie całą szklaneczkę. 

AJRAN:
-pół szklanki gęstego jogurtu greckiego
-1/4 szklanka wody gazowanej
-kilka kostek lodu
-sól, świeżo zmielony pieprz, ewentualnie kilka listków świeżej mięty

Mocno schłodzony jogurt zmiksować z wodą i przyprawami (spieniacz mleka jest idealny do mieszania). Całość przelać szklanki z lodem i od razu wypić. 

Ewentualnie przygotować większą ilość i przechowywać w lodówce, żeby zawsze był bardzo zimny.

Można też przygotować bardziej rozwodnioną wersję, ale nie przekraczając proporcji 1:1.

SMACZNEGO!


piątek, 27 maja 2016

417. Sernik z rabarbarem na Dzień Mamy

To już mój drugi Dzień Mamy (nie Matki, bo to okropnie brzmi). Rok temu, bardzo maleńka Lucynka, na tyle wywróciła nam życie do góry nogami, że nic nie ogarniałam. Co chwilę płakałam bo się czymś niespodziewanie wzruszyłam (ach te hormony), potrafiłam zasnąć w niespodziewanym momencie i pachniałam mlekiem. Także tego...nie do końca nawet zarejestrowałam, że mogę świętować. 
Teraz już mniej płaczę, ale nadal czasem łezka w oku się zakręci. Szczególnie gdy Lucynda z wielką dumą przybija piątkę, bo właśnie się nauczyła nowego gestu. Albo cała szczęśliwa pokazuje, że wypatrzyła ptaszora na drzewie. Albo gdy rano budzi mnie jej świergot, pośród którego rozpoznaję tylko kilka słów jak choćby "Honda", chociaż to akurat Miśko się powinien bardziej wzruszać, bo to jego ulubiona marka samochodów. Dumna jestem gdy widzę małego gagatka, który uczy się jeść sztućcami, wobec czego nawet chrupki kukurydziane wsuwa za pomocą widelca. Na spacerze drepcze dzielnie, chociaż nóżki jeszcze ma malutkie i twardo nie chce jechać w wózku. Gdy przytula naszą kocicę Zołzę, to aż cała promienieje szczęściem. Chociaż chaos, zniszczenie i tornado kroczą przed nią i za nią, to wciąż się cieszę.
Do tej pory nie mogę ogarnąć jak to się stało, że udało nam się stworzyć takie małe cudo. Z dwóch komórek powstał najpierw taki czerwony i podobny do Ryszarda Kalisza bobas. A teraz to już jest całkiem dorosły maluch. Taka duża, a wciąż taka malutka. Fajnie być mamą.  
Fajnie świętować Dzień Mamy. Lusia jest jeszcze za malutka, żeby robić prezenty. Konkubent wyjechał i nie zrobi nic w imieniu córki, zresztą jemu bym i tak musiała przypominać że jest jakaś okazja. Sama sobie zrobiłam prezent. Upiekłam sernik z prawdziwego twarogu z rabarbarem. Idealny będzie do porannej kawy. 

SERNIK Z RABARBAREM:
CIASTO:
-1 szklanka maki
-1/4 szklanki cukru
-czubata łyżka kakao
-szczypta soli
-1 żółtko
-100g zimnego masła
-łyżeczka śmietany 18%


MASA SEROWA:

-1kg białego sera
-5 jajek
-100g masła
-100g cukru
-duży chlust esencji waniliowej
-2 łyżki mąki ziemniaczanej

-ok. 200g rabarbaru
-duża szczypta cynamonu
-łyżka mąki ziemniaczanej
-łyżka cukru

1.Zagnieść w miarę szybko ciasto ze wszystkich podanych składników-nie powinno się kleić do rąk. Zawinąć je w kawałek folii spożywczej i wsadzić na pół godziny do lodówki. Po tym czasie wyjąć i 3/4 ciasta rozwałkować na grubość około 5 mm, a następnie przełożyć do formy do tarty o średnicy okolo 30cm. Nakłuć ciasto widelcem, wyłożyć pergaminem i wysypać suchym grochem lub fasolą (żeby nie urosło). Piec w piekarniku rozgrzanym do 180st, przez około 20 minut.

2. Rabarbar obrać i pokroić w plasterki ok. 1,5-2cm grubości. Wymieszać je z cynamonem, cukrem i mąką ziemniaczaną, tak żeby każdy plasterek był nimi pokryty.

3.. W międzyczasie zmielić biały ser. Masło utrzeć z cukrem i esencją waniliową. Nie przerywając ucierania dodawać pojedynczo jajka. Następnie dodawać ser na przemian z mąką ziemniaczaną. Gotową masę serową wymieszać z rabarbarem i wylać na podpieczony spód. Na wierzch sernika wysypać pozostałą część ciasta jako kruszonkę. Wstawić do rozgrzanego do 180st piekarnika, na około 45-55 minut. Po tym czasie wyłączyć piekarnik i zostawić w nim sernik do całkowitego ostygnięcia.

SMACZNEGO!

Fajnie być mamą.

środa, 25 maja 2016

Piękna Polska: Skansen w Lublinie na wycieczkę z dziećmi

Kolejny długi weekend majowy już za chwilę. Pogoda zdecydowanie zachęca, żeby ruszyć się z domu i pobuszować na dworze. Tym bardziej jeśli jest się szczęśliwym posiadaczem potomstwa trzeba dzieciarnię wybiegać i zmęczyć, żeby domu nie rozniosła. 

Warto połączyć przyjemne z pożytecznym i wybrać się na długi spacer w miejsce gdzie i mali i duzi mogą zobaczyć coś ciekawego. Takim miejscem jest zdecydowanie Muzeum Wsi Lubelskiej, czyli skansen w Lublinie. Na wielohektarowej powierzchni zostały umieszczone domy, młyny, zagrody, dworek, cerkiew, a nawet małe miasteczko żywcem przeniesione z lubelskich miejscowości i wsi. Dla dzieci-mieszczuchów dodatkowymi atrakcjami będą niewątpliwie zwierzęta, których jest tu bardzo dużo. Jest i drób i konie, krowy, kozy, owce i szalone kucyki, które ciągle kombinują jak uciec z zagrody. Co łagodniejsze zwierzęta można karmić, z czego nasze maluchy skwapliwie korzystały wtykając zawzięcie kozom trawę w pyski. 

Do większości chat można wejść i zobaczyć wnętrze dawnych domów. Ogródki przy nich są zadbane i przypominają dawne urocze zbiorowiska kwiatów, tak odległe od aktualnej mody, czyli równy trawnik i iglak po środku. 

Cały skansen podzielony jest na części, żeby można było zaobserwować różnice w architekturze w poszczególnych  regionach województwa. Mamy więc tu Wyżynę Lubelską, Roztocze, Powiśle, Podlasie oraz Nadbuże. Część miasteczkowa, to ekspozycja pokazująca prowincjonalne miasteczko z lat 30. XX w. 

Strudzeni turyści mogą odpocząć w altanie nad stawem lub rozpalić ognisko w specjalnie wyznaczonym do tego miejscu. Na terenie skansenu jest również restauracja, w której można się posilić. 

Bardziej dociekliwi i spragnieni wiedzy (oraz z trochę wolniej uciekającymi dziećmi) mogą wynająć przewodnika, który oprowadzi po całym skansenie i opowie o poszczególnych miejscach. My zwiedzaliśmy samodzielnie, idąc w tym kierunku, w którym akurat maluchy chciały iść. Jednak i tak w części miasteczkowej trafiliśmy na przemiłego przewodnika, który chętnie nam opowiedział co nieco. Chciał nawet więcej nam poopowiadać, ale harpagany trudno było utrzymać w jednym miejscu.

Jednym słowem jest to idealne miejsce do odpoczynku, bo jednocześnie możemy zobaczyć coś nowego i poczuć się jak na sielskiej wsi. A dzieciaki się wybiegają, będą mogły obcować z naturą i zobaczą jak w sumie jeszcze niedawno wyglądała wieś. 

Na zwiedzanie Muzeum Wsi Lubelskiej warto przeznaczyć kilka godzin, a nawet cały dzień. Skansen znajduje się przy wjeździe do Lublina od strony Warszawy (Al. Warszawska 96, Lublin). Jeśli łączymy odwiedziny w nim ze zwiedzaniem Lublina spokojnie dojedziemy tam autobusem miejskim. W sezonie letnim skansen otwarty jest w godzinach 9:00-18:00. Bilety wstępu to koszt 12zł dla dorosłych, 6zł-bilet ulgowy, 30zł bilet rodzinny dla posiadaczy Karty Dużej Rodziny, dzieci do lat 7 mają wstęp darmowy. 
Stronę internetową Muzeum można znaleźć tutaj
Uwaga! 26 maja 2016 skansen jest nieczynny!

poniedziałek, 23 maja 2016

Ciasteczka i tort na roczek dla chłopca

 Ostatnio jakby mniej się wyżywam cukierniczo i nieco mniej z masą cukrową pracuję, ale mimo wszystko coś tam ostatnio powstało. Dwóch małych chłopców zakończyło już okres niemowlęcy i skończyło roczek. 
Mały Mikołaj dostał kolorowy tort z misiaczkiem, natomiast Orionek na swoje dwa kinder-bale miał przygotowane słodkie prezenty dla gości w postaci ciasteczek z Mionkami i z elementami żeglarskimi. 
Mamy obu chłopców, przekazały że słodkości gościom się podobały :)



piątek, 20 maja 2016

Warsztaty Fiesta Mexicana w Cook Up

O jaaaacieeeeeeeee! Od wczorajszego wieczora cieszy mi się japa niesamowicie. Wszystko dzięki prezentowi, który dostałam od rodziny na urodziny. Sprezentowali  mi mianowicie kurs kuchni meksykańskiej Fiesta Mexicana w studiu Cook Up. 

Do tej pory moje pojęcie o kuchni meksykańskiej było dosyć mgliste (podobnie chyba jak większości społeczeństwa). Znaczy, że trzeba dodać dużo kukurydzy, fasoli i ostrej papryki i będzie jak w Meksyku. Jeszcze coś mi się tam błąkało po umyśle o konieczności dodania soku z limonki, natki kolendry czy cynamonu i kuminu. Ale w zasadzie na tym i na kilku wizytach w stołecznej restauracji Blu Cactus moja wiedza się kończyła. 

Prowadząca warsztaty Isabel Balderas (szefowa kuchni w Dos Tacos) w bardzo przystępny sposób pokazała nam, że kuchnia meksykańska może być przepyszna i zaskakująca. Kurcze blade. Naprawdę petarda. To były takie niespotykane w naszej kulturze smaki, takie aromatyczne połączenia, takie kolory i smaki, że aż zaczynam myśleć o konieczności zakupów biletów lotniczych do Meksyku. Wszystko było przepyszne. Pani Isabel niezwykle sympatyczna i pomocna. Opowiadała nam anegdoty i historie ze swojego kraju. Podpowiadała co i gdzie można kupić, żeby nasze potrawy były jak najbardziej zbliżone do oryginału. Jednym słowem jak urządzić prawdziwą meksykańską fiestę w swoim domu. I pamiętajcie w kuchni meksykańskiej niezbędny jest blender albo moździerz i silne ręce :)

Pod czujnym okiem naszej nauczycielki przygotowaliśmy potrawy, których nazw ciągle niestety nie umiem wymówić. Przekonałam się też, że krewetki nie są trujące :) 
Caldo de camaron y pescado-to przepyszna zupa krem z warzywami i kawałkami dorsza oraz krewetkami.
Potato skins with pico-pieczone ziemniaki z kolorową i aromatyczną salsą. Takie ziemniory to chętnie bym jadła codziennie.
Chipotle BBQ ribs-mięciutkie, aromatyczne, pieczone żeberka z własnej roboty sosem BBQ. Ten sklepowy to niech się schowa. 
Pescado a la veracruzana-pstrąg pieczony z sosem warzywnym. Mnóstwo smaku i koloru w jednym daniu. 
Beso de angel-domowe lody wiśniowe z migdałami podane w ręcznie robionych rożkach waflowych. To to już wisienka na torcie. Jeszcze zanim lody się zamroziły wyjadaliśmy je łyżeczką z miski, takie były dobre. 

Dania przepyszne, a studio Cook Up idealnie wyposażone, tak że każdy miłośnik kuchni z przyjemnością będzie w nim gotował. Chętnie wrócę na kolejne edycje meksykańskich warsztatów i nauczę się tworzyć kolejne potrawy. 

A póki co chyba trzeba zaplanować kolację dla rodziny, żeby podziękować za piękny prezent. Niech oni też popróbują tych pyszności.  

*informacje o wszystkich warsztatach organizowanych w studio Cook Up można znaleźć na ich stronie internetowej tutaj . Ceny zaczynają się od ok. 260zł. Cook Up ma swoje studia w Warszawie i w Poznaniu.

czwartek, 19 maja 2016

416. Sałatka grecka

Swego czasu sałatka grecka królowa na polskich stołach. Zasypana toną sałaty (najlepiej lodowej) była lekkim powiewem wielkiego świata i kuchni śródziemnomorskiej. Z swoich wypraw na Bałkany pamiętam jednak, że w naturze wyglądała nieco inaczej niż można było zobaczyć u cioci na imieninach. Ostatnio nieco już zapomniana przeze mnie, wróciła do łask gdy przeglądałam instagramowe konto Liski z White Plate. Tak nagle zatęskniłam za takimi prostymi składnikami, że aż zrobiłam jedną michę, a potem drugą i trzecią. Dlatego też poniżej macie mój pomysł na sałatkę grecką. 

SAŁATKA GRECKA:
-2 średniej wielkości pomidory
-1 ogórek
-1 czerwona cebula
-garść czarnych oliwek
-nieco sera typu feta
-porządny chlust dobrej oliwy
-trochę świeżo zmielonego pieprzu

Pomidory i ogórka dokładnie myjemy. Kroimy w niewielkie cząstki. Cebulę kroimy w piórka, a oliwki na połówki. Ser kruszymy na małe cząstki. Całość oprószyć świeżo zmielonym pieprzem, skropić oliwą i wymieszać.
SMACZNEGO!

wtorek, 17 maja 2016

415.Tosty francuskie z truskawkami

 Mam pewne podejrzenia, że powinnam urodzić się gdzieś bliżej południa Europy. W zasadzie codziennie mogłabym jeść śniadanie na słodko w towarzystwie pysznej kawy parzonej w kawiarce. Gdy Miśkosław jest w domu o poranku to zazwyczaj mamy jajecznicę, jakieś kiełbaski, zieleninę, albo wytrawną owsiankę. W końcu chłop musi się najeść a słodkimi popierdułkami to nie da rady.. Całkiem inna historia jest gdy zostajemy same z Luśką. Truskaweczki, banany, maliny, czy inne wisienki używane są u nas w dużych ilościach i dodawane do koktajlów, owsianek, kaszek wszelakich czy twarożków. Ostatnio przypomniałam sobie o przepisie, który poznałam pod nazwą tosty Kubusia Puchatka (ręka w górę kto miał w domu "Książkę kucharską Kubusia Puchatka" :) ), a popularnie są to tosty francuskie. Idealny sposób na zagospodarowanie lekko już czerstwej bułki lub chałki. Słodkie, lekko chrupiące, przepyszne z miodem, dżemem, owocami lub po prostu cukrem pudrem. Do tego filiżanka ulubionej kawy i dzień zaczyna się pięknie.

TOSTY FRANCUSKIE:
-kilka kromek czerstwej chałki
-jajko
-niepełna szklanka mleka
-cukier z prawdziwą wanilią
-łyżka lub dwie masła klarowanego
-kilka świeżych truskawek (JUŻ SĄ TE KRAJOWE!!! :) )

Jajko roztrzepać z mlekiem i cukrem z wanilią. Wymoczyć w nim kromki chałki. Na rozgrzanej patelni z masłem układać kromki pieczywa. Zmniejszyć ogień do minimum i smażyć tosty z obu stron po kilka minut, aż będą ładnie zarumienione. Gotowe tosty ułożyć na ręcznikach papierowych i odsączyć z nadmiaru tłuszczu. Podawać od razu z ulubioną kawą i np. plasterkami świeżych truskawek. 

SMACZNEGO!

piątek, 13 maja 2016

414. Naleśniki z kaszą gryczaną i koperkiem

 W naleśnikach jest coś magicznego, bo smakują chyba każdemu. Nie znam nikogo kto by powiedział "Naleśniki? Bleee, nie lubię!". Po prostu można je nafaszerować na różne sposoby. Gdy tylko jest już góra naleśników, każdy biesiadnik może zrobić sobie swoją wersję na słodko, ostro czy wytrawnie i w ten sposób może powstać kilkanaście różnych dań. Ja uwielbiam naleśniki z dżemem mamy Krysi lub z białym serem i cynamonem, ale że chłopa trzeba karmić to dla Miśka powstają wersje bardziej sycące. I tak właśnie stworzyłam naleśniki nafaszerowane kaszą gryczaną i dużą ilością aromatycznego koperku. Do tego kleks z jogurtu (albo kwaśnej śmietany) i wiosenny obiad gotowy. Zapraszam do kuchni. 

NALEŚNIKI Z KASZĄ GRYCZANĄ I KOPERKIEM:
NALEŚNIKI:
-1 jajko
-ok. 1l mleka
-szklanka mąki
-trochę piwa lub wody gazowanej
-trochę masła klarowanego do smażenia

FARSZ:
-szklanka ugotowanej kaszy gryczanej (palonej)
-100g chudego twarogu
-duża cebula
-2 średniej wielkości pomidory
-duży pęczek koperku
-łyżka musztardy (dla lubiących ostre smaki może być np. Dijon)
-łyżka jogurtu greckiego
-sól, pieprz, 

1. Wszystkie składniki ciasta wymieszać ze sobą, powinny mieć konsystencję niezbyt gęstego jogurtu. Gęstość można modyfikować dodając albo trochę mleka, albo trochę mąki, zależnie od potrzeb. Na rozgrzanej patelni (niezbyt duża powinna być ta patelnia) rozpuścić odrobinę margaryny i wylać ciasto, tak żeby pokryło cienką warstwą całą patelnię. Smażyć z obu stron na rumiany kolor i tak zużyć całe ciasto :) Pierwszy naleśnik praktycznie zawsze idzie na straty więc nie należy się przejmować.

2. Cebulkę posiekać drobno i zeszklić na maśle. Dodać do niej posiekane w drobną kostkę pomidory i chwilę całość podsmażać. Dodać je do kaszy, twarogu, jogurtu i posiekanego drobno koperku. Całość wymieszać i doprawić solą, pieprzem i odrobiną musztardy.

3. Naleśniki nadziewać farszem i zawijać w zgrabne pakieciki. Każdego naleśnika położyć jeszcze na chwilę na gorącej patelni z masłem i chwilę obsmażyć z każdej strony. Podawać gorące z odrobiną jogurtu lub kwaśnej śmietany. 

SMACZNEGO!

wtorek, 10 maja 2016

413. Pampuchy, buchty, parowańce, czyli bułeczki na parze

 Jeśli myśli się o deserach typowych dla Podlasia, to pierwszym skojarzeniem jest sękacz. Dla bardziej wtajemniczonych jest jeszcze mrowisko, zwane też listkowcem, bardzo słodkie ciasto z makiem i miodem złożone z mnóstwa cienkich listków podobnych do faworków.
Podczas ostatniej wyprawy dostaliśmy w ramach deseru parowańce, zwane też pampuchami czy buchtami, czyli po prostu rodzaj drożdżowych bułeczek pieczonych na parze. Można je podawać na słodko, można też polać sosem i podać w towarzystwie mięsiwa. Smakują wyśmienicie zarówno z oprószone cukrem z odrobiną kwaśnej śmietany, jak i z dodatkiem owoców. 
Luśka już pokochała ten rodzaj deseru. Zachęcam, bo bardzo prosto je wykonać.

PAMPUCHY 
(proporcje na około 15-16 sztuk)
-3 szklanki mąki pszennej
-3/4 szklanki mleka
-50g drożdży
-1 jajko
-2 łyżki oleju
-2 łyżki cukru
-szczypta soli

1.Mleko podgrzać lekko i dodać odrobinę cukru. Wkruszyć do niego drożdże i odstawić na chwilę w ciepłe miejsce, żeby drożdże zaczęły pracować.

2. Z wszystkich składników zagnieść elastyczne ciasto, które będzie odchodziło od ręki. Formować niewielkie bułeczki, mniej-więcej wielkości połowy zwiniętej pięści.

3. Nastawić duży garnek z wodą, zawiązać na nim na wierzchu pieluchę tetrową (ewentualnie durszlak lub sitka do gotowania na parze). Gdy woda się zagotuje położyć na pieluszce pampuchy, przykryć całość dużą przykrywką lub metalową miską. Parować przez około 8-10 minut. Po tym czasie zdjąć i posypać odrobiną cukru. Podawać od razu ze śmietaną lub owocami.

*my zrobiliśmy sobie sos z rabarbaru i jeżyn z odrobiną cynamonu i esencji waniliowej :)

SMACZNEGO!

Backstage-"Mama, szybciej z tymi zdjęciami, bo głodna jestem!"

piątek, 6 maja 2016

Gdzie i co zjeść na Podlasiu

Kuchnia Podlasia pełna jest kluchów, pierogów, kartaczy, babek ziemniaczanych, czyli smakołyków które tygryski bardzo lubią. Niestety nie tak łatwo znaleźć restaurację gdzie spróbujemy dobrych podlaskich specjałów, ale z tego co widzę i tak sytuacja się poprawia. Na rynku Białegostoku już nie królują wyłącznie kebaby i pizze, są też kartacze, babki ziemniaczane i pierogi. 
Poniżej kilka miejsc, do których zawitaliśmy podczas naszej podlaskiej majówki.


ESPERANTO CAFE
Rynek Kościuszki 10, Białystok (otwarte w godzinach 10:00-22:00, w piątki i soboty do 24:00).
 O moich wrażeniach z Esperanto Cafe pisałam już 2 lata temu, opisując pierwszą wizytę w Białymstoku (we wpisie "W krainie Żubra, bimbru i salonów sukien ślubnych" jest dokładny opis). 
Jedzenie jest tu smaczne, w karcie wyszczególnione regionalne przysmaki. Znajdziemy tu kartacze, pierogi  czy babkę ziemniaczaną. Szczególnie polecam spróbować napój o nazwie buza. Co prawda opis napoju nie zachęca (sfermentowana kasza jaglana z rodzynkami) ale zaręczam, że jest pyszny i orzeźwiający. Ceny są bardzo przystępne. Za obiad z dwóch dań dla 2 osób nie zapłacimy0 więcej niż 100zł.
Jest to miejsce przyjazne dla rodzin z dziećmi, mamy więc kącik z zabawkami, krzesełko do karmienia, a w toalecie przewijak. 

Nowa, kulinarna miłość Miśkosława-babka ziemniaczana

 PRYNUKA
Al. Niepodległości 6, Supraśl (otwarte pn-pt 14:00-22:00, sob 12:00-22:00, nd12:00-21:00)
W Supraślu, nieco na uboczu znajduje się hotel Knieja, a w jego podziemiach białoruska restauracja Prynuka. Niełatwo tu trafić, ale warto nieco zboczyć. W miłym wnętrzu spróbować można specjałów kuchni podlaskiej i białoruskiej. Są więc kartacze, pierogi, rosół z pielmieni,dranniki z maczanką (placki ziemniaczane z pysznym sosem), bliny gryczane itp. Ubolewam niestety nad nieobecnością piw rosyjskich, które widnieją w karcie, ale w realu już niestety nie. Babka ziemniaczana jest tu nieco inna niż w klasycznej podlaskiej wersji. Zapiekana w glinianym garnuszku, z ziemniaków tartych na grubszej tarce. Mi bardzo smakowała, Miśko stwierdził, że wersja białoruska odpowiadała mu mniej niż podlaska...kwestia gustu. 
Ale jest jedno danie, które zachwyciło nas oboje jednakowo-SOLIJANKA. Pyszna zupa pełna mięsa i niespodziewanie kwaśnego smaku. Dla tej zupy warto zawitać do Prynuki. 
Tym dzieciatym przyda się na pewno krzesełko do karmienia, które tutaj znajdziemy.


 JURTA TATARSKA W KRUSZYNIANACH
Kruszyniany 58 (otwarte 11:00-18:00)
Jurta tatarska w Kruszynianach to niestety nasze największe rozczarowanie tego wyjazdu. Pojechaliśmy na Podlasie między innymi dlatego, że chciałam odwiedzić właśnie Kruszyniany i spróbować słynnych już wyrobów tatarskich Dżannety. Trochę nam mina zrzedła gdy podjechaliśmy na parking, a zaraz za nami 2 autokary wygłodniałych turystów. Nie zrażając się niczym wysłałam Miśka, żeby zarezerwował nam stolik/miejsce przy stole. Chcieliśmy po prostu przejść się po wsi, obejrzeć meczet i cmentarz tatarski i po spacerze wrócić coś smacznego zjeść. Kilka przepytanych kelnerek nie potrafiło udzielić odpowiedzi na pytanie, czy można zarezerwować miejsce, a nawet twierdziły, że rezerwacje nie są tutaj prowadzone. Wobec czego poszliśmy po prostu na spacer licząc na łut szczęścia po nim. 
Po spacerze niestety szczęścia nie mieliśmy, bo zaczęło kropić. W obu salach jurty pełno było ludzi. Takiego oblężenia nie widziałam nawet w schronisku przy Morskim Oku. Gwar i hałas przekraczał mój próg wytrzymałości, nie mówiąc już o progu Lucy. Wobec czego wycofaliśmy się do dużej altany, na której radośnie wisiał napis "Wiata dla rodzin z dziećmi", czyli dla nas. Super. W wiacie stoły i ławy, kocyki gdyby ktoś zmarzł. Rozsiedliśmy się, wybraliśmy z menu co chcemy zjeść i Miśko poszedł coś zamówić. I tu zonk....w czasie deszczu gości w wiacie się nie obsługuje. Nie ma nawet opcji, żeby po prostu zamówić coś i samemu sobie przynieść.  Niestety informacji o braku obsługi w czasie deszczu nigdzie w altanie nie znaleźliśmy. Na poprawę pogody nie czekaliśmy, pojechaliśmy zjeść obiad w Drohiczynie. Niesmak pozostał.
Podsumowując jest to miejsce dla osób zdeterminowanych, którym nie przeszkadza, że właściciele idą chyba na ilość a nie w jakość. Przykre, ale to miejsce padło ofiarą swojej własnej popularności.

RESTAURACJA U IRENY
Ciechanowiecka 6, Drohiczyn 
W Drohiczynie na ulicy wiodącej na rynek, a więc i w stronę między innymi góry zamkowej, znajduje się restauracja i noclegi "U Ireny".  Przemiła obsługa chętnie udziela odpowiedzi na pytania odnośnie poszczególnych dań w menu. Znajdziemy tutaj nie tylko tradycyjne pierogi, kartacze i babkę ziemniaczaną, ale również pyszne zaguby (rodzaj pierogów-roladek z nadzieniem z ziemniaków) oraz parowańce, czyli bułeczki pieczone na parze z sosem owocowym. Babka według babkowego konesera, czyli Miśka, była najlepiej doprawiona z tych, które jedliśmy na majówce. 
Niestety dzwonek mikrofali boleśnie informował nas, że dania były w niej odgrzewane, czyli zrobiły się lekko gumowate. Gdyby wszystko było odgrzewane w piecu/na patelni, na parze byłoby by idealnie, ba dania były bardzo smaczne. 
Warto tutaj zajrzeć, bo i smacznie i ceny bardzo przystępne.
 

środa, 4 maja 2016

Piękna Polska: Podlasie

Nie jest łatwo ruszyć Miśkosława z posad. Ma dostatecznie dużo jeżdżenia w pracy i zazwyczaj na gruncie domowym nie chce słyszeć o dalszych wojażach. Tym bardziej cieszy mnie, że udało mi się go namówić na krótki wypad na Podlasie....przez przypadek zbiegł nam się wyjazd z majówką. 

Na szczęście nie jest to aż tak popularny region Polski. Wciąż jeszcze można napawać się jazdą po drodze, na której oprócz nas w zasięgu wzroku nikogo nie ma. Wielkie połacie pól i lasów skłaniają by przybyć właśnie tu i zaczerpnąć świeżego powietrza. 

To już moja kolejna wyprawa do tego regionu. Ostatnim razem, blisko 2 lata temu, odwiedziłam  Białystok (o moich wrażeniach można poczytać tutaj na blogu). Tym razem sam Białystok potraktowaliśmy po macoszemu i zajechaliśmy do niego tylko, żeby zjeść obiad. Zaszyliśmy się w miłym domku na skraju Puszczy Knyszyńskiej, gdzie wieczorem słychać było tylko ciszę, ewentualnie przerywaną przez wycie wilków (serio serio!!!). Stamtąd właśnie wyruszaliśmy na małe wycieczki. 

Wycieczki z maluchem trzeba rozsądnie zaplanować. Zwiedzanie muzeum, kolejnych kościołów, czy chodzenie po centrum miasta nie dla nas. Dlatego też głównie poruszaliśmy w obrębie puszczy i właśnie w niej szukaliśmy ciekawostek do obejrzenia. 

Jedynym muzeum, które obejrzeliśmy, było Muzeum Wnętrz Pałacowych w Choroszczy (kilka km przed Białymstokiem jadąc od Warszawy). Wstęp do muzeum to niewielki koszt 6zł za bilet normalny i 3zł za ulgowy. Po obejrzeniu wnętrza pałacu warto przejść się po parku, nawet gdy pogoda nie rozpieszcza.

Choroszcz, letnia rezydencja Branickich.

W samej Puszczy Knyszyńskiej co kilka kilometrów widnieją znaki, które przypominają nam o prawowitych mieszkańcach tych ziem. Są tutaj między innymi wilki, żubry, jelenie, więc zachowajmy ostrożność na drodze i w lesie. 

Zachęcam do zwiedzenia Arboretum w Kopnej Górze (przy drodze między Supraślem a Krynkami). Bogata kolekcja roślin zaciekawi nawet mało ogrodnicze dusze. Pamiętać tylko trzeba, że wegetacja rusza tam ciut później niż np. w centralnej Polsce, dlatego na początku maja dopiero liście pojawiały się na gałęziach. 
Oprócz Arboretum zachwyciło nas jeszcze Silvarium w Poczopkach. Nadleśnictwo Krynki, które sprawuje nad nim pieczę stworzyło teren, na którym nie tylko wypoczniemy, ale też nauczymy się wielu ciekawych rzeczy. Jest tu i Strigiforium (dom dla sów), Ptasia chata, Park Megalitów (wędrujących głazów), tablice dydaktyczne, ciekawe rzeźby, piękna kolekcja roślin (ogrodnik się we mnie odzywa), mostki, stawy i wiele innych atrakcji, które zaciekawią dzieci i dorosłych. 
Arboretum w Kopnej Górze
Strigiforium w Silvarium Poczopki




Zwiedzając te okolice warto zwrócić uwagę na świątynie. Łatwo zauważyć, że oprócz kościołów katolickich, znajdują się tu przepiękne cerkwie, czy meczety. Do większości można zajrzeć i obejrzeć wnętrza.
Święta Woda, koło Wasilkowa. Cerkiew św. Piotra i Pawła w Wasilkowie. Meczet w Kruszynianach.

Drogi na Podlasiu są różne i trzeba mieć to na uwadze wybierając się w ten region. Są trasy nówki-sztuki, po których się śmiga rewelacyjnie. Drogi tylko utwardzane, na które trzeba uważać szczególnie w trakcie deszczu również nie są rzadkością. Niestety zdarzają się w również mniejsze drogi asfaltowe podziurawione jak żółty ser.
Ale jadąc wolniej więcej się zauważa :)
Typowa dla Podlasia drewniana zabudowa.



Wracając do Warszawy wybraliśmy lekko okrężną drogę przez Drohiczyn. Na górze zamkowej jest tam punkt widokowy, skąd możemy podziwiać malowniczy przełom Bugu. W sezonie letnim u podnóża góry działa również mała knajpka.
Przełom Bugu w Drohiczynie

Drohiczyn



 A teraz kropla goryczy. Podlasie jest wciąż regionem, który nie jest dobrze rozreklamowany turystycznie i wciąż nie docenia niektórych swoich atrakcji. Ciągle nie mogę przeboleć, że w Puszczy Knyszyńskiej biegną tory kolejki wąskotorowej....po których niestety ciuchcia nie jeździ, bo nikt nie widzi potrzeby, żeby jeździła. Znalazłam informację, że kilka lat temu grupa zapaleńców próbowała wskrzesić kolejkę, niestety pomysł padł i teraz tory niszczeją coraz bardziej. 
Może jeszcze znajdzie się chętny do reaktywacji kolei przez Puszczę, bo naprawdę szkoda zaprzepaścić taką atrakcję.
Razem z Lusią rekomendujemy majówkę na Podlasiu, a w szczególności:
-nocleg polecamy w miejscowości Wierzchlesie, czysto, schludnie, cicho i za bardzo przystępną cenę- Podlaski Domek 

-  Muzeum Wnętrz Pałacowych w Choroszczy (czynne w godzinach 10:00-17:00, 6zł normalny bilet, 3zł ulgowy-od 3 maja jest wystawa czasowa "Podano do stołu. Zastawy i akcesoria stołowe XVIII i XIXw.)

-Arboretum w Kopnej Górze (wejście bezpłatne, czynne w godzinach 9:00-19:00), obok znajduje się Małe Muzeum Historii Puszczy Knyszyńskiej

-Silvarium we wsi Poczopek (wejście bezpłatne, zwiedzać można od świtu do zmroku)

-meczet w Kruszynianach (co kilkanaście minut wpuszczane są grupy którym przewodnik opowiada o losach Tatarów w tym regionie)

-góra zamkowa w Drohiczynie (łatwo trafić bo dosyć dobrze oznakowana jest trasa do niej)

To tylko kilka dni było, ale wrócimy tutaj jeszcze na pewno, bo Podlasie ma jeszcze wiele pięknych miejsc do odkrycia.