środa, 27 lipca 2016

433. Orzechowe pancakes z malinami i borówkami

Okazało się, że jestem kwoką. Znaczy taką matką kwoką, co to się trzęsie nad dzieckiem, żeby mu się krzywda nie stała. Wcale się nie podejrzewałam o takie skłonności, a tu niespodzianka. Najchętniej schowałabym Lucy pod kloszem (kuloodpornym najlepiej).
Wszystko przez to, że moje dziecko dorosło do harców na placu zabaw. Odwiedzamy więc przeróżne place w całej Warszawie i zasadniczo mam jedną podstawową obserwację...dzieci są strasznie okrutne. Nie dość, że zawsze ale to zawsze, wśród tych wszystkich kolorowych zabawek szaleje jakiś bachor co go nikt nie pilnuje przesadnie, a ten ciągnie dziewczynki za kucyki, chłopcom podstawia nogi, mniejszym bobasom zaś zabiera łopatki do piachu. Powiedzmy, że na to jakoś czujna matka zaradzi i spacyfikuje gagatka. 
Bardziej martwią mnie te wszystkie podziały, które odbywają się na placach zabaw. Zazwyczaj według zasad, których ja jako wapniak, nijak nie rozumiem. Powstają jakieś kasty tych fajniejszych, co to mogą kręcić kołem sterowym na statku, tych pośrednich co to jedynie zjeżdżać ze zjeżdżalni mogą i tych mniej fajnych co to tylko stoją pod drabinką i grzebią nogą w piachu. I jeszcze to tłumaczenie..."nie będziesz się z nami bawił bo wyglądasz jak zombie!". Matko jedyna, można się nabawić kompleksów na całe życie. Nie mniej traumatycznym przeżyciem będzie gdy usłyszy się np.:
"Twoje chrupki śmierdzą"
"Masz głupi kapelusz"
"Nie masz siusiaka"
"Bleee, a ty jesz gluten"

BożebożeBożenko! nie chcę, żeby moje dziecko miało zachwianą samoocenę, bo ktoś jej zarzuci że ma nieapetyczne chrupki. Nie wychodź dziecino spod klosza mamusinego. Śniadanie pyszne zrobię. A na śniadanie takie światowe placuszki, co się pankejki zwą (lub z amerykańska pancakes) z borówkami i malinami. Może dobre śniadanie pomoże ci zawojować świat. 

*wszystkie okrzyki są autentykami zasłyszanymi tu i ówdzie :)

ORZECHOWE PANCAKES Z MALINAMI I BORÓWKAMI:
(proporcję na 6 całkiem sporych pankejków-spokojnie wystarczy na śniadanie dla 2 osób)
-pół szklanki (ok. 50g) zmielonych orzechów włoskich
-pół szklanki mąki pszennej
-1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
-1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
-duża szczypta cynamonu
-pół łyżki cukru
-1 jajko
-mały kubek jogurtu naturalnego (ok. 150g)
-garść malin i borówek
-masło klarowane

1. Mąkę wymieszać z proszkiem, sodą, cynamonem, cukrem i orzechami. W drugiej misce rozmieszać dokładnie jajko z jogurtem. Przelać masę jajeczną do mąki i dokładnie wymieszać. Ciasto powinno mieć dosyć gęstą konsystencję, ale jednak lejącą. Gdyby było za gęste dodać ciut mleka. Bardzo delikatnie wmieszać owoce.

2. Na rozgrzaną patelnię dodać trochę masła. Zmniejszyć ogień do minimum i wlać trochę ciasta. Smażyć na złoty kolor przez kilka minut, przewrócić na drugi bok i znowu zarumienić. Podawać od razu.
Jeśli ktoś potrzebuje więcej słodyczy można posypać pancakes cukrem pudrem lub podawać z miodem lub syropem klonowym.

SMACZNEGO!

poniedziałek, 25 lipca 2016

432. Makaron z prostym sosem z anchois, pomidorów i miękiszem z chleba

 Kłamstwo nie popłaca. Chciałam być sprytniejsza niż łatwiejsza i wszystkich przechytrzyć. Zaczęło się od tego, że próbuję namówić Miśkosława na wyjazd do Włoch. Od roku uczę się włoskiego i chciałam być sprawdzić czy faktycznie "io parlo italiano", czy tylko coś tam sobie dukam. Wymyśliłam jakże sprytny patent gotowania różnych pyszności z kuchni śródziemnomorskiej, żeby go zachęcić. W jakże apetycznej książce "Kuchnia Dantego" (tutaj możecie oczytać moją recenzję) znalazłam ciekawy przepis na prosty i smakowity makaron z sosem z anchois, natką pietruszki, posypany podprażonym miękiszem z chleba. Brzmi pysznie i prosto. Składniki były w kuchni, wystarczy tylko zrobić, ale....MIśko przyjechał tylko na kilka dni, a tu odwiedziny u jednej mamy, potem u drugiej mamy, jakaś pizza w międzyczasie, jakiś falafel tak przez przypadek. Z kuchnią mi było nieco nie po drodze. Ale nowy przepis na bloga by mi się przydał. Więc trochę na siłę zrobiłam szybciutko ten sos, ugotowałam makaron tuż przed wizytą na imieninach Krystynki. Myśląc sobie, że co tam...trochę nienaturalnie zrobię zdjęcia, a obiad będzie na następny dzień. 
Nie przewidziałam tylko, że Miśko uzna, że po zdjęciach można już wszystko zjeść (grzeczny konkubent już się nauczył nie tykać jedzenia przed sesją). Nastawiłam się na pyszny obiad, a znalazłam pusty, brudny garnek w zlewie. Jeszcze zadzwonił i powiedział, że tuż przed wyjazdem zjadł ten pyszny makaron, tylko trochę za mało go było. No dzięki Misiaczku! Nie spróbowałam go w finalnej wersji. Zostałam bez obiadu. Więcej nie zrobię głupoty z gotowaniem na zapas i zdjęciami dużo przed jedzeniem. 
Ale Miśko mówi, że przepis jest super i mam robić częściej. Także korzystajcie z jego rekomendacji, tylko jedzcie od razu :) 

MAKARON Z PROSTYM SOSEM Z ANCHOIS, POMIDORÓW I MIĘKISZEM Z CHLEBA:
(proporcje na 2 całkiem spore porcje-albo jedną gigantyczną dla bardzo głodnego Miśka)
-ok. 200g długiego makaron np. spaghetti
-pęczek natki pietruszki
-garść pomidorków koktajlowych lub 1-2 pomidory malinowe
-2 ząbki czosnku
-mała, ostra papryczka
-4-6 fileciki anchois 
-duży chlust oliwy, świeżo zmielony pieprz
-2 łyżki rozdrobnionego miękiszu z chleba, lub bułki tartej

1. Na mocno rozgrzaną oliwę wrzucić posiekany czosnek, papryczkę, pokrojone na małe części pomidory i filety sardeli. Anchois rozdrobnić łopatką na małe części. Oprószyć całość świeżo zmielonym pieprzem. Podgrzewać póki pomidory się nie rozpadną. Zdjąć wtedy patelnię z ognia i wsypać posiekaną natkę pietruszki. 

2. W międzyczasie uprażyć miękisz chleba na suchej patelni. Przez kilka minut mieszać go na gorącej patelni i uważać, żeby się nie spalił.
3. W kolejnym międzyczasie ugotować makaron w dużej ilości osolonej wody. Makaron powinien być al dente. Gdy spaghetti będzie już gotowe przerzucić je na patelnię z sosem i dokładanie wymieszać. Przełożyć porcje na talerze i każdą z nich oprószyć uprażonym chlebem. 

BUON APPETITO!

piątek, 22 lipca 2016

431. Brownie z malinami

 Kiedyś na Instagramie znalazłam całkiem apetyczne zdjęcie ciasta czekoladowego. W brzuchu zaburczało lekko gdy tęsknym wzrokiem wpatrywałam się w taką apetyczną fotografię. Tym bardziej, że przedstawiało zdrowszą wersję z brownie, z amarantusem i płatkami owsianymi. Nastawiłam się, że też takie zrobię. I pyszne i zdrowe i w ogóle zacznę chudnąć od samego myślenia o nim. Takie były plany. A plany są od tego, żeby je zmieniać. 
Amarantusa niestety brak, są za to maliny, płatków owsianych też jakby nie dowieźli, ale władowali zamiast kostkę masłą. Mimo wszystko czuję się rozgrzeszona, po całym dniu łapania mojego małego Harpagana. Lucy odkryła ostatnio jak śmiesznie się wchodzi na różne stołki, krzesła, stoły i regały i jaki wspaniały widok z nich jest. Dlatego też biedna matka biega po domu i zdejmuje ją z różnych stołków, krzeseł, stołów i regałów, żeby sobie pysia nie uszkodziła zanadto spadając. Biorąc pod uwagę ile energii pochłania mi biegania za tą wichurą, czuję że mogę zjeść kawałek mocno czekoladowego ciasta bez żadnych wyrzutów sumienia. Nawet 2 kawki mogę zjeść. Tyłek sam chudnie od biegania za dzieckiem.

BROWNIE Z MALINAMI:
-200g gorzkiej czekolady
-200g masła
-3 jajka
-pół szklanki cukru
-3/4 szklanki mąki
-duży chlust esencji waniliowej 
-szczypta soli
-garść malin

1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej z masłem. 

2. Jajka zmiksować razem z cukrem i esencją waniliową. Nie przerywając mieszania dodać czekoladę z masłem, a następnie mąkę i sól. Gdy całość bĘdzie już dobrze wymieszania wylać ciasto na przygotowaną blaszkę (używałam takiej o wymiarach ok. 20x30cm). Równomiernie rozłożyć maliny na cieście. Piec w piekarniku rozgrzanym do 180st, przez około 30-35 minut. 

SMACZNEGO!

środa, 20 lipca 2016

Ciekawe lektury na wakacje


Wakacje w tym roku są przypominają aurą jesień. Osobiście aż nadto często mam ochotę zakopać się pod kocykiem w towarzystwie kubka kawy i sterty ciasteczek. Harpagan mi na to niestety nie pozwala swoim harpaganianiem, ale od czasu do czasu uda mi się łyknąć kilka stron z kolejnych książek. Poniżej moje propozycje umilaczy wakacyjnego czasu. Bardzo się starałam, żeby było coś więcej oprócz kryminałów (ostatnio wyparły nawet książki o tematyce kulinarnej).

Wszyscy jesteśmy podejrzani-Joanna Chmielewska
Jedna z książek polskiej królowej kryminałów, z najlepszych czasów. Tajemnicza śmierć w biurze projektowym ściąga na miejsce milicjantów i pewnego diabelnie przystojnego prokuratora. Gorzej, że wszyscy podejrzani podchodzą do zbrodni zupełnie niefrasobliwie i tym samym utrudniają prowadzenie śledztwa.
Dialogi powodują, że nie da się zachować powagi. Dlatego lojalnie ostrzegam, uważajcie przy czytaniu w miejscach publicznych. 
Cudownie lekki kryminał, w sam raz aby przeczytać na wakacjach.


Anders Morderca i przyjaciele (oraz kilkoro wiernych nieprzyjaciół)- Jonas Jonasson
Kolejna książka autora "Stulatek który wyskoczył przez okno i zniknął". Szczerze mówiąc do Stulatka nie dorównuje, ale nadal bawi i zachwyca specyficznym skandynawskich humorem. Mamy tutaj seryjnego mordercę, który napotkał na swojej drodze Jezusa i się nawrócił. Mamy też dwoje cwaniaczków, którzy postanowili ubić na nawróconym zbirze niezły biznes. Nie wszystkich oprychom ze Sztokholmu się to podoba, stąd się wzięli tytułowi nieprzyjaciele. 
Perypetie Mordercy i jego kolejne kazania powodują uśmiech na twarzy, aż chce się wypić przy okazji kieliszek wina.
Historia pszczół-Maja Lunde
Tym razem coś ciut cięższego. 3 różne historie, z końca XIX wieku, z początku wieku XXI i końca XXI. Wszystkie trzy powiązane są z pszczołami. O ile 2 pierwsze po prostu mnie  wciągnęły i zaciekawiły o tyle trzecia to była prawdziwa bomba. Apokaliptyczna wizja świata bez pszczół. Na całym świecie brakuje żywności, bo nie ma kto zapylić kwiatów, a w efekcie nie powstają owoce. Zwierzęta nie mają paszy, więc mięsa również brakuje.
Wizja świata bez pszczół jest przerażająca. Daje do myślenia przeogromnie. Nie potrzebujemy wielkiej asteroidy, żeby zniszczyć świat. Wystarczy brak szacunku dla pszczół i ich pracy. 
Warto przeczytać i pomyśleć. 




Genialna przyjaciółka- Elena Ferrante
Pierwsza część z cyklu czterech opowieści o Linie i Elenie. Historia przyjaźni dwóch dziewcząt z przedmieść Neapolu. Ich los splótł się ze sobą, chociaż każda wybrała inną drogę w życiu. Jedna zaraz po szkole podstawowej zakończyła edukację i bardzo wcześnie wyszła za mąż. Druga uczyła się i coraz bardziej czuła się wyobcowana w swojej biedniej dzielnicy. 
Chociaż historia dziewcząt jest ciekawa, to mi najbardziej podobały się szczegółowe opisy Neapolu z lat 50-tych. Czuć ducha i klima nieco zakurzonej dzielnicy, gdzie rządzi prawo pięści, a w tle kręci się mafia. 
Przyznaję bez bicia, że póki co przeczytałam tylko pierwszą część, kolejne już kurier niesie, więc czekam z niecierpliwością i mam nadzieję, że będą równie dobre.

Kuchnia Dantego-Alfredo Boscolo, Leonardo Masi
Kuchnia Dantego to przezabawny duet Włochów, który możemy spotkać chociażby na przeróżnych warsztatach kulinarnych. Możemy się na nich nauczyć coś pysznego gotować i przy okazji usłyszeć Dantego w oryginale. 
Tych dwóch wesołych kompanów postanowiło nie tyle karmić ludzi, ale również spisać swe wrażenia z pobytu w Polsce. Choć niektóre ich opinie są według mnie krzywdzące, gdy nieco przymruży się oko, można się nieźle uśmiać. Z lekką trwogą opisują nasi Włosi, swe podboje w warszawskich klubach, zakupy na bazarze traktują jak polowanie, a poruszanie się po mieście to dla nich krążenie w dżungli. 
Wszystkie opowieści są ubarwione przepisami ze słonecznej Italii oraz smakowitymi opisami produktów. Gdy się czyta, aż chciałoby się znowu wrócić do czasów studenckich, ewentualnie czasem głód daje o sobie znać i człowiek musi makaron pyszny przygotować.

poniedziałek, 18 lipca 2016

430. Magdalenki z malinami i kremem cytrynowym

 Znacie Rachel Khoo? Urocza istota ubrana zawsze w piękną sukienkę i z mocną szminką na ustach, tworzy prostsze wersje klasycznych francuskich przepisów. Pierwszy raz kiedy trafiłam na jej program w BBC tworzyła między innymi małe magdalenki z malinami. Chodziły za mną te małe ciasteczka w kształcie muszelek i chodziły i ciągle nie mogłam się zebrać, żeby je zrobić. Ostatnio tyle malin było w mojej kuchni, że żal było nie wykorzystać. Magdalenki wyszły pyszne, lekko kwaskowate dzięki lemon curd. Idealne na ploteczki przy kawie i na małą wycieczkę. 

Odnośnie małych wycieczek. Lucy jest cały czas na etapie gadania w swoim własnym języku i od czasu do czasu przemawiania w języku ludzkim. O ile ogarnia, że "mama" mówi się gdy jest głodna, albo chce mnie zawołać, a "kicia" to nasza Zołza i wszystkie inne kotowate, o tyle problem jest ze słowem "tata". Chodzi i mówi "tata tata tata" na wszystko dookoła. W sobotę zwiedzaliśmy Płock. Traf chciał, że pod katedrą zbierali się właśnie goście czekający na ślub. Nowożeńcy też już stali pod drzwiami. A moje dziecko radośnie maszerowało wprost na pana młodego krzycząc wniebogłosy "Tata tata tata". Lekko skonsternowane miny weselników podpowiedziały mi, że czas na szybką ewakuację z tego miejsca. 

MAGDALENKI Z MALINAMI I LEMON CURD
MAGDALENKI:
-3 jajka
-1/3 szklanki cukru
-szklanka mąki pszennej
-łyżeczka proszku do pieczenia
-skórka otarta z cytryny
-2 łyżki miodu
-pół kostki roztopionego masła
-duży chlust mleka
 
LEMON CURD:
-skórka i sok z 1 cytryny
-2 żółtka
-1 łyżka mąki ziemniaczanej
-3 łyżki cukru
-łyżka masła 

-kilkanaście malin (ok. 100-150g)
-ewentualnie cukier puder do posypania

1.  Ciasto na magdalenki zacząć przygotowywać od ubicia jajek z cukrem na jasną, puszystą masę. Dodaj masło, mleko i miód i zamieszaj. Na koniec należy dodać mąkę, proszek do pieczenia i skórkę z cytryny. Gdy ciasto będzie już wymieszane trzeba wstawić miskę do lodówki na co najmniej godzinę. 

2. W międzyczasie trzeba przygotować lemon curd. Sok i skórkę z cytryny razem z cukrem i masłem włożyć do rondelka i postawić na małym ogniu. Dodać żółtka i mąkę i mieszając cały czas rózgą podgrzewać powoli. Gdy nieco zgęstnieje zdjąć całość z ognia i odstawić do ostygnięcia. 

3. Rozgrzać piekarnik do 190st. Napełnić foremki do magdalenek do 2/3 wysokości. W każdą magdalenkę włożyć malinę lub 2, otworkiem do góry. Wstawić ciastka do piekarnika na 5 minut. Następnie wyłączyć piekarnik na minutę, a po tym czasie znowu włączyć znowu piekarnik i piec jeszcze 5 minut (magdalenki nie urosną nadmiernie i zachowają kształt muszelek). 

4. Przełożyć lemon curd do rękawa cukierniczego. Po wyjęciu z piekarnika, gdy magdalenki będą jeszcze ciepłe napełnić każdą z malin w środku, odrobiną kremu cytrynowego. Posypać wszystkie ciastka cukrem pudrem. 

SMACZNEGO!



piątek, 15 lipca 2016

429. Prosta sałatka z tuńczykiem i awokado

 Są takie momenty kiedy nie chcę nikogo karmić tym co zrobię, chcę to sama cichaczem i na spokojnie zjeść. Zazwyczaj ukrywam się przed Miśkiem, albo chowam gdzieś po kątach różne przysmaki i czekam kiedy wyjedzie. Nie mam siły przebicia przy nim i albo trzeba by zrobić jakiegoś przysmaku 3 razy więcej, żebyśmy oboje się najedli, albo też musiałabym patrzeć jak kolejne kęsy znikają w jego paszczy gdy mi cieknie ślinka. Dlatego też bezczelnie poczekałam, aż znowu wyjedzie żeby zrobić sobie pyszną sałatkę z tuńczykiem i awokado. Mogłam w spokoju zjeść jej trochę na śniadanie w zestawie z omletem, a wieczorem przekąsić odrobinę na kolację. Świadomość, że sałatka cały czas jest w lodówce, i nie zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach, jest bardzo przyjemna. Lubię czasem egoistycznie zrobić coś dobrego tylko dla siebie...i dla Lucy. Przed nią jeszcze nie chowam jedzenia. 

SAŁATKA Z TUŃCZYKIEM I AWOKADO:
-1 dojrzałe awokado
-puszka tuńczyka w kawałkach 
-garść czarnych oliwek
-mała cebulka
-duży pomidor
-sok z połówki cytryny
-pęczek natki pietruszki 
-sól, pieprz, oliwa

Awokado obrać, pokroić w małe cząstki i obficie skropić sokiem z cytryny. Oliwki pokroić w plasterki, pomidora na małe kawałki. Cebulkę i natkę posiekać na drobno. Wszystko razem wymieszać ze sobą, dodać kawałki tuńczyka. Całość doprawić solą i pieprzem oraz skropić oliwą.

SMACZNEGO!


środa, 13 lipca 2016

428. Ciastka z białą czekoladą i porzeczkami

 Z nowymi przepisami jest tak, że czasem wychodzą a czasem wychodzą tak że szkoda gadać. W głowie układam składniki, komponuje smaki i wydaje mi się, że będzie smacznie i cudnie. Z tymi ciastkami też tak miało być. Miały być idealnie okrągłe, z plamkami czerwonymi i kosteczkami białej czekolady. No cóż...są nieco nieforemne, plamki czerwonych porzeczek rozlały się nieco i całe ciastka są zabarwione na różowo. Jedynie czekolada pozostała w kosteczkach tak jak trzeba. Za to zapach przy pieczeniu był na tyle oszałamiający, że Miśko siedział i przebierał nogami, kiedy będzie mógl coś skubnąć. Sama zresztą, pamiętając wszelkie możliwe dietetyczne porady, pożarłam kilka zaraz po wyjęciu z piekarnika. 
Jednym słowem, może nie są najpiękniejsze, ale za to smak to petarda. Przez te ciastka umarła moja dieta. Nasiona chia poszły w kąt, ćwiczenia zaniedbane, Chodakowska zapewne chlipie w kącie porzucona. Trudno będę gruba i szczęśliwa z tymi ciasteczkami w ręku. 

CIASTKA Z BIAŁĄ CZEKOLADĄ I PORZECZKAMI:
-pół kostki miękkiego masła
-1/3 szklanki cukru trzcinowego
-1,5 szklanki mąki pszennej
-jajko
-szczypta soli
-łyżeczka proszku do pieczenia
-duży chlust esencji waniliowej
-100g białej czekolady
-ok. 100g odszypułkowanych czerwonych porzeczek

 Ustawiamy średnie obroty miksera i po kolei dodajemy do miski masło, cukier i esencję waniliową. Gdy te składniki już się dokładnie wymieszają wbijamy jajko i dosypujemy mąkę, z solą i proszkiem do pieczenia. 
Wyłączamy mikser, dodajemy czekoladę i porzeczki i bardzo delikatnie mieszamy całość. Następnie za pomocą małej łyżeczki nakładamy porcje ciasta na przygotowaną blaszkę. Między ciasteczkami powinny zostać spore odstępy. Ciasteczka pieczemy w temperaturze ok. 180st, przez 12-15 minut, aż się lekko zarumienią. 

SMACZNEGO!

czwartek, 7 lipca 2016

Piękna Polska: Magiczne Ogrody koło Janowca

 Niewątpliwą zaletą posiadania potomstwa, jest możliwość pobuszowania wraz z progeniturą na placu zabaw. Gdy dołożymy do tego fakt, że plac zabaw ma powierzchnię kilku hektarów, kryje w sobie moc atrakcji, pełen jest baśniowych stworów czy chociażby kilkumetrowych marchewek, a do tego nie zbankrutujemy po odwiedzinach, to już w ogóle jest bajka. I właśnie taką bajkę można znaleźć zaledwie 2 godziny drogi od Warszawy, niedaleko Janowca, w Magicznych Ogrodach.

Magiczne Ogrody to bajkowy park tematyczny, działający od 3 sezonów, podzielony na baśniowe krainy. W cenie biletu mamy możliwość skorzystania ze wszystkich atrakcji znajdujących na terenie ogrodu, a tych jest bez liku. Są tu tratwy, którymi popływamy po stawie, kolejka która powiezie nas po kwiatowej łące pełnej krasnali i przerośniętych gąsiennic, dmuchane zamki i zjeżdżalnie, gród krasnoludów gdzie nauczyć się można walki na miecze, straszny gąszcz z potworami zjadającymi zbłąkanych wędrowców, plaża nad rajską wodą, skrzaty ukryte w drzewach, wielkie pluszowe trole i wiele wiele innych. 
Maluchy, przedszkolaki czy starszaki na pewno wybiorą coś dla siebie i będą się dobrze bawić. Zresztą rodzice też mają zapewniony relaks na cały dzień, bo żeby obejść wszystkie punkty na mapie ogrodu potrzeba nam ładnych parę godzin. 

W ciepłe dni warto zabrać dla dzieciarni ubrania na zmianę bądź stroje kąpielowe, bo znajduje się tutaj bardzo przyjemna plaża i staw, gdzie młodzież zapewne chętnie się pomoczy. Bezczelnie przyznaję, że nie tylko dzieci się chłodziły w wodzie....w końcu nie mogłam puścić Lucy samodzielnie i potrzebny był jej nadzór.  

Gigantyczna zjeżdżalnia przyciągała Miśka przez cały spacer. Zresztą tak samo jak Mroczysko gdzie spomiędzy krzaków wyglądają potwory podobne nieco do filmowego Obcego (albo Predatora...jakoś ich nie rozróżniam). Dziadek Lesio choć markował powagę, uśmiechał się pod wąsem gdy mógł spróbować swoich sił jako dzielny pirat sterujący tratwą. Jednym słowem dorośli też czują się jak w bajce.

Uwaga! Nie wszystkie atrakcje będą dobre dla wszystkich grup wiekowych. To co zachwyci starsze dzieci może niestety bardzo przestraszyć maluchy. Na niektórych atrakcjach są ostrzeżenia (np. na teren Mroczyska nie powinny wchodzić dzieci poniżej 6 roku życia), ale nie na wszystkich. O ile Marchewkowe Pole zachwyciło Luśkę, o tyle na widok obudzonych Mordoli rozpłakała się rozpaczliwie. Tunel, który trzeba pokonać, jadąc ciuchcią na Kwietną Łąkę z krasnalami, też może wywołać niepokój i strach u maluszków.
Czasem lepiej odpuścić którąś krainę i odwiedzić ją dopiero za rok lub dwa, niż wywołać atak strachu u dziecka....ewentualnie można wybrać nasz model działania i zostawić gagatka pod opieką dziadka, a samemu hasać na gigantycznej zjeżdżalni.

Na terenie ogrodów znajdują się miejsca na piknik, zacienione ławeczki żeby odpocząć po trudach zabawy. Są też restauracje gdzie możemy zjeść obiad i napić się kompotu w rozsądnej cenie, oraz kawiarnie oferujące lody i desery. Cały ogród pełen jest również przepięknych roślin, wśród których znajdują się tabliczki informujące co jest czym i jaką ma odmianę. 

 Z chęcią wrócimy tam ponownie, gdy Luśka dorośnie do niektórych atrakcji. Już teraz Miśko wzdychał, że nie mógł poszaleć w Grodzie Krasnali, a chętnie powalczyłby na miecze. 

MAGICZNE OGRODY:
Trzcianki 92
24-123 Janowiec

Otwarte codziennie 10:00-19:00

Bilety:
24zł ulgowy i 29zł normalny (ale jest system biletów rodzinnych i grupowych)
dzieci do 100cm wzrostu i niepełnosprawni mają wstęp darmowy
Bilety można również kupować przez internet 
Przy zakupie biletu otrzymamy mapkę z rozrysowanymi wszystkimi krainami (chociaż my się o tym dowiedzieliśmy dopiero w domu, bo dziadek harcownik schował mapę do kieszeni-na szczęście na terenie ogrodu rozstawione są plany)

Drogowskazy kierujące nas do punktu docelowego znajdują się już  Górze Puławskiej, więc łatwo trafić.

Gdybyście chcieli połączyć wizytę w Magicznych Ogrodach z wizytą w Kazimierzu Dolnym, pamiętajcie że w Janowcu działa prom łączący te dwa miasta. 

Stronę internetową Magicznych Ogrodów znajdziecie tutaj.

*o ile to możliwe wybierzcie się do Magicznych Ogrodów w tygodniu, w weekendy jest dużo chętnych do zabawy i trzeba często czekać w długiej kolejce, żeby np. popływać na tratwach 

wtorek, 5 lipca 2016

427. Meksykańska zupa rybna

Pamiętacie, że rodzina kochana wysłała mnie na kurs kuchni meksykańskiej w studiu Cook Up (tutaj można poczytać o moich wrażeniach). Pierwszym daniem, które tam ugotowaliśmy była zupa rybna z krewetkami całą masą warzyw. Kurcze blade, to była taka petarda smaków, że od razu zamarzyła mi się podróż do Meksyku. Całkiem inna od tego co do tej pory standardowo gotowałam. Tak ogólnie niestety rzadko kiedy przyrządzam dania rybne, a już robale (znaczy krewetki) to są u mnie ekstremalnie rzadko. A tu taka niespodzianka. Tak łatwo, tak smacznie, tak pożywnie. 
Roboczo nazwałam tą zupę meksykańską zupą rybną, ale fachowo nazywa Caldo de camaron y pescado....czyli połamać język można przy próbie wymówienia. 
Nawet Miśko, który nie jest fanem ryb posmakował i wciągnął sporą porcję. 

MEKSYKAŃSKA ZUPA RYBNA:
(z tych proporcji wyjdzie ok. 6-7 dużych porcji zupy)
-ok. 500-600ml bulionu rybnego (lub ewentualnie warzywnego) 
-ok. 400g filetu z dorsza
-10-15 krewetek (zależnie jak bardzo lubicie robale)
-3 spore pomidory
-1 zielona papryka
-pęczek kolendry
-1 awokado
-1 cebula
-mały kawałek pora
-3-4 ząbki czosnku
-3-4 ziemniaki
-1 marchewka
-1 chili jalapeño
-1 limonka
-oliwa, sól, pieprz

1. W średniej wielkości garnku rozgrzać oliwę. Wrzucić na nią cebulę pokrojoną w piórka i posiekany czosnek. Gdy się nieco zeszkli dorzucić pokrojoną w paski paprykę, pora a następnie pokrojone w cząstki pomidory. Dodać chili, bulion i pęczek kolendry (zostawić kilka gałązek do dekoracji). Zagotować całość a następnie zblendować na gładko i dalej podgrzewać. Ziemniaki i marchewkę pokroić w małą kostkę. Gotować do momentu aż warzywa zmiękną, doprawić solą i pieprzem. 
Ten etap można wykonać wcześniej. 

2. Krewetki oczyścić, dorsza pokroić w kostkę ok. 1cm wielkości. Dodać do zupy i gotować 2 minuty. Do zupy dodać sok z limonki. Podawać od razu udekorowane posiekaną kolendrą i awokado pokrojonym w drobną kostkę. Gdyby była za ostra dodać trochę jogurtu naturalnego. 

*w oryginalnym przepisie zupę po zblendowaniu należy przetrzeć przez sitko, żeby była aksamitnie gładka....ja jestem zbyt leniwa niestety :) 

*oryginalny przepis zawiera również chili guajillo zamiast jalapeño. Niestety w miejscach gdzie o nie pytałam patrzyli na mnie jak na wariata...ale to być może moje łamanie języka przy nazwach, które nie do końca umiem wymówić

SMACZNEGO!

piątek, 1 lipca 2016

Kofifi Kalimba, czyli gdzie zjeść coś słodkiego i wypić kawę z maluchem u boku

Gdy opadną już nieco emocje po Euro 2016, można umówić się na spokojne ploty czy kawę i coś dobrego do niej. Uważam, że z dziećmi trzeba wychodzić do kawiarni lub restauracji od najwcześniejszych lat, żeby oswoiły się nieco z odmienną od domowej atmosfery jedzenia. Trzeba tylko pomyśleć gdzie idziemy i nie pchać się do najmodniejszej w mieście knajpy o dużym zagęszczeniu hipsterów na metr kwadratowy. Warto wybrać też dzień, kiedy nasz gagatek ma dobry humor, może będzie go łatwiej okiełznąć.

Wszystko łatwo powiedzieć jeśli ma się do ogarnięcia jednego brzdąca, jeśli mają się spotkać dwie młode matki to już prawie jak działania sapera przy tykającej bombie. Trzeba wszystko dograć. Na miłe spotkania towarzyskie, przy dobrej kawie lub innych napojach (granicie, lemoniadzie lub mrożonej herbacie) polecam wam kawiarnię Kofifi na warszawskim Żoliborzu

Wystrój przypomina mi nieco bajkę o Alicji w Krainie Czarów i tylko patrzę, z którego kąta wyskoczy jakiś szalony Kapelusznik. Jest kolorowo, zabawnie, pluszowe kanapy i fotele zachęcające do zatopienia się w nich bądź wytarzania z boku na bok jeśli jesteśmy do tego odpowiednio mali. Są też zabawki, kolorowanki, huśtawki, ukochana zjeżdżalnia Luśki czy też antresola na którą dorośli mają zakaz wstępu. Słowem mnóstwo atrakcji, które pozwolą na chwilę zająć czymś małego gagatka, gdy matka chce na chwilę usiąść i pogadać o dupie Maryni, albo innych ważnych rzeczach. 

W menu kawiarni znajdziemy całą gamę napojów i przekąsek oraz na większy głód zupy i naleśniki. Biorąc pod uwagę aktualne, piekielne temperatury, szczególnie polecam lemoniady, granitę i mrożoną kawę, shaki czy koktajle. Do przekąszenia smaczny na pewno będzie kawałek szarlotki czy sernika, lub któreś z oferowanych ciasteczek. Dla miłośników wytrawnych przekąsek polecam tartę z bakłażanem lub tosty z suszonymi pomidorami i serem camembert. W ofercie są też dania dla niemowląt.

Warto też zapoznać się z ofertą zajęć i warsztatów dla mam i dzieci, które są prowadzone w kawiarni. Co prawda na okres wakacji większość jest mocno ograniczona, ale już od jesieni będzie można wybierać i przebierać. 

Na zgubę naszego portfela tuż obok jest kraina szczęśliwości Lucy, czyli sklep z  ciekawymi zabawkami i książkami Kalimba. A jeśli uda się nam go zręcznie wyminąć, polecam udać się na rewelacyjny plac zabaw tuż obok. Jest na tyle rozbudowany i pełen atrakcji, że dzieciaki w każdym wieku znajdą dla siebie miejsce do zabawy.   


KOFIFI Kalimba
ul. Mierosławskiego 19
01-549 Warszawa


tel. +48 22 839 75 60
kom. +48 501 183 953
e-mail: kofifi@kofifi.waw.pl lub e-mail: kofifi@kofifi.pl