czwartek, 29 września 2016

451. Kluseczki dyniowe (gnocchi dyniowe)

 Wspominałam ostatnio, że miałam zły dzień. To była popierułka nie zły dzień. Zły dzień to nadszedł gdy PMS osiągnął moment krytyczny. Gdy dziecię zbuntowało się przeciwko wesołemu pluskaniu na basenie i woli chlapać się przy brzegu, bo każdy ruch w stronę zawrotnej głębokości metra i 40 cm powoduje wrzask opętańczy. Zły dzień jest gdy pielucha do pływania umiłowanego dziecięcia nagle podejrzanie zmienia kolor i niezbędna jest pospieszna ewakuacja z płyty basenu. Zły dzień zaczyna ewoluować w koszmarny dzień, gdy nagle zdajesz sobie sprawę, że te cholerne pieluchy do pływania napompowane wodą i jeszcze inną ciekawą zawartością, potrafią eksplodować na boki gdy tylko próbujesz je ruszyć. Dnia nie poprawia fakt, że próbując ratować lekko już zziębnięte dziecko i przy okazji ogarniąjąc prysznic, który został zanieczyszczony, rozwala ci się japonek (psia jego mać) i teraz szurasz bosą stopą po tym co przed chwilą wytworzyło twoje dziecko. Wpisując się zaś w klimat dnia dziecię kochane, gdy już nieco jest wyczyszczone i ogrzane, postanawia wysmarować połowę basenowej szatni przecierem z jabłuszka i marcheweczki, a ty musisz przepraszać wszystkich którzy stali na drodze dziatwy. 
I wieczorem gdy już myślisz, że dzień się zaraz skończy i na poprawę humoru chcesz zrobić sobie pyszną kolację. Nawet wymyśliłaś już, że ulepisz zgrabniutkie kluseczki z dyni i takie pyszne będą polane masełkiem i posypane natką pietruszki. I dynia jest i pietruszka w lodówce i już za chwilę będzie tak cudnie. I nagle wiesz, że ten dzień nie jest udany gdy żarówka w kuchennym żyrandolu rozbłyska nadmiernie i gaśnie na wieki. I te kluseczki dyniowe (z włoska nazywasz je gnocchi żeby światowo było) lepisz przy blasku świeczek, bo żadnej zapasowej żarówki w domu nie ma. 
Nic to. Jutro nie idziemy na basen, a kluseczki jeszcze zostały, więc sobie odgrzeję gdy już będzie widno.  

KLUSECZKI DYNIOWE:
-ok. 800g miąższu z dyni
-1-1,5 szklanki mąki pszennej
-łyżka siemienia lnianego
-pół łyżeczki soli, gałki muszkatołowej, papryki, odrobina startego imbiru, pieprz
-jajko
-oliwa

1. Dynię pokroić na mniejsze kawałki, skropić oliwą i włożyć do naczynia żaroodpornego. Całość przykryć folią aluminiową i wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st na około 30 minut. Gdy dynia będzie już bardzo miękka wyłączyć piekarnik i wystudzić dynię.

2. Upieczoną dynię rozdrobnić dokładnie widelcem lub blenderem. Dodać wszystkie pozostałe składniki kluseczek i wyrabiać z nich ciasto. Powinno wyjść w miarę elastyczne i nie za bardzo klejące się do rąk.

3. Uformować z ciasta wałeczek i wykrajać małe kluseczki, podobne do kopytek. Ja dodatkowo każdą kluseczkę docisnęłam widelcem, żeby miała dodatkowe rowki, w których zatrzymuje się sos. Gotowe kluseczki dyniowe wrzucać na wrzącą i osoloną wodę i poczekać aż wypłyną na wierzch. Gotować 2-3 minuty i wyławiać łyżką cedzakową.

Można podawać je jako dodatek do mięsnych sosów, lub jako samodzielne danie. Wyśmienicie smakują po prostu z masłem, cebulką i natką pietruszki.

SMACZNEGO!

wtorek, 27 września 2016

450. Galette z jabłkami, czyli rustykalna tarta

 Przepis na taką rustykalną tartę już od bardzo dawna miałam zapisany w kajeciku, ale jakoś się tak nie składało, żeby ją ulepić. Aż wreszcie przyszedł ten dzień. Konkubent wkurzył tak, że planowałam już mord okrutny, dziecię ciągle coś gada jak nakręcona katarynka, kotka podpada raz za razem, a jeden rzut na stan konta wpędza w ciężką depresję. Nie ma to tamto, że dieta czy walka z boczkami. Musiałam zjeść cokolwiek słodkiego do dobrej kawy. Tarta, do której nie trzeba szykować żadnej foremki, bo jej urok tkwi w niedoskonałości, była akurat lekarstwem na mój humor defekującego kota. 
Moje galette, czyli rustykalna tarta wyszła tym bardziej rustykalna i nieforemna, że Lucy pomagała mi układać na niej jabłka. Musiałam czymś zająć ten żywioł, a zabawa w przekładanie cząstek jabłka z miski na ciasto wybitnie jej się spodobało. I przynajmniej zatrzymała się na chwilę w swoim dziele zniszczenia całego świata. 
Ciasto zagniótł mi mikser, jabłka przywieźliśmy z działki, kształtem nie musiałam się przejmować. Parę chwil i pyszny deser był gotowy. Może jednak tym razem nikogo nie utłukę.

GALETTE Z JABŁKAMI
CIASTO:
-1 szklanka mąki pszennej
-1/4 szklanki cukru trzcinowego
-2 łyżeczki cynamonu
-żółtko
-pół kostki zimnego masła
-ewentualnie 1-2 łyżeczki śmietany
-szczypta soli

-2-3 średniej wielkości jabłka (najlepiej antonówki)
-łyżeczka cynamonu
-łyżka cukru
-łyżka masła
- kilka gałązek tymianku

1. Ze wszystkich składników zagnieść szybko elastyczne ciasto. Zawinąć je w folię spożywczą i włożyć na co najmniej pół godziny do lodówki. 

2. Jabłka obrać, wykroić z nich gniazda nasienne i pokroić we w miarę cienkie plasterki. Oprószyć je cynamonem i cukrem. 

3. Ciasto rozwałkować na krążek o średnicy ok. 40cm. Rozłożyć na cieście jabłka w miarę równomiernie, najlepiej na zakładkę. Trzeba przy tym zostawić wolne ok. 2cm przy brzegu. Ten wolny brzeg należy zawinąć na wierzch tarty. Na jabłka kładziemy kilka wiórków z masła i ewentualnie trochę listków tymianku. Tak przygotowane galette należy wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 30-40 minut, aż się zarumieni.

SMACZNEGO!

czwartek, 22 września 2016

449. Babka piaskowa z malinami

 Podróż z małoletnią Lucynką wymaga odrobiny logistyki i dobrego planowania. W ramach atrakcji i poznawania nowych rzeczy zabrałam dziecię w podróż koleją. Niby długo nie jechałyśmy, bo tylko ok. półtorej godziny, ale można było w tym czasie zgłodnieć. Szczególnie jeśli wcześniej się skakało po fotelach i stoliczku, albo całą swoją postacią przywierało do okna, żeby lepiej chłonąć widoki. Czasy kiedy na podróż zabierało się jajko na twardo i pęto kiełbasy raczej minęły (piszę raczej bo w naszym przedziale współpasażerowie posiadali pęta aromatycznej kiełbasy o które zawzięcie kłóciły się ich dzieci przez większość podróży-cyrk na kółkach). Zamiast woniejących wiktuałów wolałam upiec dobre ciasto, które mogła skubnąć Lucy i które i ja chętnie do kawy w podróży zjadłam. Dodatkowo pół blachy zostało w domu dla mamy Krysi, żeby mogła się posilić czymś smakowitym gdy przychodziła nakarmić naszą kotkę. W ramach tego prowiantu upiekłam babkę piaskową z malinami. Dobre to ciacho niesamowicie. Zróbcie na podróż i bez podróży. 

BABKA PIASKOWA Z MALINAMI:
(proporcje przewidziane na foremkę o wymiarach 25x25cm, wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej)
-szklanka mąki pszennej
-3/4 szklanki mąki ziemniaczanej
-2 łyżeczki proszku do pieczenia
-kostka masła
-4 jajka
-2/3 szklanki cukru
-chlust esencji waniliowej
-skórka otarta z cytryny
-ok. 200g malin +łyżka mąki pszennej
-cukier puder do posypania
  
1. W jednej misce wymieszać obie mąki i proszek do pieczenia. W drugiej utrzeć masło z cukrem. Pojedynczo dodawać do masła jajka. Następnie, ciągle mieszając, dodać esencję waniliową, skórkę z cytryny i mąki.

2. Maliny obtoczyć w mące.

3. Do przygotowanej foremki wylać 3/4 ciasta. Rozłożyć na nim równomiernie maliny, a następnie przykryć resztą ciasta. Tak przygotowaną babkę piaskową wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180st, na około 45-55 minut. Gdy babka będzie już upieczona oprószyć ją cukrem pudrem.

SMACZNEGO!

poniedziałek, 19 września 2016

448. Domowy ketchup

Niechaj pierwszy rzuci parówką i trzaśnie pięścią o stół ten kto nigdy nie jadł parówek z wygody (no bo nie ze smaku). Ja wiem, że nieraz w składzie można znaleźć i mięso i pazury i psa Burka z budą co pilnował masarni. Wiem też, że Katarzyna Bosacka by tego nie pochwaliła. Ale co zrobić gdy czasem po prostu nie chce mi się myśleć wybitnie nad śniadaniem, albo gdy dziecię domaga się szybko czegoś do zjedzenia. Może to nie zdrowe dawać młodej, niewinnej istocie te wszystkie cuda-wianki przemielone na parówkę, ale kurcze blade! to jest póki co jedyna forma mięsa, którą łaskawie moje dziecko spożywa. 
Chciałam uspokoić nieco moje sumienie, że niby złą matką jestem karmiąc latorośl paróweczkami. Wymyśliłam, że zrobię domowy ketchup, bo słyszałam że to nie jest takie trudne, a Lucy nie uznaje parówek bez pomidorowego sosu. Krótka rozmowa z mamą Krysią i dostałam na jeden wieczór skarbnicę wiedzy odnośnie przetworów. Niepozorna książeczka "Kompoty marynaty dżemy"Zdzisławy Skrodzkiej zawiera w sobie całą gamę przepisów na tytułowe przetwory i nie tylko. 
Znalazłam więc w niej przepis na ketchup domowej roboty. Mama Krysia twierdzi, że wszystkie przetwory robi według przepisów z tej książki....i niech to będzie dla was najlepsza rekomendacja czy warto po nią sięgać.  Bardzo prosty przepis, bardzo dobrze opisany pozwolił mi wyczarować w jedne wieczór kilka słoiczków aromatycznych pomidorów. 

DOMOWY KETCHUP:
 -2 kg pomidorów bardzo dojrzałych
-3-4 duże cebule
-2-3 ząbki czosnku
-0,5 szklanki cukru
-ok. łyżka płaska stołowa soli
-pół szklanki octu jabłkowego
-duża szczypta cynamonu, trochę gałki muszkatołowej, ziele angielskie, kilka goździków
-oliwa

1. Pomidory umyć i osuszyć. Na dużej patelni (naprawdę dużej) rozgrzać nieco oliwy. Zeszklić na niej pokrojoną na drobno cebulę oraz 2-3 ząbki czosnku. Następnie dodać do nich pokrojone w miarę drobno pomidory. Nie muszą być idealnie równe i tak rozpadną podczas gotowania. Dusić pod przykrycie ok. 30 minut. 

2. Gdy pomidory się rozpadną, zmiksować wszystko na gładką masę, a następnie (jeśli macie chęci i nadmiar wolnego czasu) przetrzeć pomidory przez sitko. Jeśli chęci brak to zostawić taką pulpę pomidorową.

3. W międzyczasie podgrzać ocet i dołożyć na niego wszystkie aromatyczne przyprawy. Zestawić ocet z ognia gdy się zagotuje. 

3. Do pomidorów dodać cukier i sól, a następnie dodać mieszankę octu z przyprawami. Zamieszać i podgrzewać tak powstały ketchup na małym ogniu, aż zacznie gęstnieć (ok. godziny-dwie). Trzeba mieszać co jakiś czas, żeby sos się nie przypalił, ale proponuję robić to ostrożnie bo cholernik lubi pryskać na boki. Jeszcze gorący ketchup przelać do słoiczków i szczelnie zamknąć.

SMACZNEGO!

piątek, 16 września 2016

447. Placuszki ze śliwkami i twarogiem

 Będzie fajnie mówili, dziewczynki są grzeczniejsze mówili, będzie pomagać ci na pewno w domu mówili. Nikt jednak nawet się nie zająknął, że taka malutka dziewczynka to lubi się też stroić i przymierzać wszelkie możliwe ciuchy-nieważne czy to kostium kąpielowy matki, czy też skarpety ojca porzucone obok łóżka. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Lucy ostatnio uwielbia wszelkie przebieranki uskuteczniać nie tylko w ciągu dnia, gdy się bawimy, ale też o jakiejś barbarzyńskiej porze kiedy ja jeszcze nie kontaktuję za bardzo. Efekt jest tego taki, że gdy wstanę, nie mogę zacząć robić śniadania i porannej kawy, bo muszę posprzątać tonę ciuchów i milion butów, które Lucy sobie znalazła i zaczęła przymierzać i roznosić po całym domu.  A że przy sprzątaniu robię się coraz bardziej głodna równoznaczne jest to z tym, że jestem coraz bardziej zła. Żeby się nie denerwować za bardzo wpadłam na pomysł robienia śniadania już wieczorem. Takie pyszne placuszki ze śliwkami i twarogiem mogę usmażyć wieczorem, a rano odgrzać je tylko przez kilka minut w piecu. A gdy zostaną po śniadaniu jeszcze jakieś placuszki to można je zapakować i zabrać zamiast kanapki na spacer. 
Poza tym słodkie śniadania wpływają na mnie jakoś tak pozytywnie, więc nawet nie wściekam się, że kolejna pomadka w tym tygodniu została rozpaćkana na lustrze. Ech....moja malutka córeczka czasem potrafi doprowadzić mnie do wrzenia albo rozpaczy. Tylko spokój może nas uratować w tym chaosie :)

PLACUSZKI ZE ŚLIWKAMI I TWAROGIEM:
-garść śliwek (ok. 200g)
-2 jajka
-2/3 szklanki mąki pszennej
-2 łyżki mąki ziemniaczanej
-1 czubata łyżka cukru
-150g chudego twarogu
-ok. 100-200ml jogurtu naturalnego
-czubata łyżeczka cynamonu
-sok i skórka z jednej cytryny

1. Śliwki umyć, odpestkować i pokroić we w miarę drobną kostkę. 

2. Białka oddzielić od żółtek i ubić na sztywną pianę. 

3. Żółtka wymieszać z cukrem, mąkami, cynamonem, cytryną, twarogiem i jogurtem. Do tak przygotowanego ciasta na placuszki dodać pianę z białek i delikatnie wymieszać. Na koniec dodać śliwki i delikatnie wymieszać. 

4. Na rozgrzanej patelni beztłuszczowej układać łyżką małe placuszki. Smażyć przez kilka minut z obu stron, tak żeby placuszki były apetycznie zarumienione. 
Można je zrobić wcześniej i odgrzać w piecu tuż przed podaniem. 
Wyśmienicie smakują z odrobiną jogurtu naturalnego. 

SMACZNEGO! 

czwartek, 15 września 2016

446. Klasyczny hummus, czyli pasta z cieciorki

Dopóki się nie dorobiłam własnego dziecięcia, nie wiedziałam jak silny charakter może mieć osoba o wzroście siedzącego psa. Ostatnio u mojego dziecka objawiła się ogromna miłość do zwierząt i Lucy przeszła na wegetarianizm. Chociaż nadal gdy tylko ktoś ją zobaczy przy posiłku wpada w zachwyt nad jej apetytem i chęcią do próbowania różnych nowych smaków, to ja wiem że są pewne produkty niejadalne dla niej. Luśka po prostu nie je ostatnio nic pochodzenia mięsnego. To nie jest kwestia konsystencji czy formy, bo ten mały Lucyfer odmawia jedzenia kotletów mielonych, schabowych, zrazików, pieczeni, gulaszy, potrawek, szyneczek, paróweczek, kiełbasek czy choćby pulpecika. Jednym słowem pomysłu już nie mam jak ją nakarmić mięsem, więc przestałam walczyć i po prostu więcej roślin strączkowych wprowadzam do diety. 
A ponieważ jeszcze dodatkowo Miśkosław jeżdżąc ciągle po świecie co jakiś czas wzdycha do hummusu, bo ostatnio go odkrył i się nim zajada, dlatego ta pasta z cieciorki ostatnio często gości na naszym stole. Hummus łatwo ukręcić samodzielnie, można też modyfikować go według własnego widzimisię dodając suszone pomidory, czarnuszkę, paprykę, bób, zatar czy to co nam się nawinie pod rękę. 
Jednym słowem nic tylko iść do kuchni i kręcić takie pyszności. 


KLASYCZNY HUMMUS:
-1 szklanka suchej cieciorki
-1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
-1 łyżeczka pasty sezamowej tahini
-sok z 1 cytryny
-1-2 ząbki czosnku
-ok. 1 łyżeczki mielonego kuminu
-sól, oliwa z oliwek, natka pietruszki do podania

1. Cieciorkę wypłukać i zalać dużą ilością zimnej wody. Dodać łyżeczkę sody oczyszczonej, zamieszać i odstawić na kilka-kilkanaście godzin do namoczenia. 

2. Cieciorkę wypłukać i przełożyć do garnka, zalać wodą i dodać pół łyżeczki sody do gotowania. Wstawić całość na mały ogień i gotować, aż do miękkości ziaren (ok. godziny). Gdy będzie pojawiała się piana w trakcie gotowania, zdjąć ją i wyrzucić. Odlać wodę, przełożyć cieciorkę na sito i wystudzić. 

3.Do cieciorki dodać tahini, sok z cytryny, kumin, szczyptę soli i czosnek przeciśnięty przez praskę i wszystko razem zmiksować na gładką pastę. Gęstość pasty można modyfikować dodając zimną wodę. Tuż przed podaniem polać hummus odrobiną oliwy i posypać natką pietruszki. 

SMACZNEGO! 



poniedziałek, 12 września 2016

Biblioteka mojego malucha II

Kolejna już porcja książek, które polubiła Lucy. Z lekkim rozbawieniem patrzę jak mój konkubent przeżywa, że kolejne regały i półki na książki trzeba zorganizować bo kolejna czytelniczka rośnie  i nasza biblioteka rozrasta się w zastraszającym tempie. A mnie bardzo cieszy, że Luśka przejęła miłość do książek po mnie i bardzo lubi żeby jej czytać, ale też sama chętnie siada i ogląda swoje książeczki.
Poniżej kilka naszych najnowszych zdobyczy, a tutaj możecie poczytać o naszych poprzednich zdobyczach..


SNÓW KOLOROWYCH PLACU BUDOWY-Sherrri Duskey Rinker
Ta akurat książeczka nie jest w naszej biblioteczce, tylko kupiłam ją dla mojego 2-letniego chrześniaka.
Każdy miłośnik aut i wszelkich maszyn będzie zadowolony z takiej lektury na dobranoc. Wielkie buldożery, koparki, dźwigi i betoniarki po całym dniu pracy układają się do snu. Krótkie wierszyki i sympatyczne ilustracje spodobają się chłopcom, ale też i dziewczynkom (Lucy też chętnie po nią sięgała).

KOALA NIE POZWALA-
Rafał Witek, ilustracje Emilia Dziubak
Wesołe i śliczne ilustracje, jeszcze zabawniejsze wierszyki i uroczy miś koala w zestawieniu z niesfornym nicponiem. Może i wierszyki są nieco abstrakcyjne (pamiętaj żeby nie wycierać smarków w koalę), ale na ich przykładzie tłumaczę Lucy, żeby nie męczyła naszej kotki za bardzo.
Ma wytrzymałe kartonowe kartki.
LOKOMOTYWA, RZEPKA-
Julian Tuwim
Klasyczne wierszyki, które chyba każdy z nas zna okraszone rewelacyjnymi ilustracjami Katarzyny Boguckiej i Emilii Dziubak. Każda w innym stylu, ale każda niepowtarzalna dzięki temu. U nas rewelacyjnie sprawdzają się szczególnie w podróży gdy Lucy siedzi z tyłu w foteliku i przegląda książeczkę, a ja prowadząc recytuję z pamięci wiersze. Dobry humor w podróży gwarantowany. 
Obie mają kartonowe kartki.
 
SZOPIĘTA
Ewa Kozyra-Pawlak
Sympatyczna rodzina szopów pokazuje nam, że nie tylko porządek i ład się w życiu liczy. Nieco wstrząsająca historia z kryminałem w tle, dobrze się kończy i przypomina rodzicom, że zabawa z dziećmi jest bardzo ważna. 
Urocza historia w sam raz na wieczorne czytanie. 

DZIAŁKA DZIADKA DZIAŁKOWICZA-
Katarzyna Bogucka
Ta książka to nie tylko piękne, nieco retro ilustracje, ale też wierszowana opowieść co można robić na działce. Jak się o nią dba, jakie plony możemy zebrać i co z nimi później zrobić. 
Nasz dziadek Lesio był nią zachwycony, tak samo zresztą jak Lucy. Uwaga, po lekturze aż się chce mieć własny kawałek ziemi i uprawiać pomidory, jabłka, truskawki i kwiatki bratki :)

piątek, 9 września 2016

445. Ciasto amarantusowe ze śliwkami

Kiedyś, nie aż tak dawno temu, metabolizm miałam cudny jak złoto. Co bym nie zjadła to i tak figura zostawała taka jak trzeba. Tu bioderka kawałek, tutaj talia tylko trochę większa niż u Scarlett O'Hara, i tylko cyc był równie mizerny jak wskazania wagi. Faszerowałam się więc wszystkim na co mi przyszła ochota, coraz bardziej zakochując się w jedzeniu jako takim. 
A potem przyszedł czas kiedy i cyc się powiększył i biodro jeszcze bardziej zaokrągliło, a brzuch już nie przypominał deski jeno beczułkę okrąglutką. Teraz z kolei niezależnie co jem waga niezmiennie doprowadza mnie na skraj załamania nerwowego, a na samą myśl o mierzeniu obwodu bebzola drży serce ze strachu. No cóż, coś tam było się błąka po umyśle, że w pewnym wieku metabolizm zwalnia i już wszelkie grzeszki nie uchodzą na sucho tak łatwo. 
W ten oto sposób weszłam w piękny wiek, kiedy to nieustannie jestem na diecie. Ponieważ wola u mnie nie do końca silna, to moją dobrą passę zdrowego żywienia, zawsze musi coś przerwać. A to zakrapiany grill u znajomych po którym łapię gastrofazę i jem wszystko, a to nową lodziarnię otworzyli obok, a to mam jakiś ciekawy przepis do wypróbowania. Jednym słowem za bardzo lubię jeść te wszystkie pyszności, żeby tak spokojnie przestawić się tylko i wyłącznie na warzywa, owoce, kasze i ziarna.
No cóż, moja miliardowa próba zrzucenia brzuszka właśnie się rozpoczęła. Może tym razem pójdzie lepiej. Ponieważ z kawy porannej nie umiem zrezygnować, więc jako słodki dodatek upiekłam ciasto z amarantusem i śliwkami. I zdrowe i pyszne i wilgotne i smakuje wszystkim (największą rekomendacją niech będzie że i Lucy i Miśko pochłonęli po dużym kawałku jak tylko pozwoliłam jeść). Może jednak tym razem uda mi się nieco schuść, skoro można takie dobre ciasta jeść :)
  
 CIASTO AMARANTUSOWE ZE ŚLIWKAMI:
(proporcje przewidziane na tortownicę o średnicy ok. 22cm)
-1 szklanka mąki pszennej razowej
-1 szklanka amarantusa ekspandowanego (tzw. popping)
-1/3 szklanki cukru trzcinowego (lub 3 łyżki miodu)
-2 łyżeczki cynamonu
-1 łyżeczka proszku do pieczenia
-1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
-2 jajka
-ok. 100 g masła
-300g jogurtu naturalnego
-ok. 200-300g dojrzałych śliwek

1. Śliwki umyć, odpestkować i pokroić w ćwiartki.

2. Masło rozpuścić w rondelku na małym ogniu i odstawić do przestygnięcia.

3. W jednej misce wymieszać ze sobą wszystkie mokre składniki, w drugiej wszystkie suche. Następnie wymieszać dokładnie zawartość obu misek. Wylać połowę tak przygotowanego ciasta amarantusowego na blaszkę rozłożyć równomiernie na nim połowę śliwek. Następnie wylać resztę ciasta i rozłożyć resztę śliwek. Ciasto amarantusowe piec w piekarniku rozgrzanym do 180st, przez około 45-55 minut, aż do momentu gdy patyczek wetknięty do środka będzie suchy a wierzch lekko zarumieniony.

SMACZNEGO!

środa, 7 września 2016

444. Domowa granola malinowa z amarantusem

 Lubię te śniadania z Lucy. Mam to szczęście, że nie muszę się spieszyć i przegryzać szybko skleconej kanapki z serem w biegu, rwąc włosy z głowy że Luśka ciągle nie jest gotowa do wyjścia do żłobka. Możemy sobie spokojnie i leniwie popijać kawkę/wodę/mleko i przegryzać to co akurat wyprodukuję w kuchni.
Chociaż śniadania są leniwe, to już ich przygotowania siłą rzeczy muszą być szybkie i sprawne. Rano Lucy wstaje o jakiejś takiej barbarzyńskiej porze, że ja nawet nie mam siły oka do końca otworzyć, żeby spojrzeć na zegarek. Z nieprzytomnym wzrokiem i drżącą ręką przygotowuję jej flaszkę mleka, jedną ręką przy okazji odganiając głodnego kota. Dobrze, że dziecię moje już takie bardziej samodzielne się robi to samo sobie przytrzyma butelkę i mogę jeszcze na chwilę przymknąć znużone oczęta. Wyrwałam jeszcze 20 minut drzemki. Tyle wygrać!
Z tego cudownego stanu wyrywa mnie oczywiście dziecko moje ukochane, które postanawia po raz 15 przejść po mojej głowie uznając, że to najlepsza zabawa na ten moment. A gdy tak przechodzi wte i nazad receptory z mojego nosa odbierają sygnał, że czas wstać i pieluchę zmienić zanim nastąpi jakaś katastrofa biologiczna. 
I już wiem, że ta moja drzemka i to zmienianie pieluchy i jeszcze karmienie kota, zabrały czas kiedy Lucy jest cierpliwa. Teraz szybko szybko trzeba zrobić dla mnie kawę i śniadanie dla nas obu, bo zaraz dowiem się, że zapas energii z mleka już się kończy. Gdy nie mam czasu na wymyślne omlety, pasty kanapkowe, twarożki, serki czy jajka po benedyktyńsku to zawsze w zapasie mam jogurt naturalny z owocami, posypany chrupiącą domową granolą. Proste, zdrowe, bardzo szybkie w przygotowaniu i pyszne. O tej porze roku gdy owoców jest mnóstwo nie ma nic lepszego. Granolę przygotowuję wcześniej, według aktualnych preferencji i trzymam w szczelnie zamkniętym słoiku. Taka granola przydaje się też gdy wieczorem przy oglądaniu filmu nagle nas złapie chęć na chrupanie czegoś. Zamiast chipsiorów jak znalazł.

DOMOWA GRANOLA MALINOWA Z AMARANTUSEM 
-1 szklanka płatków owsianych
-pół szklanki amarantusa ekspandowanego
-1/3 szklanki siemienia lnianego
-pół szklanki orzechów włoskich
-2 szklanki malin (u mnie było jeszcze kilka jeżyn)
-łyżka masła
-2 łyżki miodu

1.  Masło włożyć do rondelka razem z miodem i nieco podgrzać.

2. Maliny (i ewentualnie jeżyny) rozdrobnić na miazgę widelcem. Orzechy posiekać na drobno.

3. Wymieszać ze sobą dokładnie wszystkie ziarna, płatki, orzechy, owoce i masło z miodem. Tak przygotowaną granolę wyłożyć na przygotowaną blaszkę (najlepiej użyć takiej dużej na cały piekarnik) i rozsmarować cienką warstwą. Włożyć całość  do piekarnika rozgrzanego do 170st, na około 10 minut. Wyłączyć piekarnik, poczekać aż granola wystygnie i połamać ją na małe kawałki. Włożyć do szczelnego pojemnika i używać według potrzeb.

SMACZNEGO!

poniedziałek, 5 września 2016

443. Sałatka z pomidorów, malin i koziego sera

 Konkubenta nie ma w domu to sobie mogę pozwolić na różne wyskoki. Nikt mi nie jojczy nad uchem, że zajęłam telewizor i nie pozwalam na Top Gear włączyć. Zamiast kolejnej dawki motoryzacji mam więc na ekranie dwóch przystojnych facetów co nagle z policjantów stali się kucharzami (Zieliński w "Prokuratorze" Stramowski w "Pitbullu"). Panowie z nowego serialu TVN-u "Na noże"  kroją, smażą, gotują i okładają się po gębach. No całkiem miło się to ogląda. Jeszcze milej gdy coś można pochrupać, bo jak się tak patrzy na tych panów kucharzących to aż przykro, że mi nikt tak nie gotuje. Sama sobie sałatkę wymieszałam, taką na poprawę humoru, z tym co lubię najbardziej. Są pomidory, są maliny, jest kozi ser, zielska trochę i trochę ziaren i jeszcze grzanki z czosnkiem. 
Zajadajcie moi mili, bo teraz takie pyszne są pomidory, że nic tylko sałatki z nich robić. 

SAŁATKA Z POMIDORÓW:
-2-3 pomidory
-1 mała cebulka
-pęczek natki pietruszki
-garść malin
-twaróg z koziego mleka (ewentualnie dobry krowi twaróg)
-łyżka nasion siemienia lnianego
-sól, pieprz, oliwa, czosnek
-kilka kromek czerstwego pieczywa

1. Każdą kromkę pieczywa natrzeć przepołowionym ząbkiem czosnku. Upiec je na złoty kolor na patelni grillowej lub w piekarniku. 

2. Cebulkę i natkę pietruszki posiekać na drobno. Pomidory pokroić w kostkę, twaróg pokruszyć. Grzanki połamać na małe kawałeczki. Wszystko razem wymieszać ze sobą, doprawić solą i pieprzem, skropić nieco oliwą i obsypać ziarnami siemienia. 
Podawać od razu, żeby grzanki nie rozmiękły. 

SMACZNEGO!

piątek, 2 września 2016

Gdzie zjeść bąbelwalfe - Melody Lody Naturalne

 Wiem, że już koniec lata ale pogoda wciąż zachęca, żeby jeść lody na wszystkie posiłki w ciągu dnia. Po sushi, burgerach, food truckach przyszedł czas, żeby Warszawa oszalała na puncie lodów. Powinny być naturalne, wyrabiane z najprawdziwszych składników, a nie z hektolitrów sztucznych aromatów. 

 Melody Lody Naturalne kusiły mnie od początku wakacji, od kiedy otworzyli swój lokal kilka minut od mojego domu. Codziennie mają kilka smaków sorbetów i kilka smaków lodów tradycyjnych. Chociaż lodziarnia jest czynna do wieczora warto nie zwlekać z odwiedzinami, ponieważ gdy któryś ze smaków się skończy już nie jest dokładany. Wśród moich faworytów jest mocno orzeźwiający sorbet z rabarbaru, rokitnika lub malin, z tradycyjnych smaków polecam zaś caffe mocha i genialne mango lassi. 

Tym co zdecydowanie wyróżnia Melody wśród innych lodziarni jest możliwość wyboru wafelków do loda. Można dostać tradycyjny wafelek do lodów lub bąbelwafla. Bąbel wafle to ciacho z mąki z tapioki, jajek i masła wypiekane w urządzeniu podobnym do gofrownicy i jeszcze na ciepło zwijane w kształt rożka. Lody w bąbel waflu okraszone są dodatkowo sosem czekoladowym bądź waniliowym, obsypane orzechami lub migdałami i obłożone owocami. Taka porcja słodkości spokojnie może zastąpić posiłek w ciągu dnia. 
Jedynym mankamentem gofro-lodów jest czas oczekiwania na nie. Z tego co widziałam w lodziarni są 2 opiekacze do bąbel wafli, ale nawet przy małym ruchu trzeba ok. 10 minut poczekać na swoją kolej. Idąc w kilka osób na lody nie mamy niestety szans zjeść ich jednocześnie jeśli wybierzemy bąblową wersję. 

Melody Lody Naturalne ma kilka lokali w Warszawie:
Al. Jana Pawła II 43 (w pasażu naprzeciwko tego gdzie jest dużo sexshopów i kebabów:) ) i ul. Nowogrodzka 15
Dodatkowo lodziarnia obecna jest też w weekendy na Nocnym Markecie przy Towarowej. 
Porcja lodów (ok. 70g) kosztuje 5zł -w jednej porcji można wymieszać 2 smaki.